86 obserwujących
344 notki
866k odsłon
3624 odsłony

Rosja 2019 - czekając na Cuszimę.

Wykop Skomentuj29

Koniec roku skłania do podsumowań i snucia prognoz na najbliższe miesiące i lata. Nie jest to proste zadanie, ale w przypadku Rosji i rysujących się przed nią perspektyw, zarówno w planie gospodarczym, jak i politycznym mamy do czynienia z zadaniem wręcz karkołomnym. Innymi słowy wszystko się może zdarzyć. 

    Zacznijmy od kwestii natury gospodarczej. Miniony rok rosyjskie władze mogą w tej materii zapisać do udanych. Dzięki wysokim cenom na ropę naftową budżet miał stabilną nadwyżkę, odbudowano rezerwy, bilans handlowy był dla Rosji korzystny. W 2019 roku sytuacja nie musi się powtórzyć, bo rynek ropy naftowej jest, jak niedawno powiedział w wywiadzie prasowym nadzorujący sektor i rozmowy z kartelem OPEC, minister Nowak, nieprzewidywalny. Cena baryłki może spaść do 40 dolarów, ale równie dobrze wzrosnąć do 80. Z punktu widzenia państwowej strategii gospodarczej tego rodzaju niepewność nie jest zjawiskiem korzystnym. Tym bardziej, że rubel, który w minionym roku stracił 20 % swej wartości raczej na pewno znów podlegał będzie osłabieniu. Koniec roku jest w tym względzie symptomatyczny, bo euro kosztuje powyżej 80 rubli, a dolar niemal 70, czyli najwięcej od września. A wszystko w sytuacji, kiedy zapowiadane kolejne amerykańskie sankcje nie zostały jeszcze wprowadzone. Z Rosji odpłynęło w kończącym się roku ponad 70 mld dolarów kapitału (na początku roku Bank Centralny prognozował, że raczej będzie to 7 mld) a prognozy wzrostu gospodarczego trzeba było redukować. Oczywiście rosyjskie władze podjęły stosowne kroki i nie można wykluczyć, że 2019 rok zadziwi nas tempem rozwoju Rosji. Te kroki, to przeprowadzona w ostatnich dniach grudnia wymiana na stanowisku prezesa rosyjskiego GUS-u. I rezultaty już są. 5 dni po tym, jak „na własną prośbę” odszedł poprzedni prezes Surinow, dość powszechnie krytykowany zresztą przez niezależnych ekonomistów za to, że niektóre z podawanych przez Rosstat wskaźników wzrostu (m.in. inwestycji) już na pierwszy rzut oka wydawały się mało wiarygodnymi, urząd opublikował korekty lat 2016 i 2017. I okazało się, że recesja roku 2016, kiedy to pierwotnie oceniano spadek rosyjskiego PKB na 0,6 %, potem jego głębokość zredukowano do minus 0,2 %, teraz przemieniła się we wzrost, co prawda niewielki, ale jednak na poziomie 0,3%. Trochę jak z naszą historią o zielonej wyspie. Tym bardziej, że dla 2017 roku też skorygowano wskaźnik wzrostu PKB – z 1,6 % na 1,7%, ale jako, że baza była wyższa to i korekta roku 2017 de facto wyniosła ok. 0,55 %. Teraz już prosta droga prowadzi do poprawki wyniku roku 2018. A przypomnijmy, że na początku roku rosyjski rząd prognozował wzrost na poziomie 2,1 %, ale później musiał te szacunki redukować do 1,6 %. Wygląda na to, że teraz będzie miał to co chciał.

    Tylko jaki to wszystko ma sens? Oczywiście prócz propagandowego, zwłaszcza w sytuacji kiedy dochody Rosjan nie rosną, spadają też wydatki konsumpcyjne i wszystkie nastroje społecznego optymizmu. Związany z opozycją ekonomista Władysław Inoziemcow napisał, że gospodarka rosyjska przypomina mu rosyjską flotę czasów carskich płynąca na Daleki Wschód, po to aby pod Cuszimą dostać od Japończyków tęgie lanie. Wszystko wówczas wydawało się być w najlepszym porządku, flota budziła zaufanie swą potęgą a samo przedsięwzięcie rozmachem. Tylko finał nie był zbyt ciekawy, a potem zaraz wybuchła w Rosji rewolucja (1905 roku). Teraz taką Cuszimą, w jego opinii, dla Rosji nie będą ani sankcje, ani kłopoty związane z kursem rosyjskiej waluty czy poziomem inflacji, ale perspektywa kolejnej fali kryzysu światowego, który niechybnie nadejdzie, bo amerykańska gospodarka rośnie już 115 kolejne miesiące, podczas gdy średni okres ekonomicznego wzrostu w czasie ostatnich 60 lat nie był dłuższy niźli 71 miesięcy. I tego kryzysu, Rosja bez gruntownych wstrząsów wewnętrznych, jego zdaniem, nie przetrwa.

    Wstrząsy gospodarcze wywołają z pewnością napięcia polityczne, tym bardziej, że zmienia się strategia rosyjskiej opozycji, która najwyraźniej przemyślała doświadczenia ostatnich lat i swe wysiłki wzbudzenia protestów ulicznych i teraz zmienia taktykę. Związani z opozycją rosyjscy politolodzy są zdania, że „kryterium uliczne” jako próba osłabienia rosyjskiej władzy jest ślepą uliczką. Po pierwsze w Rosji nie ma nastrojów ku temu, po drugie władza ma wystarczająco dużo siły aby sobie z tymi próbami poradzić. Znacznie trudniej jest jej się zmagać ze strategią „rozsądnego głosowania” ogłoszoną przez Nawalnego przed ostatnią turą wyborów w Rosji. Przypomnijmy turą przez władze w wielu miejscach przegraną. Najbardziej prestiżowy z punktu widzenia Moskwy okręg dalekowschodni udało się ostatecznie odbić – po unieważnionych wyborach, które dość nieudolnie zostały sfałszowane, przeprowadzone w grudniu przyniosły sukces nominatowi Kremla – Olegowi Kożemiako, który według oficjalnych danych zdobył 61,88 % głosów. Kożemiako, wcześniej będący gubernatorem Obwodu Sachalińskiego był bez wątpienia dobrym kandydatem, a z pewnością najlepszym, jakiego Moskwa mogła wysłać. Rosyjskie media pisały, że prowadził on bardzo aktywną kampanię – był wszędzie, odwiedzał nawet najdalej położone dalekowschodnie przysiółki, a pomagał mu Borys Rappaport, w administracji prezydenta Putina będący zastępcą Wladislawa Surkowa, czyli wysoko postawiony urzędnik. Świadczy to o wadze jaką Moskwa przykładała do wyborów na Dalekim Wschodzie. Wszystko, jak się wydaje przebiegło po jej myśli, tylko teraz 25 grudnia, opublikowano raport niezależnych obserwatorów z których wynika, że w 47 obwodach, około godziny pierwszej w nocy, dodano kremlowskiemu kandydatowi głosów – nie przekraczał on wg. wcześniejszych obliczeń w nich 50 %, ale finalnie dostał 70 %, co pozwoliło mu wygrać wybory. (link do raportu - https://www.golosinfo.org/ru/articles/143130) Jaki to wszystko ma związek ze zmianą strategii rosyjskiej opozycji? Otóż jak dowodzą socjologowie wezwanie Nawalnego aby iść na wybory i popierać kandydatów, niezależnie od koloru partyjnej legitymacji, czyli tych, którzy mają największe szanse sukcesu rozumianego jako przeciwdziałanie wyborowi kandydata obozu rządowego bardzo przeszkadza kremlowskim „technologom władzy”. Bo na ich korzyść działa niska frekwencja. Jeśli jest ona na poziomie 25 % uprawnionych, to nie jest jakimś wielkim problemem dorzucić do urn taka liczbę głosów aby rozstrzygnąć wybory na własną korzyść. Ale sytuacja zmienia się diametralnie, jeśli frekwencja przekracza 50 %, bo wtedy skala fałszerstw musi być o niebo większa, wymaga większej liczby zaangażowanych w nie osób i perspektywa, że nastąpią przecieki, ktoś nie wytrzyma presji, a znajdą się też uczciwi, i w efekcie wszystko może się posypać. Strategia opozycji, którą lansuje obecnie Nawalny sprowadza się w gruncie rzeczy do wykreowania niezależnego od władz ośrodka, który decydować może o wynikach lokalnych wyborów. Przed zbliżającymi się wyborami do Dumy jej powodzenie mieć może fundamentalne znaczenie, bo osłabia spoistość obozu władzy, która ponadto nie ma narzędzi aby z takim działaniem skutecznie walczyć. Jeśli kryzys rosyjskiej gospodarki nałoży się na kolejne tury wyborów, to obserwować możemy istotne zmiany.

Wykop Skomentuj29
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka