12 obserwujących
843 notki
206k odsłon
  194   0

Państwo macie zapewne, tak jak większość Polaków

księżycowe wyobrażenie na temat USA – o czym piszemy w kółko. Dlatego pewnie wyobrażacie sobie, że amerykańskie uniwersytety – to ho, ho! Nie wiadomo jak wysoki poziom, doskonałe warunki pracy dla kadry naukowej i swoboda prowadzenia badań.

Guzik prawda.

Na paru najlepszych uniwersytetach – faktycznie nie jest źle. Ale jeżeli pójdziecie w dół rankingów i zaczniecie obserwować jak realia akademickie wyglądają naprawdę – to odkryjecie, że amerykańskie uniwerki tworzą naprawdę feudalny system.

Na szczycie są pracownicy administracji – oraz uniwersyteccy komisarze polityczni. Ci posiadają ogromną władzę – i zarabiają ogromne pieniądze.

Niżej jest warstwa profesorów mianowanych dożywotnio – tak zwanych „tenurowych„. Ci zarabiają przyzwoicie, są – przynajmniej w teorii – nieusuwalni – i mają dużo swobody.

Jeszcze niżej jest masa pracowników „nietenurowych” rozmaitych laborantów, postdoków i podobnych. Ci zarabiają marnie – ale maja nadzieje, że może kiedyś zostaną profesorami.

A jeszcze niżej jest ogromna armia tak zwanych „adjunct faculty„, czyli wykładowców przyjmowanych na umowę-zlecenie, na to aby w konkretnym semestrze uczyć konkretnego kursu, płaconych według gównianych stawek od godziny, bez żadnych benefitów, bez ubezpieczenia zdrowotnego i bez planu emerytalnego – jeżeli nie liczyć najlichszego social security – a i to nie zawsze. Ci ludzie wykładają w jednym semestrze – i nie wiedzą czy będą wykładać w następnym.

A często jest tak, że w dwóch kolejnych dniach tego samego przedmiotu uczą w dwóch rożnych klasach profesor „tenurowy” oraz adjunct. Uczą tego samego, uczą tak samo – ale tenurowy zarabia i dziesięć razy więcej niż adjunct.

To dlaczego ci adjuncts się na to godzą? – zapytacie.

Ano większość łudzi się, że kiedyś, jak się zwolni etat profesorski bo któryś z tenured professors umrze lub odejdzie na emeryturę – to oni wskoczą na jego miejsce. Jest to nadzieja złudna – od kilkudziesięciu już lat na uniwersytetach i collegeach trwa powolny proces zastępowania stałych profesorów adiunktami. Są tańsi, mają mniejsze wymagania, można ich zwolnić kiedy się chce – i nie podskakują. I dlatego jeżeli na jakimś collegeu umiera profesor – to na ogół nie oznacza to że na jego miejsce zostanie przyjęty następny – tylko że na jego miejsce przyjmie się kilku adjuncts gotowych pracować za przysłowiową miskę zupy – a zaoszczędzone pieniądze pójdą na stworzenie nowego etatu dla jakiegoś „czwartego zastępcy wice dziekana do spraw diversity”. A czym są dziekani od spraw diversity – już tłumaczyliśmy.

I pisaliśmy już jak to kryzys wywołany wirusem sprawił, że uczelnie zostały zmuszone do zwalniania personelu naukowego – ale pomimo cięć budżetowych nadal przyjmują kolejnych komisarzy politycznych.

Merdia właśnie doniosły, że CUNY – czyli miejski publiczny uniwersytet w miasteczku Nowy Jork został na skutek kryzysu zmuszony do likwidacji wielu przedmiotów – a w konsekwencji do zwolnienia 2800 adiunktów. Lewactwo zakipiało oburzeniem – a My Wielki Wódz pytamy:

Czy uniwersytet CUNY nie mógłby zamiast zwalniać adjuncts – odchudzić trochę administrację? Proszę popatrzyć na byle uniwersytet a zobaczycie, że ma ogromne biuro do spraw diversity zatrudniające armie wszy-nierobów, z których utrzymanie każdej kosztuje kilkanaście razy więcej niż przeciętnego adjunct lecturer. Z czystym sumieniem można by się tych darmozjadów pozbyć – a zatrzymać personel dydaktyczny. Więc dlaczego uniwersytety tego nie zrobią:

Już pisaliśmy: Ideologia ma prymat nad ekonomią. Tak jak to klasycy marksizmu przewidzieli.

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale