86 obserwujących
344 notki
866k odsłon
6182 odsłony

Strach rosyjskich elit widać gołym okiem.

Wykop Skomentuj33

    Inna interpretacja związana jest z rokiem 2024, kiedy to kończy się obecna kadencja władcy Rosji a w świetle obowiązującej konstytucji nie może być następnej. W swoim czasie rosyjskie media pisały, że Orieszkin jest jednym z ulubionych ministrów Putina i nie można wykluczyć, że stanie się Delfinem. Sam minister miał w jednym z wywiadów nieostrożnie powiedzieć, że taka perspektywa jest bliska jego sercu. Tylko, że kierujący pracami Dumy Wołodin tez chciałby znaleźć się na miejscu Putina. Jest mu w oczywisty sposób na rękę to aby „twarzą” niepopularnej polityki rosyjskiego rządu był minister Orieszkin. Zresztą Wołodin gra bardzo zręcznie, bo niedawno zaproponował zmiany w rosyjskiej konstytucji, tak aby Putin mógł sprawować swój urząd więcej niźli dwie kadencje. Sygnał jest oczywisty – nie jestem zainteresowany władzą, wspieram Putina. Dla niego jest to sytuacja typu win – win. Jeśli Putin zostanie, to Wołodin poprawi swoje notowanie, jeśli odejdzie, to Wołodin będzie jednym z najbardziej lojalnych, a Orieszkin tym, na którym koncentrował się będzie „gniew ludu”.

    Wreszcie trzeba też pamiętać, że starcie Wołodin – Orieszkin mogło mieć charakter przypadkowego „zbiegu okoliczności”. Precyzyjnie rzecz ujmując nie samo starcie, bo dla trwającej w rosyjskich elitach władzy rywalizacji o wpływy i znaczenie, to normalność, ale przypadkowym mogło być to, że nastąpiło ono publicznie, co przez ostatnie 20 lat się nie zdarzało. Zdaniem rosyjskich politologów może to świadczyć o rosnących w elitach władzy napięciach wywołanych emocjami na tle spadających notowań i trudnej sytuacji gospodarczej.

    Tym bardziej, ze jeszcze w tym roku obóz władzy czekają trudne wybory na stanowiska gubernatorów. Już wybory w roku ubiegłym pokazały, że monopol Jednej Rosji jest zagrożony. W strategicznie ważnym okręgu Primorskim (Władywostok) zdaniem wielu niezależnych analityków władze musiały uciec się do sfałszowania wyborów, a potem przy użyciu metod administracyjnych nie dopuścić do kandydowania lokalnego komunisty, który zbuntował się wobec nakazów swej partyjnej centrali i chciał kandydować jako niezależny. Tylko, że tej jesieni będą miały miejsce wybory w co najmniej czterech bardzo z perspektywy władz „problematycznych” regionach, w tym tak dla sytuacji w kraju kluczowym jak Petersburg. (inne to Sachalin, okręg Zabajkalski i Lipiecki). Jeszcze w ubiegłym roku władza, w ramach przygotowań do wyborów w Petersburgu, który ma nie tylko symboliczne znaczenie, ale jest też drugą rosyjska aglomeracją, przy czym taką w której siły opozycji i nastroje społeczne zawsze uchodziły za najsilniejsze w skali kraju, doprowadziły do zmiany na stanowisku gubernatora. Nowy pełniący obowiązki gubernatora Biegłow, (ponoć blisko związany z petersburskim biznesmenem Prigożinem) uchodził za dobrego kandydata, faworyta wyborów. Tylko, że już po jego nominacji, prócz pikujących nastrojów Rosjan miały również miejsce inne, zdawałoby się drobne, ale znaczące wydarzenia. W Petersburgu ludzie wściekli się dlatego, że miasto praktycznie nie było oczyszczane ze śniegu, a jeszcze na dodatek zawalił się dach w nie remontowanej od lat wyższej uczelni. I teraz, jak donoszą, rosyjskie kanały informacyjne na platformie Telegram, przeprowadzono nieoficjalne badania popularności Biegłowa, które wypadły tak źle, że do północnej stolicy przyjechała silna grupa, którą kieruje Andriej Jarin, odpowiadający w administracji rosyjskiego prezydenta za politykę wewnętrzną, w tym wyniki wyborów. Na dodatek rosyjska opozycja, w tym i bloger Nawalny, wyciągnęła wnioski z wyników badania opinii publicznej i chce zbudować, właśnie przy okazji wyborów w Petersburgu, lewicową alternatywę wobec obozu władzy. Chodzi nie tylko o to, że Jedna Rosja uważa się za formacje konserwatywną i prawicowa, ale o to, że ze wszystkich sondaży wynika, iż Rosjanie chcą więcej sprawiedliwości społecznej, mniej nierówności, zwiększenia wydatków na cele socjalne.

    Wydaje się, że nie jest też kwestią przypadku, to że tydzień temu w trakcie odbywającej się w Moskwie konferencji naukowej poświęconej strategii wojskowej, wystąpił z długim wykładem szef rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Gierasimow. Jego wystąpienie w całości przedrukowała gazeta armii – Krasnaja Zwiezda, więc można było się zapoznać z przemyśleniami głównego stratega Rosji. Otóż odwołał się on do najnowszej, jego zdaniem, amerykańskiej doktryny strategicznej, którą w skrócie nazwał „strategią konia trojańskiego”. Ma ona, jego zdaniem, polegać na użyciu wszystkich dostępnych również i nie mających charakteru militarnego sposobów osłabienia potencjalnego przeciwnika. Zaliczyć do niej można również, a może przede wszystkim, oddziaływanie informacyjne i propagandowe (może dlatego Duma uchwaliła w minionym tygodniu nowe prawo zakładające karanie za umieszczenie w sieci informacji, których celem jest szkalowanie władzy), próby wzbudzenia niezadowolenia ludności, ruchów separatystycznych czy nawet posłużenia się pomocą humanitarną, aby osłabić i złamać wolę oporu. Kluczową rolę w tym działaniu mają „kolorowe rewolucje”, ale przeczulenie Moskwy na tym tle, nie jest rzeczą nową. Ale Gierasimow powiedział coś jeszcze. Otóż rosyjska armia, jego zdaniem jest przygotowana na taki rozwój wydarzeń, ma opracowane procedury i jest w stanie zbrojnie reagować jeśli tego rodzaju wypadki będą miały miejsce. Z naszego punktu widzenie istotne jest to, że rosyjski generał mówił o strategii „wyprzedzającego uderzenia obronnego”. Obronność rosyjskiego ataku ma cechować się tym, że nie będzie on długotrwały, raczej będzie to „mała wojenka”, której celem jest zniszczenie zagrożenia. Po osiągnięciu tego, do gry wchodzi dyplomacja i sieć powiązań międzynarodowych pozwalających oddalić perspektywę wojny na wielką skalę. Oczywiście o tym co jest zagrożeniem decydują sami Rosjanie, a doktryna ta obejmuje nie tylko Rosję, ale również ich sojuszników. Ale z punktu widzenia sytuacji wewnętrznej w Rosji inne przesłanie tego wystąpienia jest istotne – otóż Gierasimow niedwuznacznie zakomunikował, że niepokoje społeczne, czy regionalne (np. na tle narodowościowym) będą traktowane jako zaplanowany przejaw agresji sił obcych i rosyjska armia nie zawaha się walczyć z nimi z bronią w ręku. Całe to przesłanie, jak zauważył Aleksznder Golc, niezależny rosyjski analityk wojskowy, w sposób dość luźny ma się do amerykańskiej doktryny określanej mianem „konia trojańskiego”. Generał David Goldfein, dowodzący amerykańskimi siłami powietrznymi w rozmowie z analitykiem Brookings Institute, na którą powoływał się Gierasimow, mówił o potrzebie wprowadzenia na wyposażenie większej liczby myśliwców F – 35. W miejsce obecnych 312 obecnych szwadronów amerykańska armia winna mieć 386. Przy czym przewaga F – 35 ma prowadzić do tego, że są one trudne do wykrycia, i w związku z tym grupy uderzeniowe mogą łatwiej przeniknąć na tyły przeciwnika. Gdzie tu mowa o „kolorowych rewolucjach”? Ale strach jak wiadomo ma wielkie oczy i każdy czyta zagrożenia tak jak postrzega sytuację. Gerasimow najwyraźniej obawia się, że najpierw w Rosji wybuchną zamieszki a to może skłonić Stany Zjednoczone do rozpoczęcia uderzenia.


Wykop Skomentuj33
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka