96 obserwujących
361 notek
1008k odsłon
6342 odsłony

W Rosji i na Białorusi nadchodzi czas przesilenia.

Wykop Skomentuj50

Dzisiaj (30 stycznia) premier Federacji Rosyjskiej Michaił Miszustin poinformował, że rząd podjął decyzję o zamknięciu granicy z Chinami z powodu możliwości przeniknięcia koronowirusa, który wywołał epidemię w mieście Wuhan. Już wcześniej rosyjskie media informowały o znajdujących się w Moskwie chorych turystach z Chin, którzy zostali objęci kwarantanną, a kolejne linie lotnicze informowały o zawieszeniu połączeń. Niezależnie jednak od tego na ile poważnie oceniać należy zagrożenie epidemiologiczne, to z pewnością chiński wirus uderzy w Rosję, choć nie tak jak byśmy na pierwszy rzut oka sądzili. Ekonomiści alarmują, że to co się dzieje w Państwie Środka będzie miało istotne skutki dla tamtejszej gospodarki. Już dziś szacuje się, że kwarantanny, ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi i towarów, zawieszenia połączeń lotniczych, praktycznie zamarcie branży turystycznej wywoła spowolnienie chińskiego wzrostu gospodarczego. Pytanie tylko jaka będzie jego skala. Dziś, dość optymistycznie, przyjmuje się, że nie przekroczy ono 1 % w skali roku, choć nie brak pesymistów, powołujących się na doświadczenia z epidemią atypowego zapalenia płuc z początku tysiąclecia, twierdzących iż bliższe prawdy będzie spowolnienie chińskiego PKB na poziomie 2 % w tym roku. Jeśli te szacunki się potwierdzą, to tamtejsza gospodarka potrzebowała będzie mniej surowców, w tym i rosyjskiej ropy, gazu, tarcicy, żywności. To kolejna nieprzyjemna informacja jaka napłynęła do Moskwy z Chin w ostatnim czasie. Kilka dni wcześniej okazało się, że to nie Rosja a Chiny są drugim na świecie po Stanach Zjednoczonych eksporterem broni i uzbrojenia (tak wynika z opublikowanego raportu sztokholmskiego instytutu SIPRI). Gdyby te informacje się potwierdziły, to wynikałoby z nich, że Pekin wykorzystuje swą obecność w wielu rozwijających się krajach nie tylko po to aby sprzedawać tam swe towary i inwestować w rozbudowę infrastruktury komunikacyjnej, ale również zabiega o kontrakty zbrojeniowe. Jest to dla Moskwy o tyle nieprzyjemna informacja, że jak wiadomo ta gałąź gospodarki jest jedną z podstawowych źródeł zarówno pozyskiwania waluty, jak również, a może przede wszystkim poszerzania jej wpływów politycznych. Z rosyjskim sektorem zbrojeniowym w istocie musi być nieco gorzej niźli utrzymuje to oficjalna narracja skoro premier Miszustin w jednym ze swoich pierwszych wystąpień publicznych, w Dumie, wezwał firmy z tej branży do zwiększenia produkcji cywilnej. Zupełnie jak Gorbaczow, który na początku pierestrojki apelował o to samo.

Ale najbardziej nieprzyjemne nowiny dotarły do Moskwy równo tydzień temu, kiedy w Waszyngtonie poinformowano o zawarciu z Chinami porozumienia kończącego spory handlowe. Jak wiadomo przewiduje ono, że Pekin zwiększy zakupy w Stanach Zjednoczonych o 200 mld dolarów. Zdaniem ekspertów z Instytutu Petersona zajmujących się światowym handlem Chiny nie będą w stanie wywiązać się z zawartego porozumienia jeśli nie zrezygnują z części obecnych kontraktów. I w Rosji uważa się, że Pekin może ciąć zakupy u rosyjskich dostawców. Chodzi przede wszystkim o ryby i owoce morza, ropę naftową oraz gaz ziemny, w niewielkim stopniu soję, bo w tych grupach towarowych Stany Zjednoczone mogą dość szybko zwiększyć swą sprzedaż. A zatem, to co się dzieje obecnie w Chinach, niezależnie od zagrożenia jakąś formą porozumienia chińsko – amerykańskiego, ma wymiar przede wszystkim gospodarczy i oznacza z rosyjskiej perspektywy, trudności z eksportem. A z pewnością spadek cen będący efektem tych trudności. Już cena ropy naftowej na światowych rynkach spadła do poziomu poniżej 60 dolarów za baryłkę, co wywołało małą panikę w grupie arabskich producentów współtworzących OPEC. Obowiązujące porozumienie w formule OPEC+, czyli z udziałem Rosji zawarte zostało do marca, ale teraz mówi się o tym, że państwa arabskie będą proponować jego przedłużenie o przynajmniej kolejne 3 miesiące. Moskwa już w trakcie poprzednich rozmów nie była zwolennikiem takiego posunięcia, bo rosyjscy producenci byli zdania, że redukcje w produkcji dotykają ich w największym stopniu.

Co gorsze, spodziewane spowolnienie chińskiej gospodarki zbiegło się z nadzwyczaj ciepłą zimą, co już spowodowało katastrofę, z rosyjskiego punktu widzenia, na kluczowym dla Rosji, europejskim rynku gazowym. Co prawda występująca kilka dni temu na konferencji prasowej wiceprezes Gazpromu Jelena Burmistrowa powiedziała, że koncern ma zamiar utrzymać w bieżącym roku sprzedaż na rynku europejskim zbliżoną do najlepszego 2018 roku, kiedy udało się przekroczyć poziom 200 mld m³. Jednak teraz rosyjscy analitycy zwracają uwagę na kilka zjawisk, które stawiają pod znakiem zapytania te ambitne plany. Po pierwsze pod koniec ubiegłego roku rosyjski eksport do UE związany był przede wszystkim z zapełnianiem podziemnych magazynów i tylko dzięki sprytnym sztuczkom (zasoby gazu zostały zastawione w Gazprombanku w ramach operacji repo) można było zaliczyć je do sprzedaży. W tym wypadku chodzi o 8 mld m³, które nadal znajdują się w magazynach, które opóźniają się z powodu ciepłej zimy, wolniej niźli planowano, i dziś nadal zapełnione są w 74,2 % podczas gdy rok temu było to 55,5 %. To zaś w połączeniu z narastającym eksportem gazu LNG do Europy (wzrost w ubiegłym roku o 67 %) powoduje katastrofalne, z punktu widzenia Gazpromu skutki jeśli idzie o cenę gazu. Obecnie w holenderskim hubie TTF handluje się gazem w cenie na poziomie 120 dolarów za 1000 m³, podczas gdy przed rokiem było to 300 dolarów za tę samą ilość. Mniejszy popyt powoduje, że Gazprom więcej sprzedaje na rynku kontraktów spot, wykorzystując uruchomioną w ubiegłym roku przez siebie specjalną platformę do handlu elektronicznego, a tu ceny są niskie i na razie niewiele wskazuje, że wzrosną. Analitycy zwrócili uwagę na to, że Gazprom nie opublikował, odmiennie niźli w poprzednich latach w połowie stycznia cząstkowych danych o eksporcie skierowanym do tzw. odbiorców z dalszej zagranicy (z wyłączeniem krajów, które wyłoniły się z ZSRR), co skłoniło ich do wniosków, że może on być niższy od wyników sprzed roku nawet o 25 %. Czyli nawet jeśli uda się rosyjskiemu koncernowi utrzymać poziom sprzedaży do Europy, co wydaje się wątpliwe, to w obliczu niższych cen rentowność tego handlu będzie znacznie mniejsza. A na dodatek Gazprom ma rozgrzebaną i niedokończoną inwestycję w postaci Nord Stream 2. I tu ciekawa informacja, która ujawniona została w trakcie niedawnego wywiadu ambasadora Niemiec w Moskwie Gezy Andreasa von Geyra, który dopytywany przez dziennikarzy Kommiersanta o to co Berlin zamierza zrobić a amerykańskimi sankcjami nałożonymi na gazociąg, powiedział, że przecież przedstawiciele niemieckich władz zawsze mówili, iż jest to projekt komercyjny a nie polityczny. A w związku z tym, mimo, że generalnie Niemcy nie popierają transgranicznych sankcji amerykańskich, to w tym przypadku nie zamierzają nic robić, bo to zmartwienie firm, które zdecydowały się na inwestycję w ten projekt. Warto tę wypowiedź zapamiętać, tak jak i drugą opinię niemieckiego ambasadora, który pytany o perspektywę zniesienia antyrosyjskich sankcji odparł, że nie nadszedł jeszcze czas na tego rodzaju kroki. Mamy generalnie skłonność w Polsce do nagłaśniania wszystkich wypowiedzi niemieckich polityków, których nie brak, opowiadających się za jakąś formuła resetu z Moskwą, a nie dostrzegamy tych, które prezentują inny punkt widzenia. Jest to oczywiście wynik projekcji naszych obaw i niewiele ma wspólnego z rzetelną analizą polityki Berlina wobec Federacji Rosyjskiej. Zupełnie inaczej widzą to analitycy w Moskwie, np. przywoływani już przeze mnie eksperci z renomowanego MGiMO, którzy napisali, iż w najbliższych miesiącach a nawet, być może latach to „Paryż będzie zabiegał o budowanie więzi z Rosją wykraczających poza budowę gazociągów do których swą politykę współpracy ograniczają Niemcy”. Piszę o tym przede wszystkim przez wzgląd na coraz bardziej popularny w Polsce pogląd o jakiejś konkurencyjności „opcji atlantyckiej” i „opcji niemieckiej” w polskiej polityce zagranicznej. Ci którzy prezentują takie myślenie, są, by użyć powiedzenia naszego noblisty „w mylnym błędzie”. Nie będzie żadnej opcji atlantyckiej bez opcji niemieckiej. Wystarczy zobaczyć w jaki sposób dyslokowane są do Europy wojska amerykańskie, których przerzut rozpoczął się w ramach przygotowań do ćwiczeń Defender Europe 2020. Docierają one do portów niemieckich, belgijskich i holenderskich.

Wykop Skomentuj50
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka