Słusznie zauważa w swoim wpisie E. Barbur:
"Wg mnie to jest pierwsza rzecz, którą należałoby zmienić, a tego nie da rady zrobić na poziomie „pamięci historycznej”. Dlatego od dawna uważam, że najlepszym pomysłem byłoby przeskoczenie niejako nad dawnymi sentymentami i antagonizmami - z przestawieniem dialogu na inny plan."
Autor nie daje recepty w jaki sposób mamy przeskoczyć te sentymenty i antagonizmy. Nie daje jej także
Brockley Sid, chociaż czuje, skąd wieje wiatr:
"Tak jak pokazuje to historia Polski. Rachunek krzywd nigdy nie zostanie wyrównany. Przyjęcie tej właściwej perspektywy, schematu patrzenia na przeszłość, wydaje się niemożliwe."
Sidowi "wydaje się" to niemożliwe a jest możliwe jak najbardziej.
Niemożliwe jest, jeśli dyskusja będzie się bezustannie opierała na pisaniu wiernopoddańczych, lanserskich książek "o Żydach", nieustannym przepraszaniu i kajaniu się za nie swoje przestępstwa.
Przerabialiśmy to już dwukrotnie. Najpierw stosunki polsko-niemieckie naprawiliśmy przez dogłębne poznanie prawdy o II WŚ, później Tadeusz Mazowiecki (który kompletnie nie jest z mojej bajki) oddzielił zbrodnie komuny grubą kreską, jednak bez zacierania historii i prawdy.
Jeżeli chcemy dobrych stosunków polsko-żydowskich (a nie są wcale takie złe - jak niektórzy z uporem masochistycznych maniaków nam wmawiają), musimy je budować na gruncie prawdy i partnerstwa.
Partnerstwo jednak nie polega na samobiczowaniu jednej ze stron, o co z uporem zabiega środowisko Gazety Wyborczej i różnej maści publicyści, którzy myślą, że im więcej napiszą o cierpieniach Żydów w Polsce, tym bardziej potomkowie owych Żydów ich bardziej "pokochają" a stosunki się polepszą. To wywołuje efekt odwrotny od zamierzonego, czego nikt nie próbuje nawet zauważyć.
W każdym narodzie spotkać można osoby niezbyt rozgarnięte, które takie przedstawienie sprawy odbiorą jako atak. Jednocześnie wielu rozsądnych ludzi zniechęci do dialogu, jeśli "od progu" będą stawiani na ławie oskarżonych o zbrodnie, których nie popełnili. W takich warunkach na dialog nie ma najmniejszych szans.
Jeśli mamy zacząć budować normalne relacje, musimy się normalnie traktować. Nie jakoś "szczególnie" ale właśnie normalnie. Bez sztucznego, widocznego na kilometr, zadęcia. Także bez oskarżania wszystkich Polaków za jeden idiotyczny napis na murze, kibolskie okrzyki na stadionie i bez oskarżania wszystkich Żydów za Stefana Michnika czy procentową przynależność Ż. do władz MBP.
Tu musi być II gruba kreska.
Autorzy piszący o stosunkach polsko-żydowskich nieustannie i w dobrej wierze, próbują ciągle udowadniać, jak to bardzo "Polacy Żydom pomagali". Jeżeli jest to tak bardzo oczywiste to po co o tym mówić?
Czyżbyśmi mieli coś do ukrycia? A jeśli to prawda, to czemu Żydzi nas za to nie doceniają? - Wywołuje to taką reakcję.
Więc mimo woli, tacy publicyści pogarszają nasze stosunki, zamiast je naprawiać. Tworzą atmosferę nieufności. Wywołują wśród Polaków podział na tych co "tęsknią za Żydami" i tych co tego gadania mają już serdecznie dość.
Nie wierzycie, że tek jest? To zmieńmy temat i przenieśmy się do Smoleńska...
Katastrofa wywołała podział na tych co mają wątpliwości co do wyjaśnień władz i tych co "żygają smoleńskiem" (jak np. pan Śpiewak). Tu historia zrobiła kolejnego psikusa bo "sekta smoleńska" to raczej coś odwrotnego niż "sekta żydowska" Te dwie grupy społeczne raczej się zwalczają niż miłują.
Tak, o was piszę, o "sekcie żydowskiej" -grupie polskich publicystów, którzy wywołują w Polsce antysemityzm, nieustająco go zwalczając, najchętniej tam gdzie go nie ma. Jakbyście z cierpienia jednych ludzi i głupoty innych zrobili sobie sępi żer.
Nie mogę komentować u Barbura i Sida więc napisałem to u siebie.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)