Dawno temu pisaliśmy o tym, jak to jakaś szwedzka harpia, pełniąca rolę minister czegoś tam pouczała Polskę, że powinna zmienić prawo podatkowe tak aby kobiety, które zamiast pracować zajmują się domem - zmusić do pracy zarobkowej.
Teoria jest taka: Feminizm niby walczy o prawa kobiet i o to aby kobiety miały wolność wyboru: która kobieta chce pracować, niech pracuje, która woli dom - niech siedzi w domu.
Ale to jest teoria. Praktyka jest taka, że feminizm i cała lewacka swołocz do kobiet zajmujących się domem odnoszą się z bezgraniczną pogardą i uważają, że należy je z domów wywlec - nawet pod przymusem - i zmusić do roboty. W dzisiejszych czasach ten przymus jest (na razie) tylko fiskalny: prawa podatkowe ustawiane są tak aby uderzały bardziej w małżeństwa gdzie jedna osoba pracuje a druga siedzi w domu, niż w takie gdzie dwoje pracują.
Dlaczego lewica tak nie cierpi kobiet zajmujących się w domu dziećmi?
Bo po pierwsze: Taka kobieta spędza czas ze swoim dzieckiem i uczy je nie wiadomo czego. Na przykład: że Hilaria to skorumpowana wiedźma, chodząca na smyczy finasowych grup interesu. A dziecko powinno chodzić do państwowego przedszkola i uczyć się śpiewać piosenki na cześć Hilarii.
A po drugie: Dzieci, które są uczone w domu przez matki osiągają lepsze wyniki w nauce od dzieci uczonych poza domem. Dziecko, które do siódmego roku życia siedzi w domu z mamą i razem z mamą czyta bajki - gdy pójdzie do szkoły będzie już potrafiło płynnie czytać, nawet grube książki. A dziecko, które chodziło do przedszkola, w czasie gdy jego mama pracowała w Biedronce - nie. Rezultat jest taki, że - zdaniem lewackiej swołoczy - uczenie dzieci w domu pogłębia nierówności społeczne. Matkę, któa zajmuje się domem należy zmusić do wyjścia z domu a dziecko wysłać do (koniecznie państwowego) przedszkola, gdzie od małego będzie poddawane indoktrynacji.
Przypominamy o tym wszystkim, bo jak Państwo wiedzą, PiS wprowadził program 500+, którego efektem ubocznym okazało się to, że kobiety pracujące na nisko płatnych pozycjach nie wymagających kwalifikacji - takich jak owa przysłowiowa kasa w Biedronce - zaczęły składać wymówienia. Ku przerażeniu lewactwa, kobiety mając do wyboru zajmowanie się domem lub tyranie za psie pieniądze - wybierają dom.
Natychmiast zaczęły w mediach toczyć pianę z ust rozmaity lewackie mendy pitolące o tym, że program 500+ "demoluje rynek pracy". Bo pracodawcy nagle muszą płacic więcej - no po prostu zgroza. A co najgorsze: Nie wiadomo, co takie kobiety rzucające pracę dla dzieci będą tym dzieciom opowiadać. Może ich jeszcze wychowają na wyborców PiS? No, po prostu ruja i poróbstwo.
Tak sobie właśnie czytamy w Rzepie wywiad z jakimś Jackiem Męciną, profesorem oraz byłym wiceministrem pracy - co w tłumaczeniu na język polski oznacza: zawodowym członkiem sfory budżetowej, który programowo i z zasady nigdy w życiu nie pokalał sobie łapek produktywną pracą, zawsze żyjąc na cudzy koszt. Onże profesor oraz były wiceminister tłumaczy:
Kobiety powinny wrócić do pracy
[...]
Mamy trwałą poprawę na rynku pracy - mówi prof. Jacek Męcina, były wiceminister pracy i dodaje, że to nie oznacza, iż nie ma żadnych problemów. - Problemy mają teraz pracodawcy, którzy nie mogą znaleźć pracowników - podkreśla.
[...]
Trzeba się zastanowić, jak zachęcić do powrotu na rynek pracy świetnie wykształconych kobiet, które po urodzeniu dziecka nie zdecydowały się na powrót do pracy
[...]
Trzeba przebudować program 500+, bo dezaktywuje kobiety
Oj, jak lewactwo boli to, że kobiety wolą zajmować się dziećmi niż pracować poza domem, oj jak ich to strasznie boli. I jak strasznie kombinują aby je z tych domów wygonić i zmusić do powrotu na plantacje, znaczy się chcieliśmy powiedzieć - do pracy.
Inne tematy w dziale Gospodarka