Lubię odrobinę rutyny w swoim życiu. Cenię rytuały, nawet małe, takie jak to, że wiozę Żonę do pracy. W czwartki jestem w biurze.
Z drugiej strony, gdybym miał wykonywać pracę, która jest wysoce powtarzalna, jak wypełnianie tych samych papierów, czy podejmowanie tych samych decyzji, robienie tego samego i znów i znów… Oszalałbym.
Ostatnio w pracy dostałem pochwałę od kolegi. Nazwał mnie “Królem Spokoju”. Nie powiem, było to miłe. Spokój to nie jest uczucie, na które stać większość moich kolegów. Potrzebują pokazać, że są zajęci, potrzebują załatwiać mnóstwo spraw. Albo przynajmniej, żeby wyglądało, że załatwiają.
Oczywiście, nie jestem święty i czasem też czuję potrzebę przyspieszenia. Załatwienia czegoś, koniecznie. Wydaje mi się, że jak nie dokończę zadania, świat się skończy. Coś się stanie.
Umarłeś? - zwykł mawiać jeden z managerów z którymi zdarzyło mi się pracować. - Skoro żyjesz, to znaczy, że nic się nie stało.
No właśnie. Reszta jest kwestią wyboru.



Komentarze
Pokaż komentarze