131 obserwujących
149 notek
1015k odsłon
  22903   0

Świadek Komorowski

 

Kłamstwa nigdy nie są niewinne. Większość kłamców daje się przyłapać, ponieważ albo zapominają, co powiedzieli, albo ich kłamstwo staje niespodziewanie wobec niezaprzeczalnej prawdy. Wyrafinowani jednak kłamcy znają skuteczne metody kłamania, a najskuteczniejszym ze wszystkich jest trzymanie się na tyle blisko prawdy, że nigdy nie ma się pewności. Są też inne metody znane wytrawnym kłamcom: albo przeplatanie kłamstwa prawdą, albo mówienie prawdy tak, jakby była kłamstwem – bo ktoś oskarżony o kłamstwo, które okaże się prawdą, zyskuje pewien kredyt, który trwa długo i może pokryć znaczną ilość nieprawd. Dobry kłamca potrafi tak oplatać, tak omotać kokonem pajęczych półkłamstw, wypaczonych prawd i domyślników, że bardzo trudno rozeznać prawdę, choćby się ją miało przed oczami. Piszący o mnie dziennikarze mojej ulubionej „gazety” nie są dobrymi kłamcami. Nie musiałem się specjalnie zastanawiać, dlaczego wróciłem na łamy mojej „ulubionej” „gazety”. Pierwsza, bardzo duża, publikacja, przypominająca wszystkie moje rzekome przestępstwa i procesy, trochę mnie rozczarowała. „Gazeta” przypomniała bowiem tylko dwa oskarżenia, o których mówiłem i pisałem od lat w setkach miejsc, w stacjach radiowych, w prasie, na spotkaniach autorskich, a nawet w książce „Z mocy nadziei”, a przecież mogła autorytatywnie przypomnieć, że w szczytowym momencie zaszczuwania mnie miałem dwanaście procesów jednocześnie, w tym kilka karnych. No, ale wtedy trzeba by dodać, że wszystkie zakończyły się umorzeniem lub moim zwycięstwem, a w jedynym i najważniejszym trwającym procesie (jeden się nie rozpoczął, w sądzie leży mój wniosek o cofnięciu sprawy do prokuratury, gdzie bez przewodu wykażę, iż cała sprawa była jedną wielka manipulacją i prowokacją pułkownika Aleksandra L.) w którym poza słowami - i wyłącznie słowami - dwóch oficerów służb tajnych prokuratura nie potrafiła przedstawić ani jednego dowodu mojej rzekomej winy – a to byłoby „dziennikarzom” „gazety” zdecydowanie nie na rękę. „Gazeta” oczywiście przedstawiła swoją publikację tak, jak by była newsem. I nie ważne, że - co wynika nawet z publikacji „gazety” - całe oskarżenie opiera się o relację oficera służb tajnych, Aleksandra L., a cała moja rzekoma „wina” polega na poznaniu Aleksandra L. z innym człowiekiem - i tyle. Zastosowano zasadę: „stał koło roweru, który ukradli, mógł mieć coś z tym wspólnego”...
Tak więc tylko przez moment zastanawiałem się, dlaczego „gazeta” poświęca aż tyle miejsca - dwie strony na tych łamach, to „zaszczyt”, który nie każdego spotyka - strzelając z armaty do muchy. Nie musiałem się specjalnie wysilać, by skonstatować, że przyczyną „reklamowania” mnie jest zbliżający się termin stawienia się Bronisława Komorowskiego w sądzie, gdzie planuję zadać mu ponad 200 pytań. To tak na dobry początek...Gdybym jeszcze miał wątpliwości odnośnie intencji „gazety”, to rozwiałaby je kolejna publikacja tegoż samego pisma i tegoż samego autora, w której ten ostatni przekonuje, że „rola Bronisława Komorowskiego w tej sprawie jest marginalna.” Po czym dodaje: „Wojciech Sumliński zapowiada, że ma do prezydenta 200 pytań. Grad pytań zamieni przesłuchanie w medialny spektakl, co może naruszyć powagę urzędu prezydenta, ale też sądu.” Dalej jest sugestia, że jeżeli już prezydent koniecznie będzie musiał zeznawać, to najlepiej „w miejscu pobytu świadka” (czyli w kancelarii prezydenta, bez udziału kamer), całość zaś nosi znamienny tytuł: „Świadek Bronisław Komorowski. Problem dla sądu.” Na czym ma polegać problem dla sądu, który przecież "problem" rozwiązał uznając, że świadek Komorowski jest prezydentem, ale też obywatelem i powinien stawić się w sądzie, jak każdy inny obywatel – tego już „gazeta” nie wyjaśnia.O co zatem chodzi? Czytelnik publikacji „gazety” obejrzy znakomite przedstawienie, lecz nie zbliży się do prawdy. Przez szereg lat manipulowana opinia publiczna wierzyła, że prezydent Bronisław Komorowski - którego rola w kontekście wyjazdu Donalda Tuska do Brukseli jeszcze wzrasta – jest politykiem bez skazy, godnym najwyższego zaufania. I właśnie tego wizerunku broni „gazeta” (przy okazji biorąc na celownik moją skromną osobę). Jak jest naprawdę? Czy naprawdę rola Bronisława Komorowskiego jest w tej sprawie marginalna, zaś on sam jest politykiem bez skazy?Odpowiedź, tylko w formie drobnej zajawki - bo to nie jest historia na portal, lecz na pokaźną książkę – przytaczam poniżej.

Nie jest do końca jasne, kiedy i w jakich okolicznościach Bronisław Komorowski poznał pułkownika Leszka Tobiasza, wysoko postawionego oficera Wojskowych Służb Informacyjnych, zajmującego się operacjami specjalnymi, w wyniku których niejedno życie legło w gruzach. Zinformacjizawartychwopatrzonych „klauzulą tajemnicy”meldunkach(któreplanujęprzytoczw książce),wynika, żeznajomość ta sięga lat 90. WZarządzie III WSI pułkownik Leszek Tobiaszbył odpowiedzialny między innymi za przygotowanie i pozyskanie materiałów, które udostępnione w ramach gry operacyjnej wyselekcjonowanym dziennikarzom miały na celu skompromitowanie arcybiskupa Juliusza Paetza. „Teraz jest właściwy moment by przycisnąć kler, można uderzyć w czarnych" -to jeden z wielu jego meldunków z tamtego okresu. Nie udaję, że wiem, jak się zostaje kimś takim, jak Tobiasz. Nie zamierzam też udawać, że wiem, co kieruje postępowaniem tego typu ludzi, co ich napędza i motywuje do działania, co powoduje, że świadomie i z premedytacją niszczą ludzkie życie, a Bóg jeden wie, ile osób przez niego cierpiało. Niektórzy ludzie są w głębi duszy przyjaźni z całym światem, a znowu inni nienawidzą sami siebie i rozprowadzają dookoła nienawiść niczym masło po gorącym chlebie. Istnieją różni ludzie. Jedni zawsze nakładają na talerz więcej, niż mogą zjeść. Zawsze więcej sieją, niż mogą zebrać. Zanadto się cieszą, zanadto się martwią. Są tacy ludzie... Niewykluczone, że podobne refleksje do moich miał ksiądz arcybiskup Juliusz Paetz, „bohater” sprawy opatrzonej kryptonimem „Anioł”, w której Tobiasz odegrał główną rolę. Teczka nadzoru szczególnego kryptonim „Anioł” w sensie formalnym nie stanowiła materiałów archiwalnych, ponieważ nigdy nie została zewidencjonowana ani zarchiwizowana przez żadną komórkę WSI. Została założona w związku z działaniami prowadzonymi przez Wojskowe Służby Informacyjne odnośnie pozyskania do współpracy właśnie arcybiskupa Juliusza Paetza.

Lubię to! Skomentuj97 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale