Pewien czas temu z rozdrażnieniem pisałem o dziwnym zwyczaju kobiet do oszpecania się.
Wczoraj zrozumiałem.
Japończycy podobno mają jedną nazwę koloru niebieskiego i zielonego. Wg nich te kolory zbyt mało się różnią od siebie.
Wiadomo też, że różni ludzie mają różną zdolność rozpoznawania kolorów. Pan X jest dajmy na to daltonistą. Pan Y doskonale radzi sobie z rozróżnianiem 7 kolorów tęczy no i czerń plus biel. Inny ktoś potrafi rozróżnić 150 kolorów. Ale są też tacy, którzy widzą w trybie True Color. Co w połączeniu z bardzo dobrą ostrością wzroku jest moim przekleństwem właśnie. To czego nie dostrzega ani pan X, ani pan Y, ani właścicielka makijażu, może być strasznym widokiem dla mnie.
Gdy widzę kobietę w makijażu, widzę koszmarną mozaikę odcieni. Widzę twarz upaćkaną substancją o cielistym kolorze. Od razu przypomina mi się końcówka filmu "Z śmiercią jej do twarzy".
Wyobraźcie sobie makijaż zrobiony przez osobę, która w ogóle nie rozróżnia kolorów.
Ja nie musze sobie wyobrażać. Widzę to wokół siebie.




Komentarze
Pokaż komentarze