Żoliborz w historii zrywu sierpniowego jawi mnie się jako najbadziej niewykorzystana dla Powstania warszawska dzielnica. Przypadkowy, przedwczesny wybuch walk około godz.13-tej 1-szego sierpnia na ul. Słowackiego utrudnił bardzo, wręcz uniemożliwił zaskoczenie "Godziną W", co miało być największym atutem atakujących Polaków, tradycyjnie bardzo skromnie uzbrojonych. Potężne fortyfikacje obsadzone przez Niemców mogły być zdobyte tylko jakimś podstępem, fortelem, nigdy zaś otwartym atakiem. Nic mi nie wiadomo, że takowe (na podobieństwo szturmu koszar na Mokotowie przez baon "Zośka") planowano. Po fiasku ataku 1-szego siepnia dowódca Żoliborza ppłk Żywiciel (M.Niedzielski) zdecydował o opuszczeniu miasta i udaniu się do pobliskiej Puszczy Kampinowskiej. Podczas nocnego marszu tam nie pomógł nacierającym na lotnisko w Bielanach oddziałom partyzantów kampinowskich (i pułku por. Doliny-Góry), co doprowadziło do porażki szturmu (zdobycie lotniska miało by kolosalne znaczenie dla losów Warszawy). Po przybyciu do Kampinosu ppłk Żywiciel otrzymał rozkaz bezzwłocznego powrotu do swojej dzielnicy. Tam miał strasznego farta - zagubione z nim oddziały trzymały jej centrum, a w dodatku Niemcy przez pomyłkę "podarowali" im ciężarówkę z 24 karabinami maszynowymi - ilość wielce podnoszącą siłę ognia oddziałów dzielnicy. Potem już same niewykorzystane okazje - kolumna podążąjąca z Kampinosu na Żoliborz natknęła się w nocy na śpiącą kolumnę ciężarówek i tankietek niemieckich, jednak jej dowódca (ppłk Ludwik Wiktor Kowalski) stchórzył przed walką. Pogubił przy tym swoich ludzi w nocnych ciemnościach. Dosyć znaczne jak na warunki Powstania dostawy zrzutowej broni z pobliskiej Puszczy i ochotników zostały przez dowództwo Żoliborza zmarnowane (patrz teksty - "Szturm na Dworzec Gdański - podłoże" i "Szturm na Dworzec Gdański - przebieg"). Podobnie, choć już bez znaczenia na wynik bitwy o Warszawę nie wykorzystano skutecznie obfitej pomocy sowieckiej, która zaczęła się zresztą dopiero w 44-tym dniu walki. Sam spis niemieckiej zdobyczy 30.09.44 budzi u orientującego się w skromności powstańczego uzbrojenia, zdumienie: 52 PIATy, 93 lkm, 13 ckm, 1 działko 50 mm, 20 +66 tys. amunicji niemieckiej i sowieckiej, 100 pocisków ppanc. A przecież to tylko część czym Żoliborz dysponował pod koniec walki.
Bezsens wojny, jej ślepego, niezależnego od słusznej czy błędnej decyzji losu w przełożeniu na życie lub śmierć „mięsa armatniego” uwydatnia poniższy opis jednego z tragicznych epizodów ostatniego dnia walk Żoliborza.
Teoretycznie z punktu widzenia wojskowego najsłuszniejsza decyzja zaskutkowała bardzo tragicznie.
P.S. To dosyć osobisty text. Nie dziw, że Marian Kamiński po wojnie niechętnie wspominał swoje powstańcze bohaterskie czyny, od walk w osamotnionej grupie w Śródmieściu, a po przejściu przez Starówkę obronę południowej krawędzi Żoliborza. On przeżył, a jego podkomendni - choć absolutnie nie przez niego - polegli. Cześć Ich pamięci!





Komentarze
Pokaż komentarze (16)