23 obserwujących
320 notek
297k odsłon
3719 odsłon

„Serce” ─ chiński akcent u Olgi Tokarczuk

Wykop Skomentuj8

„Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk to zaskakujące i nieprzewidywalne krótkie formy literackie, dzięki którym inaczej spojrzymy na otaczającą rzeczywistość.

Pochodzące z języka francuskiego słowo „bizzare” znaczy” dziwaczny, ekscentryczny, zmienny, ale również śmieszny i niezwykły.

image

Każde z opowiadań zbiorku rozgrywa się w innej przestrzeni. Różne historie i światy. Wołyń w epoce potopu szwedzkiego, współczesna Szwajcaria, odległa Azja i miejsca wyimaginowane.
Historie nieoczywiste, momentami budzące lęk, skłaniające do przemyśleń. Trudno przewidzieć co za chwilę się może wydarzyć. Jedynie można pomyśleć, że świat jest nieprzewidywalny i coraz bardziej niepojęty.
 Autorka nie mówi wprost, lecz nakłania do przemyśleń i wyciągania wniosków. Skłania do głębokiej refleksji nad sobą, życiem i światem. Nad przyszłością i sytuacjami w których możemy się znaleźć, kiedy staniemy przed koniecznością podjęcia decyzji, nie do końca dobrej lub złej
Olga Tokarczuk, zgodnie z uzasadnieniem Literackiej Nagrody Nobla, przekracza w nich granicę tego, co znane, zwykłe i niewzbudzające większych emocji. Odzwierciedla to, co znajduje się poza powszechną, codzienną egzystencją. Widzimy w nich skomplikowany współczesny i może przyszły świat, o którym do niedawna nie śniło się nam, naszym rodzicom i dziadkom.

Polecam lekturę tych opowiadań.


Azjatycki akcent znajdziemy w opowiadaniu „Serce”.

Pan M. po zawale i w coraz gorszym stanie zdrowia, uniemożliwiającym codzienne życie, decyduje się na przeszczep serca w komfortowym szpitalu na południu Chin. Kiedyś był właścicielem dobrze prosperującego warsztatu samochodowego, lecz po zawale sprzedał firmę i dobrze ulokował pieniądze. Wraz z małżonką kilka ostatnich lat, od listopada do kwietnia, spędzali czas w Azji. Żyli z procentów, choć pani M. nadal pracowała jako fryzjerka w miesiącach kiedy byli w domu. 

Na wyspie Phuket w Tajlandii wynajmowali mały bungalow, zaopatrzeni w maszynkę spirytusową żyli skromnie, podłączali się do Internetu i sprawdzali stan swych finansów oraz ważność ubezpieczenia zdrowotnego.

Ostatniej zimy znaczną część akcji spieniężyli, opłacili pobyt w nowoczesnym szpitalu, gdzie pan M. dostał nowe serce. Zgodność tkankowa była doskonała i zabieg się udał. Stare serce zostało w Azji, a nie było okazji dowiedzieć się kto był dawcą nowego i w jakich okolicznościach zmarł.

Rekonwalescent czuł się źle, miał zawroty głowy i nieustannie z lękiem nasłuchiwał bicia swego nowego serca. Wydawało mu się, że robi to inaczej niż jego. Ciężko, jakby jego właściciel biegł, a nawet uciekał.
Wiosną w Europie fizyczny stan zdrowia pana M. się poprawił. Wychodząc na dwór zakładał maseczkę na nos i usta. Była to bariera dla wszelkich bakterii i wirusów, aby nie pogorszyły fizycznego stanu zdrowia dochodzącego do siebie rekonwalescenta. Jednak psychicznie był w złym stanie, wręcz na granicy załamania nerwowego.
Miał wrażenie dziwnego zawieszenia. Każde nietypowe zdarzenie traktował jako znak. Zaczął źle sypiać, a w jego umyśle przebiegały dziwne obrazy, majaki, niewyraźne dźwięki. Wówczas ogarniał go całkowicie  paraliżujący lęk. I tak co noc, aż do rana. Wtedy zastanawiał się dlaczego ma pięć palców, a nie sześć lub cztery. Dlaczego na świecie jednym wszystkiego brakuje, a inni mają zbyt dużo? Dlaczego ludzie, niby chcąc zrobić dobrze, robią źle? I dlaczego tak trudno być szczęśliwym? Niestety nie znajdował odpowiedzi na swe pytania.
W chwilach utraty równowagi psychicznej napadały go kompulsywne stany konieczności natychmiastowego zrealizowania chwilowego pragnienia. Nie był w stanie się powstrzymać. Raz zapragnął otoczenia się kolorami, innym razem potrzebował idealnej ciszy.

Jak co roku w sierpniu małżeństwo rozpoczęło przygotowania wyjazdu do Tajlandii. Jednak we wrześniu pana M. owładnęło pragnienie wyjazdu do Chin. Na miejscu wynajęli samochód oraz tłumaczkę i rozpoczęli zwiedzanie buddyjskich zabytków.
W niepozornej i zaniedbanej świątyni usłyszeli opowieść nawiązującą do kołowrotu życia i śmierci. Treść jej wywołała niespodziewane dziwne refleksje i zainteresowanie pana M. Zapytał przewodniczkę, czy gdzieś w pobliżu znajduje się więzienie. Skutek był taki, że stracili tłumaczkę. Pana M. zaczęły trapić niejasne myśli, a może wspomnienia. Sam już nie wiedział czego chce, a czego nie.

W końcu sami wybrali się do dalekiego zapomnianego klasztoru. Ponieważ było już po sezonie turystycznym, jedyny tłumacz jaki się znalazł był młodym żołnierzem w pobliskiej jednostki, z którą klasztor utrzymywał kontakty.
Po zwiedzeniu pomieszczeń klasztoru, zachwytach nad kolejnymi posągami, próbie zrozumienia symboli, chorągwi, thank i papierowych złoto-czerwonych arkuszy zapisanych znakami chińskimi; w największej świątyni dotarli do stóp Buddy Współczucia zwanego Maitreya, a po chińsku Milefo. Wtedy pojawił się szczupły i siwy mnich. Mistrz zalał herbatę w czajniczku i oczekiwał pytań, ponieważ należał do tych, którzy wszystko wiedzą i wszystko wyjaśnią.

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura