120 obserwujących
643 notki
761k odsłon
  297   0

Czym się różni idea od idée fixe? czyli mattoid a polityka polska

image


                       dedykowane Państwu Bognie i Igorowi Janke


INTRODUKCJA

Czas zarazy. Przynajmniej tak głoszą obwieszczenia. Niektórzy mówią, że żadnej zarazy nie ma, że to tylko sen. Umysł ludzki od wieków ma swoje sposoby na radzenie sobie z naporem niechcianej i niepojętej rzeczywistości. Niektórzy z nich, to dobrzy ludzie, ich serce chce obronić współobywateli przed zarazą gorszą od zarazy fizycznej, zarazą strachu. Chcą przywrócić trzeźwość, która przecież przywołuje rozsądek, a ten jest najbardziej pożądany w czas chaosu. Jeszcze inni, żywiąc płonną nadzieję, że odsłonięcie przyczyn unicestwi skutek mówią, iż zarazę wypuścili bankierzy i politycy. W pewnym sensie maja rację, gdyż politycy grają w teatrzyku bankierów, którzy sterują właścicielami korporacji zatruwających organizmy ludzkie niby-jedzeniem i niby-lekarstwami do stopnia takiego, że osłabione, bezbronne organizmy same proszą zarazę o długą i efektywną wizytę w ich wnętrzu. Dzisiaj czas dziwny taki, że wszyscy w pewnym sensie mają rację, każdy swoją a ogół – powszechną, uśrednioną rację. Racją jest dzisiaj strach, jest przemądrzałość, jest roztropność i bycie pomocnym. Racją dużej części, jak w każdym ciężkim czasie jest wykorzystanie go do robienia interesów. Człowiek wciąż, mimo upływu wieków wychodzi i nie może wyjść... ze zwierzęcia. Ja też wyszedłem na zewnątrz.

Dzienniki drukowały dekrety, które ponawiały zakaz opuszczania miasta i groziły karami więzienia przestępcom. Patrole krążyły po mieście. Na pustych i przegrzanych ulicach, poprzedzani uderzeniami kopyt o bruk, pojawiali się często strażnicy na koniach i przejeżdżali pomiędzy rzędami zamkniętych okien. Kiedy patrol znikał, ciężka i nieufna cisza spadała na zagrożone miasto. Cztery powyższe zdania napisał Albert Camus. Napisał w czas, gdy w jego kraju i w Europie nie było żadnej zarazy. Widzialnej. Zaraza niewidzialna czai się zawsze. W nas. Widzialny pomór ją tylko ożywia i wynosi na światło dzienne. I łatwiej nam dokonać bilansu, co w każdym z nas zasługuje na podziw, a co na pogardę...

Ulice i place były puste. Gdzieniegdzie widać było jednak nic sobie nie robiące z niewidocznego zagrożenia sylwetki, paradujące jakby z desperacką dumą i wykrzykujące osobliwe zdania. Jeden krzyczał:

„Ludzie nie prędzej będą wolni, aż ostatni król nie będzie uduszony kiszkami ostatniego kapłana.” Inny, z poważnym nad wyraz wyrazem twarzy perorował sam ze sobą:

„Gdybyśmy mieszkali pod otwartym niebem, a nie w domach, domy nie waliłyby się na nas.” Następny, z miną nie rozumianego reformatora głosił:

„Niech rolnicy sieją zboża cztery razy w roku, będą plony czterokrotne.”

Kolejny dzielił się ze słoneczną pustką swym odkryciem, niczym Józef proponujący faraonowi koncept banku zbożowego na 7 lat chudych:

„Zwiększajmy płacę minimalną co kwartał, a państwo każdego roku będzie stawać się czterokrotnie bogatsze prześcigając w bogactwie królestwo Salomona.” Tenże sam do pomysłu na szybkie przegonienie króla Salomona wplatał gromkie, bojownicze wezwanie: „Zgilotynować zarazę! Ściąć ją!”.

Biedni ludzie, pomyślałem. Pierwszy nazywał się Diderot, drugi Jean Jacques Rousseau, trzeci La Bardier. Nazwiska czwartego nie pomnę, a może nie chcę pamiętać, z obawy przed tajną policją, boć znany z niego człek i ustosunkowany w urzędach mundurowych.

Czy aby naprawdę biedni, zastanowiłem się... może to zwykli szaleńcy? A może – przypadek to rzadki i trudny do ogarnięcia ludzką racją – może to szaleni z wyboru, choć są takie formy ludzkiego umysłu, gdzie trudno mówić o wyborze, gdyż nosi on w samym sobie coś wywierającego nań niemożebną presję, presję tak silną, że już nie wiadomo, czy mamy do czynienia z istotą ludzką, czy ze spojonym na chwilę kłębowiskiem sprzecznych i skłóconych ze sobą dążeń i pożądań. A czy na pewno szaleni? Wszak każdy z nich cieszy się szacunkiem i sławą w dość znacznych kręgach. Czyżby znaczne kręgi mogły być szalonymi będąc szacownymi obywatelami? Czyżby szaleństwo zdolne było rozchodzić się w szacownym na pozór tłumie jak kręgi na wodzie od rzuconego kamienia? Czyż stwórca mógł stworzyć tak dziwny świat? A może ani szaleni, ani normalni, ale... pół na pół, ćwierć na trzy czwarte? Lub też może być: natchnieni przez bóstwo, przenoszący jego głos jak liście drzewa przenoszą wiatr... A co zrobić, jeśli jakieś dziecko w swej świętej naiwności zapyta: jakie to bóstwo tak opętańczo dmie? Tak nieludzko. Czyżby istniały nieludzkie bóstwa?

Camus powiedziałby zapewne słowami swej książki: „Nigdy nie widzieliśmy nic podobnego, ot i wszystko. Ale uważam, że to ciekawe, tak, na pewno ciekawe”. Ja bym dodał, że ciekawość jest bliska fascynacji, a – od czasów Rudolfa Otto wiadomo, że mysterium fascinans lubi bratersko obejmować się z mysterium tremendum, straszliwą tajemnicą. Tak. Nie ulega wątpliwości – znaleźliśmy się pośrodku doświadczenia numinotycznego. Coś nas schwyciło za kark i wrzuciło w sam środek nieznanego, nowego, niewspaniałego świata. Tkwimy – by tak rzec – w samym oku cyklonu numinosum. Niestety, mysterium tremendum, tajemnica straszna ma swoje – jak pisze Otto – „dzikie i demoniczne formy”. Wnętrze każdego z nas ma potencjał bycia tajemnicą straszną. Spróbuję się trochę zagłębić w tę „tremendalność”(tremendosity), w tę straszliwość, która bywa, że lata całe potrafi skrywać się pod płaszczykiem szacunku otoczenia. A w czas zarazy wystawić może na chwilę głowę.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo