Wojciech-Błasiak Wojciech-Błasiak
98
BLOG

Polski Związek Zachodni

Wojciech-Błasiak Wojciech-Błasiak Społeczeństwo Obserwuj notkę 0
Z dr. Wojciechem Błasiakiem, byłym posłem Konfederacji Polski Niepodległej i byłym członkiem Polskiego Związku Zachodniego, rozmawia Tomasz Szczepański

Polski Związek Zachodni

Z dr. Wojciechem Błasiakiem, byłym posłem Konfederacji Polski Niepodległej i byłym członkiem Polskiego Związku Zachodniego, rozmawia Tomasz Szczepański

Tomasz Szczepański - Polski Związek Zachodni (PZZ) założono w 1934 roku. Wojna i okupacja przerwały jego legalną działalność, został odtworzony w konspiracji, a w grudniu 1944 r. w Lublinie reaktywowany jako organizacja legalna, działając do 1950 r. W pierwszych latach powojennych skupiał także część działaczy z II RP, tych, którzy przeżyli wojnę. Działalność PZZ od 1945 skupiała się na – ujmując rzecz najogólniej – repolonizacji Ziem Odzyskanych, w różnych aspektach tego pojęcia. Kto i dlaczego odnowił Polski Związek Zachodni w 1989 w nowych warunkach, gdy problemy okresu powojennego były już przeszłością?

Wojciech Błasiak - Odnowienie działalności PZZ było inicjatywą części środowiska naukowego Śląskiego Instytutu Naukowego w Katowicach. Kluczową rolę w jego powstaniu na nowo, a następnie w całym okresie jego działalności w latach 90. odegrał, nieżyjący już, pracownik ŚlIN doc. dr Gabriel Kraus. Był mózgiem PZZ.

Rozpad komunizmu i jego neokolonialna transformacja w ramach tzw. planu Balcerowicza, stworzył nowe problemy i otworzył nowe zagrożenia w odbudowie suwerenności państwa polskiego i niepodległości polskiego narodu. Neokolonialna formuła transformacji w sytuacji załamania gospodarczego i katastrofy socjalnej wśród milionów Polaków, w warunkach procesów erozji narodowej, zwłaszcza młodego pokolenia Polaków, a w specyficznym kontekście społecznym Górnego Śląska, stworzyły zagrożenie wciągania śląskiego regionu w orbitę wpływów państwowości i gospodarki zjednoczonych i integrujących się wewnętrznie Niemiec.

Województwo katowickie było regionem silnie eksploatowanym ekonomicznie przez cały okres Polski Ludowej. Dzięki komunistycznej polityce gospodarczej i społecznej zostało ono przekształcone w przemysłowo-surowcową "kolonię wewnętrzną" Polski, dotkniętą katastrofą ekologiczną. Świadomość wyzysku tego regionu i katastrofalnych jego skutków dla wszystkich jego mieszkańców, tworzyło tendencję do szukania wyjść samodzielnych, a niezależnych od reszty kraju i sprzyjało nastrojom autonomicznym, aż po separatystyczne.

Ówczesne województwo katowickie, rdzeń dzisiejszego województwa śląskiego, było regionem wielokulturowym. Było i jest regionem, w którym żyje nie tylko ludność z różnych rejonów Polski, acz i niemiecka mniejszość narodowa, ale i rodzima polska ludność śląska, o pogranicznym charakterze narodowej świadomości i tożsamości. Pograniczny, a wynikający z historycznych, polskich i niemieckich procesów narodowotwórczych i narodowych, charakter tożsamości zbiorowości śląskiej wyznaczał jej, tak jak i każdej innej zbiorowości pogranicza narodowego, możliwość wyboru narodowości. Tę możliwość wyboru należy widzieć w sytuacji nie tylko powiązań rodzinnych z rodzinami śląskimi zamieszkałymi w Niemczech, ale przede wszystkim w kontekście procesów erozji narodowej spowodowanej komunizmem i neokolonialną transformacją. Zwłaszcza wśród młodej generacji całego polskiego społeczeństwa.

Dlatego działalność promującą autonomiczne treści regionalne należało rozpatrywać w specyficznym kontekście Górnego Śląska. A taką działalność prowadził powstały w 1989 roku Związek Górnośląski. Bardzo szybko Związek stał się silną i wpływową politycznie organizacją powiązaną personalnie i politycznie z ówczesną zUnią Demokratyczną. W 1990 roku jego lider, Wojciech Czech, został wojewodą katowickim, a jego czołowi działacze przejęli faktyczne kierownictwo Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. I rozpoczęli, metodą faktów dokonanych, tworzenie autonomicznego regionu "Wielkiego Śląska", obejmującego historyczne tereny dawnego Górnego Śląska, a więc ziemie województwa katowickiego i opolskiego, części terenów województw bielskiego i częstochowskiego oraz część terenów Czech i Słowacji. Do tych treści nawiązuje, czy wręcz je powiela, dzisiejszy Ruch Autonomii Śląska.

Polski Związek Zachodni uznał te plany za groźne w ich długofalowych skutkach dla integralności politycznej i terytorialnej polskiego państwa. Region Wielkiego Śląska byłby regionem autonomicznym wobec władz centralnych polskiego państwa, luźno związanym z resztą ziem polskich i samodzielnie integrującym się z dzisiejszą Unią Europejską, dzięki ścisłej współpracy gospodarczej, technicznej i kulturowej z Niemcami, jako najbliższym terytorialnie i historyczne sąsiadem Górnego Śląska. Uznaliśmy to za sprzeczne z polską racją stanu i publicznie występowaliśmy przeciwko temu.

T. Sz. - Po pierwszych w pełni wolnych wyborach do Sejmu i Senatu, jakie odbyły się w 1991r. do Sejmu RP z listy Konfederacji Polski Niepodległej dostało się czterech członków PZZ (Ryszard Bogusz, Janina Kraus, Danuta Wierzbicka, Kazimierz Wilk). Zyskali więc pewną realną możliwość wpływu na rzeczywistość, jaką daje w demokracjach status posła, nawet siły opozycyjnej. W jaki sposób reprezentacja poselska tego środowiska usiłowała zrealizować cele organizacji na gruncie parlamentarnym?

W. B. - Reprezentacją polityczną PZZ w Sejmie byli posłowie w I i II kadencji Sejmu w klubie Konfederacji Polski Niepodległej. W latach 90. tylko KPN w jednoznaczny i zdeterminowany sposób opowiadał się za pełną suwerennością polskiego państwa i niepodległością polskiego narodu, występując przeciwko neokolonialnej formule transformacji, z wyprzedażą polskiego przemysłu i bankowości w roli głównej. W żadnym innym klubie partyjnym PZZ nie mógłby funkcjonować.

Posłowie PZZ koncentrowali się na dwóch kluczowych obszarach. Przeciwstawiali się wszelkim projektom i treściom osłabiającym unitarność polskiego państwa, a zwłaszcza wszelkiej autonomiczności terytorialnej, a nade wszystko koncepcjom euroregionów. Szczególnie pilnowano wpływów niemieckich. Jako jedyni występowaliśmy w Sejmie i w mediach przeciwko wykupowi lokalnej i regionalnej prasy polskiej na obszarach Ziem Odzyskanych przez kapitał niemiecki.

Obawialiśmy się, że w warunkach tworzenia autonomicznych regionów i ich integracji Europą Zachodnią, będzie to niebezpieczna historycznie gra. Taka regionalizacja wywoła silne tendencje odśrodkowe. Skłaniać to będzie autonomiczne regiony do poszukiwania własnych ścieżek integracyjnych niezależnie od pozostałych regionów Polski. Umożliwi to pośrednie i ewolucyjne wiązanie się regionów Ziem Odzyskanych bardziej z Niemcami niż pozostałą częścią Polski. W konsekwencji zaś oznaczać to będzie "miękką" ich inkorporację przez Niemcy w zawoalowanej formie "euroregionalnej".

Drugim obszarem było górnictwo węgla kamiennego. Sprzeciwialiśmy się realizacji programu Banku Światowego w postaci likwidacji kopalń i oddziałów wydobywczych oraz ograniczania wydobycia węgla i zwalniania z pracy śląskich górników. Tu kluczową rolę odgrywała poseł Janina Kraus, prywatnie żona doc. G. Krausa. W programie Banku Światowego, którego realizacja niszczyła ekonomicznie i fizycznie górnictwo i pauperyzowała mieszkańców województwa katowickiego, chodziło w istocie o to, aby Polska zaprzestała eksportu węgla w imię nade wszystko amerykańskich interesów w Europie. Władze resortowe najpierw ustalały ceny zbytu węgla dla zawodowej elektroenergetyki poniżej kosztów wydobycia i zadłużały w ten sposób kopalnie, a potem je zamykały twierdząc, że wydobycie jest nieopłacalne, gdyż kopalnie mają długi.

W szczytowej formie realizacji tego programu w latach 1998-2001, w ramach tzw. programu Andrzeja Karbownika i Janusza Steinhoffa postsolidarnościowego rządu Jerzego Buzka, bezrobocie w górniczych miastach aglomeracji śląskiej przekroczyło 20%,. W 2002 roku stopa bezrobocia w Sosnowcu osiągnęła 24,4 proc., w Żorach 24,3 proc., W Zabrzu 23,6 proc., a w Siemianowicach Śląskich 30,1 proc. W ramach tego programu zlikwidowano wówczas 24 kopalnie, zmniejszono wydobycie o 32 mln ton, a z górnictwa odeszło blisko 100 tys. pracowników, zaś zadłużenie wzrosło blisko dwukrotnie do 23 mld zł.

T. Sz. - PZZ był promotorem "Memoriału w sprawie odwołania wojewody katowickiego Wojciecha Czecha" z września 1992 roku. Co takiego się wówczas wydarzyło? Co skłoniło działaczy PZZ do stworzenia tego "Memoriału" i czy były jakiej jego skutki?

W. B. - Byłem inicjatorem tego "Memoriału" i jego współautorem, obok pracownika ŚlIN i działacza PZZ dra Mariana Grzegorza Gerlicha i lidera podziemnej śląsko-dąbrowskiej "Solidarności" Jana Górnego. "Memoriał w sprawie odwołania wojewody katowickiego Wojciecha Czecha oraz konieczności zmian kadrowych na kierowniczych stanowiskach instytucji państwowych w województwie katowickim", bo tak brzmiała jego pełna nazwa, z września 1992 roku, był skierowany na ręce ówczesnej premier rządu Hanny Suchockiej'. Podpisali go posłowie Klubu Parlamentarnego KPN z województwa katowickiego: Andrzej Andrzejczak, Barbara Czyż, Tomasz Karwowski, Janina Kraus, Adam Słomka i Jarosław Wartak.

"Memoriał" postulował "odwołanie w trybie pilnym z zajmowanego stanowiska wojewody katowickiego Wojciecha Czecha oraz przeprowadzenie szerokich i głębokich zmian kadrowych na kierowniczych stanowiskach instytucji państwowych w województwie katowickim." Zarzut ogólny brzmiał: "Działalność Wojciecha Czecha na stanowisku wojewody katowickiego oraz popieranych i promowanych przez niego osób ze Związku Górnośląskiego stanowi naszym zdaniem w swych ostatecznych skutkach zagrożenie dla integralności politycznej i terytorialnej naszego państwa. Działalność ta sprzyja również procesom erozji narodowej ludności polskiej tych ziem, a w przypadku jej śląskiej części wspiera, obiektywnie rzecz biorąc tendencje separatystyczne i proniemieckie."

Pierwszym bezpośrednim zarzutem było "tworzenie metodą faktów dokonanych infrastruktury organizacyjnej, kadrowej i finansowej przyszłego autonomicznego regionu <<Wielkiego Śląska>>". Ta infrastruktura to nowa sieć specjalnych instytucji mających temu służyć, jak Górnośląski Bank Gospodarczy, Górnośląska Oficyna Wydawnicza, Fundacja Górnośląska czy Fundacja Przestrzeni Górnego Śląska. Ta ostatnia rozpowszechniała mapy nowego regionu autonomicznego Górnego Śląska, obejmującego również tereny Czech i Słowacji, a jej statut wskazywał, iż ma ona być instrumentem kreowania tego regionu w jego nowych granicach.

Drugim zarzutem bezpośrednim było "prowadzenie autonomicznej działalności międzynarodowej naruszającej spójność polskiej polityki zagranicznej". Wyrazem tego było sprzyjanie niemieckim wpływom gospodarczym, technicznym i naukowym w województwie i nadawanie im szczególnego znaczenia w postaci współpracy instytucji wojewódzkich z niemieckimi partnerami. Wojewoda W. Czech, jako najwyższy przedstawiciel państwa polskiego w regionie, nie zajął też stanowiska w sprawie łamiącego prawo oficjalnego listu przewodniczącego Sejmiku Samorządowego województwa katowickiego do przewodniczącej Bundestagu Rity Süssmuth, w sprawie otwarcia konsulatu niemieckiego w Katowicach,

Trzecim zarzutem było "czynne wspieranie działań promujących i umacniających treści autonomizujące i separujące region w stosunku do pozostałego otoczenia ziem polskich." Przejawem tego była m.in. próba utworzenia III programu telewizji regionalnej, o treściach promujących nowy region autonomiczny. Te intencje wyraźnie okazywała zmiana wizji i fonii z "TV Katowice" na "Górnośląska Telewizja Regionalna".

Czwartym zarzutem było "likwidowanie lub blokowanie działalności instytucji o odmiennych od autonomicznych celach działania i nie dających się podporządkować polityce regionalistycznej." Najbardziej drastycznym tego przejawem było doprowadzenie do procesu likwidacji Śląskiego Instytutu Naukowego. Ta założona w 1934 roku wiodąca placówka polskiej nauki i kultury specjalizowała się w badaniach śląskoznawczych oraz narodowościowych, w tym nad mniejszością niemiecką. Wojewoda W. Czech postanowił ją zlikwidować pod szyldem przekształcenia jej w Instytut Górnośląski, acz już bez funkcji naukowej, a jedynie badań empirycznych. Było to jawne bezprawie, gdyż wojewoda nie był organem założycielskim ŚlIN, a był nim Urząd Rady Ministrów. W. Czech zniszczył w ten sposób bezpowrotnie szczególnie ważny element infrastruktury polskiej nauki na Śląsku.

Choć ten "Memoriał" nie doprowadził do odwołania wojewody W. Czecha, to jednak skutecznie sparaliżował jego i jego współpracowników szkodliwą działalność. Ówczesny szef Urzędu Rady Ministrów, Jan Maria Rokita, poważnie potraktował treść "Memoriału" i oddelegował do stałej kontroli poczynań wojewody swojego pracownika. Od tego momentu wojewoda W. Czech w niczym już nie zaszkodził polskim interesom narodowym w województwie i w kraju.

T. Sz. - Co najmniej od lat 80-tych XX w. pokolenie Polaków aktywnych w życiu publicznym miało tendencje do lekceważenia zagrożenia niemieckiego, co w pewnym stopniu było odreagowaniem tępej komunistycznej propagandy okresu PRL, traktującej zagrożenie rewizjonizmem niemieckim, jako argument na rzecz pozostawania w zależności od Sowietów. W związku z tym zwłaszcza młode pokolenie Polaków było skłonne traktować rewizjonizm i imperializm niemiecki jako wymysł propagandy komunistycznej, albo co najwyżej zjawisko marginalne. Jak działacze „odnowionego” PZZ radzili sobie z tym stanem świadomości społecznej?

W. B. -Ówczesny stan świadomości społecznej wynikał zarówno z komunistycznej dewastacji polskiej tożsamości narodowej, choć znacząco odbudowanej robotniczą rewolucją "Solidarności", jak i szoku społecznego spowodowanego transformacją ustrojową, a skutkującego naiwnością polityczną wobec Zachodu, w tym i wobec Niemiec. Byliśmy jako PZZ, acz i jako KPN, otoczeni co najmniej murem niechętnej obojętności. I robiliśmy swoje, choć oczywiście ta niechęć, acz czasem i wrogość, na nas oddziaływała. To zużywało szybciej nasze siły i zniechęcało.

Pamiętam zdumienie mojego przyjaciela, który znał nasze tezy o groźbie "miękkiej" inkorporacji autonomicznych regionów Ziem Odzyskanych i nie traktował ich poważnie. Otóż jego znajomy, szef Urzędu Rady Ministrów rządu Waldemara Pawlaka, streścił mu przebieg oficjalnej wizyty ambasadora Niemiec. Wizyta przebiegła miło i konwencjonalnie, acz już przy wyjściu pan ambasador zapytał szefa URM, czy polski rząd nie byłby zainteresowany bezzwrotną pożyczka od rządu niemieckiego, na sfinansowanie reformy samorządowej w utworzeniu dużych i samodzielnych województw - regionów w miejsce ówczesnych 49-ciu małych województw. Rząd niemiecki, stwierdził pan ambasador, rozumie, iż jest to reforma kosztowana i chciałby pomóc w tej sprawie Polsce. Dlaczego? Tego już nie powiedział.

Muszę przyznać, że jako ówczesny pracownik naukowo-dydaktyczny na Uniwersytecie Śląskim, długo nie mogłem pojąć jak ludzie z dorobkiem naukowym mogą popierać neokolonialną transformację i kompradorską politykę. Jak można było podziwiać takiego doktrynerskiego głupca jak Leszek Balcerowicz? Jak można było milczeć wobec zdrady narodowej w postaci prowadzonej przez kolejne rządy wyprzedaży polskiego majątku przemysłowego? Jak można było popierać narodową zdradę węglową w postaci fizycznego niszczenie górnictwa węgla kamiennego? Dopiero z biegiem czasu dotarło do mnie, że polska inteligencja naukowa jest szczególnie ideowo wynarodowiona, a merytorycznie i naukowo jest niewiele warta. Poczucia dumy narodowej i honoru narodowego tam ze świecą szukać, a i z samodzielnością oraz przenikliwością myślenia i analiz są duże problemy.

T. Sz. - Zjawisko lekceważenia zagrożenia niemieckiego daje się zauważyć też w publicystyce Leszka Moczulskiego, historycznego przywódcy KPN. Już w „Rewolucji bez rewolucji” (1979) tekście przecież bardzo ważnym dla niepodległościowego nurtu opozycji w późnym PRL, problem ten znika. Jakie były relacje między PZZ a Leszkiem Moczulskim?

W. B. - Relacje między posłami PZZ a Leszkiem Moczulskim, jako przewodniczącym KPN, były bardzo dobre. Myślę, że nas doceniał. Był człowiekiem o otwartym umyśle. Trudno mu stawiać zarzut o niedocenianiu zagrożenia niemieckiego w jego "Rewolucji bez rewolucji", gdyż było to postawienie kwestii niepodległości Polski w warunkach jej podległości wobec imperium Związku Radzieckiego. Niemcy były podzielone wówczas na dwa państwa, a w Niemieckiej Republice Demokratycznej stacjonowało 200 tys. radzieckich żołnierzy.

Rozpad imperium Związku Radzieckiego w latach 1989-1991 otworzył zupełnie nową sytuację, a zjednoczenie Niemiec rozpoczęło zupełnie nowe procesy międzynarodowe. To trzeba było na nowo analizować i artykułować. Tworzyło się zupełnie nowe zagrożenie ze strony Niemiec, które trzeba było zidentyfikować. To oczywiste nie było. W 1992 roku na łamach tygodnika "TAK", z którym współpracowałem, opublikowałem artykuł "Ukryta wojna - czyli rzecz o agresji ekonomicznej na Polskę". "Bezpośrednie podporządkowanie gospodarcze - napisałem tam - a następnie półkolonialna zależność polityczna Polski, jest warunkiem wyjściowym tworzenia niemieckiego rynku peryferyjnego Europy Środkowej i Wschodniej, a w dalszej perspektywie nowej IV Rzeszy Niemieckiej." I pamiętam jak odchorowałem ten artykuł, gdy moi znajomi pukali się w czoło, a mnie w głowę. Cóż, życie nie zostawia wizytówek. Sprawcę, trzeba samemu zidentyfikować. To trwa i kosztuje.

 T. Sz. - Jaka była reakcja na odnowienie i działalność PZZ otoczenia politycznego - mam tu na myśli zarówno kręgi liberalne (z „Gazetą Wyborczą” jako ówczesnym wiodącym medium drukowanym) jak i środowisk tzw. centroprawicy i prawicy? Te ostatnie częściowo odwoływały się do tradycji obozu narodowego (w jakimś stopniu ZCHN) albo chadecji (w II RP lokalnie silnej na Śląsku, przypomnijmy tylko postać Wojciecha Korfantego) a nurty te podkreślały zagrożenie niemieckie, teoretycznie więc ich kontynuatorzy powinni wspierać taką inicjatywę jak PZZ.

W. B. - Zasadniczą reakcją na PZZ i jego działania, zarówno kręgów lewicowo-neoliberalnych, jak i prawicowych, było przemilczanie. Nie istnieliśmy dla nich. Nie przypominam sobie, aby w mediach wymieniono kiedykolwiek nazwę Polskiego Związku Zachodniego. We wszystkich mediach, a nie tylko w "Gazecie Wyborczej". Sprawę zagrożenia ekonomicznego i politycznego ze strony Niemiec komentowano jako podnoszoną przez KPN. Paradoksalnie, jedyną osobą, która zainteresowała się działalnością PZZ i chciała w 1992 roku szczegółowych informacji od jednego z naszych działaczy, był ostatni I sekretarz PZPR Mieczysław Rakowski.

Rzeczą charakterystyczną był przy tym brak jakiejkolwiek merytorycznej argumentacji wobec naszych tez. Starano się nas wręcz ośmieszać i to w obraźliwy sposób, typu - "te oszołomy".

Zagrożenie ekonomiczne i polityczne ze strony Niemiec było najpierw przemilczane i ośmieszane w latach 90. Potem było ignorowane i lekceważone. A dzisiaj jest lekceważone i marginalizowane. 8 lat rządów ponoć patriotycznego PiS w niczym nie zmieniło sytuacji. Nie powstały żadne poważne analizy naukowe. Nie ma instytucji badającej geopolityczne i geoekonomiczne zagrożenia dla Polski. A Centrum Studiów Strategicznych rządu PiS skandalicznie przekształcił w partyjne centrum analiz swego poparcia wyborczego.

T. Sz. - Jak wyjaśnił by Pan zanik odnowionego PZZ skutkujący wykreśleniem tej organizacji z rejestru stowarzyszeń?

W. B. - Zanik PZZ był wynikiem zmiany sytuacji od połowy lat 90. i przekierowania aktywności jego działaczy i członków. Realizacja neokolonialnej transformacji umożliwiła zniszczenie 1/3 polskiego przemysłu i głęboką penetrację ekonomiczną Polski przez kapitał niemiecki, głównie dzięki tzw. prywatyzacji. Polski przemysł krajowy stał się dodatkiem do finalnego produktu krajowego Niemiec. Miał rację niemiecki minister finansów Theo Weigel nazywając w 1991 roku L. Balcerowicza "najlepszą inwestycją niemiecką w Polsce".

Zagrożenie "miękką" inkorporacją regionów zachodnio-północnych straciło na znaczeniu. W to miejsce weszła realizacja przez Niemcy neoliberalnej wersji Mitteleuropy, jako półperyferyjnego obszaru podporządkowanemu ekonomicznie i politycznie Niemcom.

Nastąpiło za tym przekierowanie zainteresowania działaczy PZZ na problematykę i kwestie przede wszystkim kompradorskiej szczególnie wobec Niemiec polityki władz centralnych i kluczowych partii politycznych. PZZ był bowiem skoncentrowany na regionalnej problematyce zagrożenia niemieckiego.

W 1992 roku w artykule "Ukryta wojna" napisałem tak: "To bodajże Stanisław Lem opisał przyszłe wojny jako takie, w których zaatakowany naród nie będzie wiedział, że jest przedmiotem wyniszczającego biologicznie ataku. Nie będzie bowiem znał przyczyn swego wyniszczenia ze względu na swój niski poziom technologiczny. Genialny Lem (...) [nie wiedział, że żył] w kraju w którym jego futurologiczne wizje są rzeczywistością. Różnica między Lemowską fikcją, a polską rzeczywistością polega głównie na tym, że używa się w tej toczonej przeciw nam wojnie nie środków subtelnej mikrotechniki, lecz środków ekonomicznych. Źródłem niewiedzy jest zaś niski poziom <<technologii>> myślowych i moralnych rodzimych <<elit>>."

Dzisiaj po 33 latach użyłbym sformułowania, że źródłem niewiedzy jest wysoki poziom wynarodowienia i agenturalności rodzimych elit władzy, wspierany ich bazową ignorancją i głupotą.

T. Sz. - Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, maj 2025.


Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo