11 obserwujących
12 notek
18k odsłon
  1397   0

Kalejdoskop Hoffmana

... nie wierzę w to, że taki czy inny temat może uczynić gówno arcydziełem.

                                                                                                             bloger Kamiuszek

 

Nawet, gdybym posiadał tyle talentu, co wszyscy pisarze PRL do kupy razem, nie chciałbym (...) tak pisać pod "autocenzurę" jak oni.

                                                    Józef Mackiewicz
 
W ten sposób, to my nigdy nie kupimy wózka dla Karoliny.
                                                   Józef Mackiewicz Lewa wolna


Obejrzałem film Jerzego Hoffmana pt. "Bitwa Warszawska 1920". Zrobiłem to zupełnie przypadkowo. Obejrzałem go na You Tube. Sam się włączył, wcale go nie szukałem, nawet nie przypuszczałem, że tam jest. W pierwszej chwili chciałem zmienić, ale przypomniałem sobie, że jakiś czas temu bloger Kamiuszek nawiązał w rozmowie ze mną do pewnych wątków tego filmu, więc pomyślałem, że warto się zorientować, o co chodzi. A poza tym, cóż to za zrządzenie losu. Oto mam na biurku pachnące drukarnią wydanie najlepszej powieści o wojnie polsko - bolszewickiej, a ślepy los na monitorze mojego komputera wyświetla film, zapowiadany jako wielki fresk historyczny, o tym przełomowym w naszych dziejach wydarzeniu. Może to znak?.
 
Muszę się wytłumaczyć. W ubiegłym roku nie byłem zainteresowany filmem Hoffmana. Nie interesuje mnie lewacki punkt patrzenia na cokolwiek, a szczególnie na historię Polski. Ogólnie brzydzę się oświetlania przeszłości za pomocą reflektorowego szperacza. A dla postępowych lewaków, punktowe oświetlanie przeszłości, to jedyna bezpieczna metoda, zaglądania w przeszłość. W ten sposób powstaje widowisko. Jak w teatrze.

Obrót tubką i widzimy inny wzór. Znowu obrót i jeszcze piękniejszy pojawia się obrazek. Ojciec na każdym odpuście kupował mi takie coś, a ja co roku 15 sierpnia nie mogłem się nadziwić możliwościom tej magicznej tuby. Niewyczerpalna ilość pięknych wzorów! Ale zauroczenie trwało krótko, bo znienacka pojawiała się u mnie konieczność uwolnienia jednego z tych uwięzionych wewnątrz obrazków. Jeszcze w wieku szkolnym łudziłem się, że tym razem  w końcu się uda. Dzisiaj myślę, że ojciec wiedział o moich złudzeniach. Może dlatego konsekwentnie kupował mi ten odpustowy kalejdoskop.

Oczywiście w środku nie było żadnego pięknego obrazka, w środku nie było nic. Trzy szkiełka i trochę plastikowych trocin. Dokładnie tak, jak w filmie Hoffmana. Zabawa trwała najwyżej dzień - dwa, a potem przerwa do następnego odpustu, który w mojej parafii pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wypadał co roku dokładnie 15 sierpnia. Ojciec brał urlop i szliśmy na odpust. To znaczy domyślam się, że brał urlop, wtedy rzecz jasna nie miałem tego najmniejszej świadomości. Po prostu w dniu odpustu, szliśmy z ojcem na odpust i już.  A matka jak tylko zbliżaliśmy się do kościoła, ostrzegała ojca: tyko nie kupuj mu tego kalejdoskopu, bo znowu się pokaleczy jak w tamtym roku, a broń Boże korkowca. Z korkowcem było gorzej, za to kalejdoskop miałem co roku. Ale nie ukrywam, że jego zagadkę rozwiązałem tak późno, że lepiej będzie dla mnie, jak się tym nie pochwalę. Za to mam powody, aby podziękować odpustowemu kalejdoskopowi. Ojcu też.
 
Przed premierą spodziewałem się, że film będzie natrętną gloryfikacją Józefa Piłsudskiego, która zamiast przydawać Marszałkowi szacunku i powagi, ośmiesza go po prostu. Do tego trochę lewicowego sztafażu i parę zmanipulowanych faktów. Tak właśni sobi wyobrażałem ten film. Za takie coś dziękuję, a na 3D i inne sztuczki, to do kina nikt mnie wołami nie zaciągnie. Nauczka z kalejdoskopem mi wystarczy.

I tak też się stało, film odpuściłem. Recenzji też nie czytałem. Ale jakieś opinie musiały do mnie dotrzeć, ostatecznie mieszkam prawie w środku Polski i mam radio z komputerem. Oprócz frazesów zapamiętałem uderzającą zgodność krytyków, co do jednej rzeczy. I ci co byli za, i ci co byli przeciw przytaczali na obronę swoich stanowisk jakieś miałkie i niewiele znaczące argumenty i obie strony wyjątkowo zgodnie i pospiesznie osiadały na tej argumentacyjnej mieliźnie, klepiąc wiosłem polemiki po wilgotnym piasku.

Okazało się, że już pierwsze kadry filmu pozwoliły mi pozbyć się wszelkich obaw, co do pochopności moich przypuszczeń. Kiedy aktor Jerzy Bończak, na widok wirującego pępka tancerki wpadł w stan ekstatyczno -emfazyczny, który wyniósł jego kapitański mundur nad kawiarniane stoliki, pomyślałem, oho! zaraz się okaże, że to właśnie on wywoła tę tytułową Bitwę Warszawską, tak jak parę lat temu podpalił Ukrainę. Ale nie. Tym razem okazał się plugawcem, chamem i epidemią zgnilizny moralnej zadekowanej na tyłach, to i owszem nihil novi..,  ale wojny nie wywołał.  Za to korzystał skurczybyk jeden z jej damskich owoców zakazanych, wykorzystując swoje kapitańskie możliwości. Szczęściem była w pobliżu stara, ale dziarska Kurcewiczowa, i wzorem Skrzetuskiego, wywaliła na zbity pysk łobuza, wprost na front bolszewicki w przebraniu mandaryna.  ( Skrzetuski, tym razem, grał urzędniczą łajzę, więc mu rola nie pozwalała na  wykidajłowanie.) 

Potem, albo przedtem, nie pamiętam dokładnie, a właściwie to chyba równocześnie, okazało się, że Wieniawa pije wódkę z futurystami w 1920 roku. No! tu to już jesteśmy w domu. Ja już nie będę czepiał się Hoffmana o to, że każe pić wódkę czterdziestoletniemu Wieniawie z nieletnimi geniuszami z butem w butonierce, bo wiem, że w kinie wszystko jest możliwe, toć to magia taka sama jak ten odpustowy kalejdoskop, ale muszę zwrócić uwagę, że filmowi nadał tytuł: Bitwa Warszawska 1920, a to do czegoś zobowiązuje. Reżyser nadając taki tytuł swojemu filmowi obiecuje, że widz, po jego obejrzeniu, uzyska jakieś kompendium na temat tego wydarzenia. Dlaczego więc w owym kompendium, umieszcza reżyser termin futuryzm, w kontekście Bitwy Warszawskiej, tego nie mogę zrozumieć.Przecież, ani sam futuryzm, ani przedstawiciele tego nurtu nie odegrali w wydarzeniach, których dotyczy film (wnioskując z tytułu) żadnej roli. A jednak zostali z tym wydarzeniem skojarzeni.

Z czym kojarzy nam się futuryzm? Oczywiście z awangardowym kierunkiem w sztuce, którego głównymi przedstawicielami w Polsce byli: Wiktor Zysman czyli  Bruno Jasieński, Aleksander Wat, Anatol Stern i kto jeszcze? Obawiam się, że wiedza większości pytanych właśnie uległa wyczerpaniu. Lepiej przygotowani przywołają Stanisława Młodożeńca i Tytusa Czyżewskiego, ale to już naprawdę koniec. Historycy literatury wygrzebią oczywiście Jerzego Jankowskiego i może jeszcze ze dwie osoby. Znaczenie ruchu dla kultury polskiej?  Odpowiedź, to już jest wyzwanie jedynie dla osób bardzo wtajemniczonych. Nie będziemy się tym aspektem zajmować. Wystarczy nam wypowiedź, a w każdym razie jej sens, jednego z liderów futuryzmu w Polsce, Aleksandra Wata: byliśmy znacznie mniej utalentowani od Skamandrytów, więc aby zaistnieć musieliśmy zostać futurystami.

Pod słowo "futurystami" proponuje podstawić "skandalistami" i uzyskamy ponadczasową maksymę wszystkich tych, którym Bozia nie dała, a kieszeń potrzebuje, więc swój talent lewarować muszą. Jak się kończy skandal, a kończy się zaskakująco szybko, trzeba się lewarować czymś innym. Na przykład wrażliwością na społeczną krzywdę, prawami człowieka, dziecka , psa, kobiety i ogólnie ochroną przyrody i walką o pokój i przyjaźń miedzy narodami. Ale dzieci i przyroda to są hity. No i wrażliwość na krzwdę jest bardzo uniwersalna. Krótko mówiąc, artysta raz lewarowany, dalej bez lewara tworzyć nie potrafi, no chyba, że ma talent, albo nie posiada pragnienia sławy, co w przypadku artystów postępowych jest wykluczone.  Nasi futuryści rozpoczynali od lewarowania się epatowaniem burżuja i filistra  poprzez czytanie nago swoich wierszy w środku miasta (Anatol Stern) a skończyli jako słudzy systemu komunistycznego (trzej pierwsi).
 
Gdyby futuryści pozostali wraz ze swoimi zainteresowaniami w magicznym kręgu sztuki, dzisiaj rzecz jasna, nikt by się nimi nie zajmował. Może jacyś doktoranci i ich promotorzy, i to wszystko. Ale futuryści śmiem twierdzić większą popularność zdobyli jako działacze polityczni niż literaci. I to właśnie z tego powodu są wywołani z mroków historii przez pana Hoffmana, gdyż środowisko z którego się wywodzą, nie jest jeszcze przez wielu Polaków odbierane właściwie. Jeszcze ciągle zbyt wielu Polaków, bez życzliwości traktuje osoby o lewicowych i komunizujących poglądach, więc wizerunek działacza lub sympatyka przedwojennej KPP oraz jej przybudówek, pan Hoffman postanowił ocieplić. Dlaczego wobec tego nie posłużył się życiorysem Władysława Broniewskiego, który do tej roli nadawał się idealnie? Tylko sięgnął do futurystów? Odpowiedź wydaje się być oczywista. Broniewski był Polakiem i polskim patriotą. A to nie o takich komunistów tu panu Hoffmanowi chodziło. Tacy jak Broniewski ocieplają się sami. Aha, i jeszcze jedno, bo bym zapomniał. Broniewski miał talent. 

Obarczenie środowiska futurystów dźwiganiem patriotycznej narracji, jest doprawdy paradne. Pomijając już fakt ambiwalentnego stosunku futurystów do patriotyzmu, te nieszczęsne dzieci Włodzimierza Majakowskiego odegrają w dziejach Polski rolę po dwakroć haniebną. Najpierw zakończą międzywojenny flirt z komunizmem, jawnym wystąpieniem przeciwko Polsce po sowieckiej agresji 17.09.39,  w jednym z najobrzydliwszych aktów zdrady w dziejach Polski, czyli tzw. kolaboracji lwowskiej. Po wojnie jako stalinowscy inżynierowie dusz staną na czele, ramię w ramię, z komunistami przedwojennymi i świeżym desantem wschodnim, do wynaradawiania społeczeństwa polskiego, według moskiewskich dyrektyw.

Nie może być też wątpliwości co do intencji reżysera. Albo sam z siebie lecząc jakieś swoje kompleksy, albo za sugestią któregoś ze sponsorów, czy innych niewidzialnych sił, Jerzy Hoffman, jak potrafił usiłował zapudrować syfa na nosie żydokomuny,  czyli haniebną rolę jaką ludzie związani z tym awangardowo - postępowo - lewicowym kierunkiem odegrali w naszej historii. Tyle o futurystach. Na razie, bo sądzę, że trzeba coś o nich jeszcze napisać w osobnym tekście. Zdecydowanie na to zasługują. Zdecydowanie należy ich wyciągnąć z tego gabinetu krzywych luster w których umieścił ich Hoffman, w nadziei, że te krzywe lustra wyprostują ich życiorysy.

W zasadzie od tego momentu, w którym dowiadujemy się, że nasz główny bohater oraz dawaj jego kuple, mają za swojego idola Włodzimierza Majakowskiego, a dwa razy od nich starszy, adiutant Naczelnika Państwa ojcuje ich knajpianym szaleństwom i pije z nimi wódkę, nie możemy mieć najmniejszych złudzeń co do tego, że reszta filmu będzie nakręcona według schematów wypracowanych w starym Mosfilmie. Zasad których bardzo skutecznie wyuczono pana Hoffmana w trakcie jego moskiewskich studiów. Zgodnie więc z regułami, wszyscy fikcyjni bohaterowie po stronie polskiej, to jakieś niedojdy, moralni degeneraci, nawiedzeni fanatycy religijni, a nawet prekursorzy zbrodni sądowej, jak ten major co chciał bidnego ułana futurystę zastrzelić niesprawiedliwie, bo było gorące lato.  Albo durnie, jak w przypadku por. Jana Kowalewskiego. Tylko futuryści są OK. No i jeszcze Kurcewiczowa, to też jest klawa babka. Ale to Rusinka, ona może być klawa. Polacy nie. Chyba, że są futurystami. Przesadzam? Jeżeli tak to nic prostszego, jak dać mi po nosie, wykazując odpowiednią postać wśród bohaterów tego filmu.

Przypominam. Ten film nosi tytuł Bitwa Warszawska 1920. Na taki film widz polski i nie tylko polski idzie po to, aby dowiedzieć się o co tam chodziło, w tej Bitwie, bo albo wcale o niej nie słyszał, albo piąte przez dziesiąte i uznał, że forma kinowa opowieści jest najwłaściwsza dla jego percepcji. Wychodząc z kina ma prawo, zgodnie z tym co zobaczył, mniemać o patriotyzmie polskich futurystów. Czego jeszcze się dowie?

Jedna z wcześniej wymienionych postaci, Jan Kowalewski, nie jest postacią fikcyjną. Właśnie tak nazywał się szef dekryptażu polskiego, a jego zasługi w wojnie polsko - bolszewickiej są... no jakie? nie znajduję przymiotnika adekwatnego do ich skali. Powiedzmy, że ogromne, i pozostawmy resztę na inną okazję, bo temat zbyt poważny.  Jak poważny, to łatwo sobie wyobrazić, kiedy uzmysłowimy sobie możliwości jakie otwiera przed dowództwem wojskowym, przewaga informacyjna nad przeciwnikiem. Kiedy znane są ruchy wroga i jego zamiary,  to jak oszacować wartość takiej wiedzy? Jednym zdaniem się nie da.

Przypuszczam, że to właśnie z powodu tych jego zasług, Hoffman postanowił sobie z niego zadrwić. Sprawę Hoffmanowi ułatwia fakt, że osiągnięcia polskiego wywiadu radiowego i jego wpływ na przebieg wojny polsko - bolszewickiej, w tym obronę Warszawy, były ze zrozumiałych względów ( zadania wywiadowcze wobec Sowietów nie kończyły się wraz z podpisaniem pokoju ryskiego ) jedną z najściślej strzeżonych tajemnic II Rzeczpospolitej, przynajmniej do  roku 1928, kiedy Sowieci wprowadzili maszynę szyfrującą Fijałka. Nazwisko Jana Kowalewskiego i jego zasługi nie mogły być znane opinii publicznej w czasie, kiedy pisana była historia tej wojny. Kowalewski był nieznany i takim pozostał.

Można powiedzieć, że akurat na tym odcinku film Hoffmana nic nie fałszuje. Pozornie. Otóż, nie miałbym najmniejszego żalu, gdyby Hoffman całą tę sprawę związaną z polskim radiowywiadem zwyczajnie pominął. Ostatecznie naprawdę nic wielkiego by się nie stało, gdyby tak jak dotychczas, przez dziesiątki lat i w setkach prac historycznych, wysiłek intelektualny por. Kowalewskiego i skupionych wokół niego profesorów matematyki: Stefana Mazurkiewicza, Józefa Leśniewskiego i Wacława Sierpińskiego pozostawał anonimowy i anonimowo zasilał konto zbiorowych dokonań NDWP oraz Marszałka Piłsudskiego, który z ustaleń wywiadu korzystał pełnymi garściami. Ostatecznie to co robili, robili nie dla sławy i zaszczytów. Taka specyfika tej roboty.

Nie mniej jednak, to co zrobił Jerzy Hoffman, uważam za niebywałą grandę. Przypisał dwóm anonimowym futurystom, zasługi osób, które znamy z imienia i nazwiska. Tego nie wolno pozostawić bez nazwania po imieniu. To jest grabież. I to grabież kwalifikowana. Nie tylko pozbawia autorów należnej im chwały, ale podmienia ich w świadomości historycznej Polaków, na jakiś postępowców, i wiąże ten sukces ze środowiskiem, który nigdy nie miał z żadnymi sukcesami Polski, nic wspólnego, a wręcz przeciwnie. Kto dopuścił do tego, aby ten film poleciał w świat, pod takim tytułem?  Bitwa Warszawska!? To już nie jest kwestia takiej czy siakiej polityki historycznej. To jest sabotaż! 
 
Dygresja co do tych szyfrów Cezara i frekfencji (75'). Nie mam miejsca, aby to tutaj omówić dokładnie, chociaż sprawa jest banalnie prosta. Wiedzę o takich rzeczach jak szyfr Cezara, harcerze nabywają w trakcie  zdobywania sprawności Mały Konspirator. To jest tak, jakbyście państwo próbowali oświecić polonistę odkryciem, że słowo "gżeh" znaczy dokładnie tyle co "grzech" .
 
No to teraz już wiemy,  jakiego jełopa zrobił Hoffman z por.  Jana Kowalewskiego. 
 
Dla ciekawskich. Szyfr o którym mowa w flimie nazywał się Rewolucja i był faktycznie szyfrem stosunkowo skomplikowanym. Za dużo miejsca by mi zajęło jego opisywanie,  nie ma to zresztą znaczenia. Wystarczy powiedzieć, że był to bodaj najbardziej skomplikowany, specjalnie przygotowany na ofensywę warszawską szyfr, którym miały posługiwać się wszystkie oddziały Armii Czerwonej w czasie zdobywania Warszawy.  Był to szyfr kratkowy, a nie żaden szyfr Cezara (takich szyfrów w ogóle nie stosowano). Był oczywiście szyfrem w języku rosyjskim i z łaciną (ach ta fntazja scenarzysty) nie miał nic wspólnego.  Jedyne prawdziwe słowo jakie w tym żenującym dialogu pada to wielokrotnie kodowany. Tyle jest prawdy w tej scenie. Rewolucja została złamana przez por. Kowalewskiego i prof. St. Mazurkiewicza w dniu 12 sierpnia.
 
Piszę to wszystko, aby oddać hołd pamięci polskim kryptologom, bo na to zasługują, w przeciwieństwie do wylansowanych filmem polskich futurystów. Rozwiązywanie tego szyfru rzeczywiście nie było łatwe, ale i tu uwaga, zaczął się rozwiązywać po godzinnej analizie  obu panów. Oczywiście rozwiązanie całej "kratki" musiało zająć trochę czasu, ale to już sprawa stosunkowo łatwa, a jedynie czasochłonna. Dodam, ze niektóre prostsze szyfry Kowalewski czytał płynniej, niż ja Pana Tadeusza. Czy byście państwo tego się spodziewali po tym facecie, co w filmie Hoffmana kręcił się wokół futurystów tak nerwowo? Ja, gdybm nie wiedział jak było - nigdy!

Powiedzcie mi dzieci, spyta nauczycielka realizując nowe podstawy programowe: kto pomógł największemu polskiemu patriocie Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, obronić niepodległość rozwiązując szyfry wroga? - Dwóch takich fajnych panów, co zawsze chodzili ze sobą w parze i byli śmieszni - odpowiedzą dzieci, bo niby co mają odpowiedzieć, skoro wycieczka na dwie godziny do kina pochłonęła cały czas przewidziany w programie nauczania na wojnę polsko bolszewicką. - A wy dzieci też chcecie być tacy fajni jak ci dwaj panowie? Taaak! odpowiedzą dzieci i pani całej klasie wstawi szóstki z historii, i będzie miło, tym bardziej, że sama niewiele więcej wie, niż to co zobaczyła w kinie. Ale dzieciom tych dzieci będzie można powiedzieć już całą prawdę. Tę, która na razie, w swojej ostatecznej wersji, jeszcze nie jest znana nikomu. Ale objawi się kiedyś zapewne, w przyszłości, jak tylko dojrzeje, jak przyjdzie czas na następny etap projektu. 

Stawiam wniosek. Dopóki nie zostanie zmieniony tytuł tego filmu, należy go po prostu - bojkotować! Bojkotować tę nieszczęsną Bitwę.., bojkotować Hoffmana razem ze wszystkim jego pozostałymi produkcjami. Aż do skutku. I kategorycznie zabronić oglądania tego filmu dzieciom i młodzieży. Żadnych wycieczek szkolnych do kina nawet jak zmienią tytuł. Zaniedbywanie takich właśnie drobiazgów nie wartych uwagi i sporów doprowadziło do polskich obozów śmierci. 

Film  przestałem oglądać po dziesięciu minutach i zająłem się czymś ciekawszym. Ale on leciał sobie dalej. Strzały, wybuchy, mono deklamacje Olbrychskiego, kremlowski tercet egzotyczny, jakieś śpiewy...
Właściwie to tylko tych śpiewów byłem ciekaw.

I oto nagle do moich uszu dociera: nawet każda mucha nad którym gównem ma latać. Zaskoczony cofam tę scenę i oglądam uważnie. O co chodzi? Czyżby plagiat? Ale zaraz? Hoffman zerżął z Mackiewicza?! Nie do wiary!!. Oglądam uważnie jeszcze raz, a potem jeszcze kilka razy. A potem cały film od początku, z kilkakrotnym powtórzeniem niektórych scen. W sumie coś około czterech godzin mi się nad tym zeszło. Albo sześciu, czas szybko leci. Byłoby o czym pisać. W zasadzie o każdej scenie! Bo każda oszukana.

Oto cały dialog z tej sceny, która mnie zaaferowała. Ułan futurysta wchodzi do kościoła, a tam aktor najbardziej mi znany z kabaretu Loża 44, układa trumny. To on będzie partnerem dla ułana, ale dopiero jak ten zapali świeczkę. Więc ułan wchodzi do kościoła i od razu widać, że z kościołem za bardzo nieobyty. Nie wie jak się zachować, rozgląda się jak w moskiewskim metrze. A czujny taki, jakby zegarek miał na ręce. I choć ślub brał kościelny, i do księdza Skorupki woła Ignac w środku nocy przez telefon, więc kumpel księdza pewnie bliski, to do kościoła wchodzi jak do jaskini nietoperzy. Podchodzi do bocznego ołtarza z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, zapala świeczkę, przeżegnał się, też jakoś tak do połowy, jakby wagonikiem gibnęło,  i mówi: 

- Za Sofię Nikołajewną.
- Modlić się o życie nie wolno. Tylko Boga rozzłościsz.
- Niby dlaczego?
- Bóg ma wszystko rozplanowane, nawet każda mucha nad którym gównem ma latać. Nie będzie zmieniać zamiaru bo ktoś mu jakiś pacierz sadzi. Ładny burdel by się zrobił.
- Nie wierz w takie rzeczy człowieku. Nic nie jest rozplanowane.


Ostatnie zdanie ułan futurysta wypowiada wpatrzony w obraz Jasnogórskiej Madonny. Patrzy na nią w sposób szczególny, tzn. reżyser zapewne chciał, aby w tej scenie zawarte były jakieś emocje, które  pozostaną w pamięci widza. Widać to po sposobie w jaki kazał operatorowi ją sfilmować. Ja niestety nie widzę w niej żadnych emocji, poza tępym wyrazem twarzy aktora. Wysiłki aktorskie, ktoś mi zarzuci, nie powinny obciążać Hoffmana, wszak za twarz Szyca i jego aktorstwo, on nie odpowiada. I tutaj wyjątkowo się zgodzę. Jest jak jest, i grać trzeba tym, co się dostało z rozdzielnika. Idź złoto do złota. mówiono w Krzyżakach, tutaj bardziej pasuje złotko do pozłotka.  Najlepiej będzie jak państwo sami obejrzą tę scenę w siedemdziesiątej minucie filmu. Ja mogę się mylić, gdyż mam prawo, po tym jak Hoffman obsmarował gównem Mackiewicza, być lekko... nieobiektywny.

Tę scenę trzeba widzieć w kontekście innej sceny o wymiarze metafizycznym. Myślę tu o scenie, w której młodzież patriotyczna poderwana modlitwą przez księdza Skorupkę, leci wprost na sowieckie maszynki. Właściwie to nie wiadomo po co oni biegną akurat w tamtą stronę i czy dobiegną, zanim ich bolszewicy wszystkich wystrzelają, gdyż reżyser zrobił cięcie albo się Idziakowi taśma skończyła, więc znaczenia tego biegu idiotycznych samobójców dla Bitwy nie poznamy. Za to pokazali nam twórcy, jak krzyż w powietrzu fajnie leci, zanim spadnie na ziemię. Ale żeby ta chwila, kiedy krzyż leci, nam nie umknęła, to reżyser zrobił nam wygodę i puścił to wolniej niż normalnie. To jest taka sztuczka znana z transmisji piłkarskich, od czasów kiedy na odpusty do mojej parafii przychodziły 15 Sierpnia, tysiące wiernych. Kiedy w czasie meczu, na boisku wydarzy się coś ciekawego, to realizator cofa i puszcza jeszcze raz, ale wolniej, żebyśmy sobie dokładnie obejrzeli i zapamiętali, to, co nie prawa nam umknąć. Na przykład: że ktoś strzelił gola. Hoffman, proszę wybaczyć patos,  też nam strzela gola. Nam wszystkim, mówię tutaj o Polakach. I chichoce przy tym, w zwolnionym tempie. 

Czy trzeba tłumaczyć symbolikę tej sceny? Hoffman dopuszcza się manipulacji. On dobrze wie, że dzień w którym zginął ksiądz Ignacy Skorupka był dniem ważnym dla obrony Warszawy. Ten dzień to początek końca sowieckiej inicjatywy strategicznej. To pierwsza wygrana przez nas bitwa w obronie stolicy. Ona o niczym oczywiście nie przesądzała, ale była tym, czym dla Wojny Ojczyźnianej był Stalingrad z psychologicznego punktu widzenia. Hoffman wie również, że ksiądz Skorupka nie zginął w czasie ataku, że nikogo do ataku nie podrywał i sam z krzyżem na wroga nie szedł. Tyle można przeczytać nawet w Wikipedii. Pokazana przez niego scena, to jest wersja śmierci ks. Ignacego, która pojawiła się w dniu następnym, 15 Sierpnia w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, i powielona uliczną legendą i kazaniami księży we wszystkich nabożeństwach Maryjnych, urosła do Mitu, którego znaczenia dla przebiegu Bitwy, nie da się przecenić, tak jak nie da się przecenić zasług por. J. Kowalewskiego i jego zespołu.
 
I jeszcze jedno. Ilekroć w filmie atakują bolszewicy, dochodzi do walki, zabijają naszych (przeważnie) lub sami giną. Oni nie biegną bez celu, oni biegną, aby walczyć. Czyli normalnie tak jak jest na wojnie. Nasi biegną, bo tak im każe imperatyw religijny. Bóg tak chce, więc Polak biegnie na spotkanie śmierci i niczym się nie przejmuje bo zbawienie wieczne ma zaklepane.

Nie prawda! Dość tych bzdur! Pierwszym pragnieniem Polaka jest pragnienie życia, a nie pragnienie jego oddania w imię Ojczyzny albo Boga!   Pod Ossowem największe żniwo zebrała panika i chaos jaki zapanował wśród ochotników, którzy po raz pierwszy zetknęli się z frontem i śmiercią. Była to naturalna reakcja na strach. To wtedy zginął ksiądz Skorupka, postrzelony zabłąkanym pociskiem w trakcie udzielania ostatniej posługi. Potem po opanowaniu chaosu, rozpoczęła się metodyczna bitwa, krwawa i zacięta, zakończona odrzuceniem bolszewików.

Ja oczywiście nie mam żalu o to, że w filmie został pokazany Mit,  a nie prawda historyczna. Sam, doceniając jego rolę dla obrony Warszawy, nie wiem jak przedstawiłbym śmierć ks. Ignacego Skorupki. W ten sam sposób, czy jakoś tak bliżej prawdy. Dlatego nie czynię Hoffmanowi z tego zarzutu. Ale musimy pamiętać o jednej, za to podstawowej rzeczy. Ten mit mógł zafunkcjonować jedynie w kontekście ZWYCIĘSTWA. Jego pojawienie się musiało zostać poprzedzone ZWYCIĘSTWEM. Nie metafizycznym, lecz zwykłym żołnierskim, okupionym krwią i ranami. Okupione bohaterstwem w obliczu śmierci. Bez ZWYCIĘSTWA nie byłoby żadnego Mitu. Co więcej, bez zatrzymania bolszewików na przedmościu warszawskim nie byłoby żadnej szarży znad Wieprza. A w każdym razie nie takiej. Najpierw trzeba by było odbić stolicę, aby później przepędzić bolszewików szarżą z boku. Podobnie z mityczną śmiercią księdza Ignacego. Nikt by nigdy o nim nie pamiętał z wyjątkiem najbliższych, gdyby nie było ZWYCIĘSTWA, na które szkoda było panu Hoffmanowi taśmy. I o to sknerstwo, ja mam do pana Hoffmana wielki żal, a nawet więcej niż żal.  Zbezczeszczona zostaje w ten sposób pamięć poległych, oraz wypaczony przebieg Bitwy.

Rozumiem pana Hoffmana. Futuryści mają los we własnych rękach, a Boga biorą za rogi, jak byka na corridzie. I nie pękają. Tak samo, jak nasz ułan futurysta przed Matką Boską, nie kuca. Futuryści postępowi mogą jedynie fanatykom religijnym tylko współczuć. Futuryści nigdy nie daliby się tak wystrzelać jak ci biegacze pod Ossowem. 

Więc ja dokończę za pana Hoffmana. Legion Akademicki dobiegł i odbił okopy i wraz innymi jednostkami zajął Ossów, i odrzucił bolszewików na parę kilometrów, i załatał dziurę, przez którą przenikały już nad Wisłę, pojedyncze grupki bolszewików. Pewnie to dlatego, w tym miejscu, postawiono pomnik ku ich czci. W miejscu, w którym ich bolszewickie szczęście, już pluskało się w wiślanych falach. A tu panie bęc, i figa z makiem z bolszewizmu nad Wisłą. To niech mają chociaż pomnik, pomyślano po latach. A Polakom - po oczach ich głupawym nabożnym patriotyzmem - łubudu!
 
Mała dygresja. Nie ukrywam, że dostrzegam w scenie ataku ochotników, taki sam zamiar, jak u innego wybitnego i utytułowanego, który naszym ułanom kazał szablami hitlerowskie czołgi kroić. A oni kroili. Ku zadziwieniu całego świata, kroili będąc zadziwieni, że na czołgowych lufach, szable im się łamią. Podobno istnieją krytycy, którzy tę kultową scenę rozumieją metaforycznie i zaliczają na poczet geniuszu twórczego WR (wielkiego reżysera ). Być może tak jest. Wiem natomiast, że oprócz tych paru krytyków rozumiejących sztukę wyższą, film obejrzały tysiące zwykłych ludzi, tak w kraju jak i poza, dla których ci nasi ułani z połamanymi szablami to zwykli durnie są, po prostu i tyle. Zacofańce. Myślę, że o to samo chodziło Hoffmanowi. Pokazanie zaślepionych fanatyzmem religijnym idiotów, którzy naćpani katolicką symboliką, jak suczka pewnej postępowej piosenkarki marihuaną, jedyne co potrafią to lekkomyślnie dać się zabić. Zabić bez sensu i celu, byle z Bogiem na ustach. Byle na religijnym haju. Aha i jeszcze jedno. Wtedy jeszcze zachowywano się na tyle przyzwoicie że film nosił tytuł nie zawierający żadnego ładunku. Lotna po prostu, a nie Wrzesień'39, albo Wojna Obronna'39. Teraz, kiedy cieszymy się pełną wolnością, można  już na chama: Bitwa Warszawska 1920. A  kto nam co zrobi? Kto się odważy?  

A teraz dialog znany mi od lat. Pochodzi z książki, której najnowsze wydanie, leży przede mną. To jest cytat z najlepszej powieści o tamtej wojnie, czyli z Lewej wolnej  Józefa Mackiewicza.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura