MOTTO
"Całą tę wielką, przemyślaną i przygotowaną robotę, rozbijającą wszelkie organizacje, łamiącą ludzi i charaktery, wprowadzającą wszędzie nieufność i szpiegowanie, fabrykującą prowokatorów, a nawet morderców, propagującą fałsz i lokajstwo, nazwano szumnie sanacją moralną. Miała ona rzekomo na celu usunięcie zła i niemoralności, które się w Polsce jakoby zbyt zakorzeniły. Wszystko to miało się dziać jedynie i wyłącznie w interesie państwa i narodu. Z tego niedoścignieni obłudnicy zrobili sobie nienaruszalny dogmat, pod którym mogli schować wszystko, co chcieli, a przede wszystkim interes kliki, zapewnienie sobie zupełnej bezkarności, chodzenie w chwale wielkich, niczym nie pokalanych ojców narodu. To im się niemal w całości udało. Zahukane i zasugestionowane społeczeństwo wiele nie wiedziało. Toteż brano, co się dało, podwyższając sobie płace i pobory do parokrotnej nieraz wysokości, ażeby zaś nikt nie śmiał ust otworzyć, urządzano napady i bójki, stosowano gwałty i prześladowania, których litania ciągnie się do tego czasu."
"To zgadywanie przez Sejm myśli Piłsudskiego wcale mu (Sejmowi — E.K.) nie pomogło. Nie przestał on (Piłsudski - E.K.) szkalowania Sejmu jako instytucji ani na chwilę. Znęcał się coraz bardziej nad posłami, stronnictwami i wybitniejszymi osobistościami, nie omijając żadnej sposobności i zwalając na nich winę za wszystko zło, co się w Polsce stało, obiecując to zło wytępić jak najprędzej. Ponieważ zaś w Polsce odrodzonej demagogia zawsze popłacała, a im była płytsza i ordynarniejsza, tym miała większe powodzenie, nic dziwnego, że i Piłsudski miał coraz więcej zwolenników, mogąc swoje argumenty poprzeć gwałtami i siłą fizyczną, których wielu doświadczyło boleśnie na sobie. Zaraza owa nie zatrzymała się wcale na stolicy ani na tych, przeciw którym była specjalnie wymierzona, szła ona przez cały kraj, docierając do każdego najbardziej odludnego zakątka. Nie było to zresztą nic nadzwyczajnego. Przewrót majowy był przecież wydarzeniem tak wielkiej wagi, wstrząs nim spowodowany tak głęboki, że społeczeństwo musiało reagować na niego. Pominąwszy już tłumy lubujące się w każdej awanturze i stronnictwa (...), które z nim współdziałały, wielka część społeczeństwa potępiła go stanowczo, nie wyciągając przy tym żadnych wniosków. Bardzo wielu księży po głębokiej prowincji piętnowało publicznie Kainową zbrodnię i złamanie przysięgi, zapowiadając karę Bożą, która musi spaść nie tylko na sprawców, ale także na kraj, jeśli będzie milczał. Oczywiście, nie brakło takich, co milczeli."
[W.Witos]
Wincenty Witos: Przewrót majowy (1926)
Po przewrocie
Skutki przewrotu
Jeżeli przewrót majowy został przez Zgromadzenie Narodowe ukoronowany rehabilitacją Piłsudskiego i wyborem Prezydenta Państwa, który miał być jego narzędziem, to i dalsze wypadki miały się potoczyć według jego woli i planu, mimo że urzędujący zastępca prezydenta, M. Rataj1 dawał do zrozumienia swojemu otoczeniu, że działa on zupełnie samodzielnie.
Otoczenie owo, złożone przeważnie już to z ludzi słabych i ulegających, już to z piłsudczyków wyraźnych i ukrytych, nie tylko dało temu wiarę, ale głosiło gdzie mogło, że inaczej być nie może. Natomiast ludzie patrzący krytycznie twierdzili, że mimo mocniejszych słów od czasu do czasu rzucanych i gestów robionych Rataj stał się posłusznym narzędziem polityki Piłsudskiego. Przychodzący do mnie posłowie byli przekonani, że gdyby to stanowisko wówczas zajmował człowiek silnej woli i chcący przeciwstawić się Piłsudskiemu, to mógłby wiele zrobić, gdyż Piłsudski nie chciał porywać się na dalsze gwałty, a ogromna większość społeczeństwa była do niego przez długi czas nieprzychylnie usposobiona.
Że Rataj tego nie chciał, dowiódł swoim postępowaniem przy wyborze Mościckiego2 aż nadto wyraźnie.
Stanowisko zaś swoje wobec krytycznie nastawionych uzasadniał nie tylko koniecznością pacyfikacji stosunków, uniknięcia niepoczytalnych wybryków Piłsudskiego, ale także brakiem czynnego oporu ze strony społeczeństwa, zwłaszcza czynników narodowych. Nieraz też powtarzał podrażniony: „Ja mógłbym się ważyć na różne przedsięwzięcia, ale proszę mi pokazać tych, co w razie potrzeby pójdą za mną. Niech zamiast gadania i narzekania stanie ich dziesięć tysięcy, niech ich będzie pięć, niech będzie jeden, ale niech ja go widzę. Ja natomiast widziałem, jak te siły narodowe się przedstawiały podczas przewrotu! majowego, i to mi na długo wystarczy”. Ten jego argument nie był pozbawiony pewnej słuszności.
Za wielki sukces swej polityki uważa p. Marszałek (Sejmu — E.K.) powierzenie misji utworzenia gabinetu prof. Bartlowi3, miał go bowiem nie tylko za swojego dobrego przyjaciela, kierującego się przy tym jego radami, ale przede wszystkim za zwolennika uspokojenia kraju i wprowadzenia stosunków normalnych. Wbrew temu kategorycznie twierdzono, że Bartel był kandydatem Piłsudskiego, a Marszałek (Sejmu — E.K.) do jego woli posłusznie się dostosował, robiąc dobrą minę do złej gry. Bartel misję przyjął, rząd utworzył, z wielkim tupetem go prowadził, a za swój pierwszy obowiązek uważał kopanie dołków pod nogami serdecznego przyjaciela, Marszałka Sejmu Macieja Rataja. Ostrożny w słowach Rataj rzadko, choć bardzo gorzko, skarżył się na postępowanie swego protegowanego. Natomiast pani marszałkowa (Ratajowa — E.K.), bardzo dzielna, niezwykle prostolinijna i przyzwoita kobieta, powtarzała nieraz do mnie z goryczą, że obłudy, perfidii i braku przekonania, jakim się odznacza p. Bartel, nie jest zdolna określić ani zrozumieć. A mówiąc o różnych „świniach”, których się tyle namnożyło w tych czasach, nie wahała się na pierwszym miejscu postawić p. profesora-premiera.
Piłsudski, który w rządzie prof. Bartla objął tylko stanowisko ministra spraw wojskowych, trząsł tym rządem bez żadnych osłonek i przeszkód. Widać było, że Bartel doskonale godził zupełną uległość wobec Piłsudskiego z szeroką gębą, jaką się popisywał przed ludźmi, na których mu nie zależało. Piłsudski urządził się wygodnie, a przy tym praktycznie. Dyktatury nie ogłosił formalnie, ale ją faktycznie sprawował. Wbrew ogólnemu przekonaniu i natarczywym żądaniom lewicy Sejmu nie rozwiązał, ale go lżył i poniewierał, używając go za parawan, jeżeli zachodziła tego potrzeba. Poniewierany i przerażony Sejm stał się uległy do tego stopnia, że na żadne coraz to cięższe i częstsze obelgi wcale nie reagował, znosząc to wszystko z podziwu godną cierpliwością. Nie zdobył się na nic i jego przewodniczący, marszałek Rataj.
Stan rzeczy zaraz na początku wytworzył się taki, że rząd i Piłsudski mogli w Sejmie przeprowadzić wszystko, co chcieli, bez względu na to, czy to było potrzebne, czy nawet niepotrzebne. Znalazło się też pomiędzy stronnictwami opozycyjnymi sporo posłów, zawodowych reformatorów, którzy, nie wiadomo, ze strachu, nałogu czy przekonania, wystąpili z daleko idącymi wnioskami o zmianę ustawy konstytucyjnej. Wbrew oczekiwaniu rząd jednak z tego nie skorzystał, zadowalając się zmianą ustawy konstytucyjnej jedynie w tych punktach, które stanowiły o zwoływaniu, odraczaniu, zamykaniu, rozwiązywaniu Sejmu, jak również tworzeniu rządu. W ten sposób część swoich uprawnień przeniósł Sejm dobrowolnie na Prezydenta Państwa. Praktyka najbliższych miesięcy miała wykazać, jak niewiele zyskał na tej zmianie, nie tyle może ze względu na rzecz, co na osobę prezydenta Mościckiego, zależnego zupełnie od woli Piłsudskiego.
To zgadywanie przez Sejm myśli Piłsudskiego wcale mu (Sejmowi — E.K.) nie pomogło. Nie przestał on (Piłsudski - E.K.) szkalowania Sejmu jako instytucji ani na chwilę. Znęcał się coraz bardziej nad posłami, stronnictwami i wybitniejszymi osobistościami, nie omijając żadnej sposobności i zwalając na nich winę za wszystko zło, co się w Polsce stało, obiecując to zło wytępić jak najprędzej. Ponieważ zaś w Polsce odrodzonej demagogia zawsze popłacała, a im była płytsza i ordynarniejsza, tym miała większe powodzenie, nic dziwnego, że i Piłsudski miał coraz więcej zwolenników, mogąc swoje argumenty poprzeć gwałtami i siłą fizyczną, których wielu doświadczyło boleśnie na sobie. Zaraza owa nie zatrzymała się wcale na stolicy ani na tych, przeciw którym była specjalnie wymierzona, szła ona przez cały kraj, docierając do każdego najbardziej odludnego zakątka. Nie było to zresztą nic nadzwyczajnego. Przewrót majowy był przecież wydarzeniem tak wielkiej wagi, wstrząs nim spowodowany tak głęboki, że społeczeństwo musiało reagować na niego. Pominąwszy już tłumy lubujące się w każdej awanturze i stronnictwa (...), które z nim współdziałały, wielka część społeczeństwa potępiła go stanowczo, nie wyciągając przy tym żadnych wniosków. Bardzo wielu księży po głębokiej prowincji piętnowało publicznie Kainową zbrodnię i złamanie przysięgi, zapowiadając karę Bożą, która musi spaść nie tylko na sprawców, ale także na kraj, jeśli będzie milczał. Oczywiście, nie brakło takich, co milczeli.
Ogromna większość chłopów niewiele się tym interesowała. Co nas to obchodzi, „że się Witos z Piłsudskim pobili” — powtarzano sobie przy każdej sposobności — „dla nas żaden z nich na pewno nic nie zrobi”. Znaczna część urzędników, zwłaszcza starszych, była zgorszona łamaniem prawa i nieraz nawet dawała głośny wyraz swemu oburzeniu. Większość zachowała milczenie, nie wiedząc jeszcze, co będzie. Nieliczne jednostki, ogromnie krzykliwe, opowiedziały się za reżymem, powtarzając każde słowo wypowiedziane przez Piłsudskiego jak ewangelię. Śmiech nieraz musiał zbierać, gdy się patrzyło na ludzi zmieniających się prawie codziennie, w miarę nadchodzących wiadomości, i nadstawiających uszy na to, co wiatr przyniesie. Do tej kategorii należeli też różni przedsiębiorcy, kandydaci na stanowiska, lekki chleb, i liczni przestępcy.
Tym sposobem niemal w każdej okolicy uzbierała się gromadka tych, co łapczywie chwytali wszystkie obelżywe wyrażenia Piłsudskiego o Sejmie, posłach, upajali się każdym jego wywiadem i powiedzeniem, a mimo że one przez, usta przyzwoitego człowieka nie mogły się przecisnąć, u nich stanowiły nie naruszany kanon i niemal święte przykazanie. Nieraz nie chciało się wierzyć własnym oczom i uszom, gdy ludzie inteligentni, z wyrobionym smakiem, zachwycali się wyrażeniami Piłsudskiego, gdzie słowa: „złodzieje”, „szuje”, „pierdołki”, „bździny”, „ślabowane portki” należały jeszcze do najprzyzwoitszych. Nie obrażano się wcale, gdy Piłsudski, brnąc coraz dalej, nazywał Polaków publicznie „narodem idiotów”. Odpowiedniego protestu nigdzie nie słyszałem.
Przeciw Sejmowi
Z Sejmem prowadzono coraz większe harce, które się skończyły z chwilą jego rozwiązania. Nie zdołało go uchronić jego państwowe, a nieraz arcyrządowe stanowisko. Niechęć do zwoływania, odraczania lub zamykania wtenczas, gdy Sejm prowadził albo kończył długą, uciążliwą i choćby najpoważniejszą pracę, stało się systemem. Wszystko robiono i na wszystko się ważono, wszystko usuwano z drogi, co się mogło nie spodobać Piłsudskiemu lub mogło choćby w najmniejszej mierze zasłonić blask jego chwały. Przysięgający niedawno na Konstytucję prezydent okazał się rychło jedynie bezwolnym narzędziem polityki Piłsudskiego, dla której nie istniało żadne prawo ani ustawa.
Rzucane przez niego hasła wytępienia zła nadmiernie nagromadzonego w Polsce i związanego z nim partyjnictwa, tak dla państwa szkodliwego, wielka część społeczeństwa powitała wybuchem radości i entuzjazmu, jakby to był jakiś nadzwyczajny, niespotykany wynalazek. Najgłośniej krzyczeli ci, co mieli najwięcej na sumieniu. Ukryta obłuda okazała się od razu, gdy zaczęto tępić partie istniejące, a na ich miejsce tworzyć nowe, i to kosztem funduszów publicznych. Ażeby mieć partię, trzeba było mieć ludzi, a ponieważ się ich nie miało, zaczęło się ich ściągać, łamiąc wolę i przekonania, kupując za pieniądze i posady. Tych, co chcieli zachować przekonania, zaczęto usuwać ze wszystkich stanowisk, odbierać koncesje, dostawy, zarobki, pracę, oddając ją swoim zwolennikom. Stosowano przy tym specjalne metody. Gdy urzędników lub inne osoby zamierzano usunąć z zajmowanego stanowiska, skazując ich na nędzę wraz z rodziną, znalazł się zawsze usłużny faktor, podsuwając do podpisania cyrograf, wyrzekający się przekonań, ale zabezpieczający kawałek chleba. Praktyki te zastosowano zarówno w administracji, skarbie, sądownictwie, szkolnictwie, jak w wojsku, nie licząc się z następstwami. Nikt przecież nie zrozumie, dlaczego tak szybko pozbyto się z armii ludzi tej miary i zasług, co gen. Haller4, Szeptycki5, Kukiel6 i całego szeregu innych, zastępując ich przeważnie miernotami, których całą kwalifikację stanowiły usługi oddane w czasie przewrotu majowego. W oczy bijący jest także fakt, że tak uzdolniony i zasłużony oficer, jakim jest gen. Sikorski7, pozostaje całymi latami bez przydziału służbowego, śledzony przy tym, i to tak natarczywie, że zmuszony jest wyjeżdżać za granicę, by się na jakiś czas pozbyć szpiclów i prowokatorów, chodzących mu bezustannie po piętach. [...]
Sanacja
Całą tę wielką, przemyślaną i przygotowaną robotę, rozbijającą wszelkie organizacje, łamiącą ludzi i charaktery, wprowadzającą wszędzie nieufność i szpiegowanie, fabrykującą prowokatorów, a nawet morderców, propagującą fałsz i lokajstwo, nazwano szumnie sanacją moralną. Miała ona rzekomo na celu usunięcie zła i niemoralności, które się w Polsce jakoby zbyt zakorzeniły. Wszystko to miało się dziać jedynie i wyłącznie w interesie państwa i narodu. Z tego niedoścignieni obłudnicy zrobili sobie nienaruszalny dogmat, pod którym mogli schować wszystko, co chcieli, a przede wszystkim interes kliki, zapewnienie sobie zupełnej bezkarności, chodzenie w chwale wielkich, niczym nie pokalanych ojców narodu. To im się niemal w całości udało. Zahukane i zasugestionowane społeczeństwo wiele nie wiedziało. Toteż brano, co się dało, podwyższając sobie płace i pobory do parokrotnej nieraz wysokości, ażeby zaś nikt nie śmiał ust otworzyć, urządzano napady i bójki, stosowano gwałty i prześladowania, których litania ciągnie się do tego czasu.
W pomoc zwycięzcom majowym przyszły także stosunki, między innymi strajk angielskich górników, który trwał przez kilka miesięcy, umożliwiając sprzedaż węgla polskiego, tak w wielkich ilościach, jak i po wysokiej cenie. Zresztą rządy te przyszły do gotowego. Budżet miały zrównoważony przez rząd Skrzyńskiego8, w szczególności przez ministra Zdziechowskiego9, pieniądz ustabilizowany. Ustawy podatkowe, poprzednio uchwalone, dawały zupełne pokrycie wydatków państwowych. Mimo że wszystko biło w oczy wprost, nowi władcy okazywali się na tyle nieprzyzwoici, że dla swoich poprzedników nie znaleźli nic ponad słowa potępienia. Szczególnie podjął się tej roli premier Bartel i wywiązywał się z niej wszędzie, nie omijając i trybuny sejmowej. Specjalnie uczynił to w swoim programowym przemówieniu, potępiając bez słowa zająknienia w czambuł wszystko, co stanowiło przeszłość. Sejm milcząco przyjął do wiadomości to tak wysoce łyczakowskie10 zachowanie się profesora Politechniki Lwowskiej. I ja też wysłuchałem jego przemówienia, będąc przekonany, że każdy chłop, choć trochę ze światem obeznany, byłby od niego większym dżentelmenem. [...]
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ



Komentarze
Pokaż komentarze (3)