Przelew miliarda dolarów za trzydzieści centów
Zanim wejdziemy w politykę, warto zrozumieć, o co w ogóle chodzi. Jacek Protasiewicz zapytał profesora wprost: dlaczego w ogóle ktoś chciałby regulować kryptowaluty? Odpowiedź zaczyna się od jednej liczby.
Przelew miliarda dolarów w bitcoinie kosztuje dziś około trzydziestu centów. Ten sam przelew w systemie bankowym to miliony dolarów prowizji i kilka dni oczekiwania.
"W bitcoinie teraz to byłoby jakieś 30 centów. To jest ta różnica" , powiedział profesor Piech z Uczelni Łazarskiego.
I właśnie w tej różnicy leży sedno całej historii. W 2019 roku Facebook ogłosił projekt własnej waluty cyfrowej Libra, która miała umożliwiać błyskawiczne i tanie przelewy przez platformę. Reakcja europejskich rządów była natychmiastowa i jednogłośna. Ministrowie finansów Niemiec i Francji powiedzieli: nie pozwolimy na to. I zaczęto pisać przepisy.
Rozmowa Piecha z Protasiewczem o kryptowalutach:
"Żeby właśnie nie dopuścić do zdominowania europejskiego rynku takimi dolarami zagranicznymi, stwierdzono, że trzeba to uregulować" , powiedział Piech.
Tak powstało rozporządzenie MiCA (Markets in Crypto-Assets Regulation, czyli unijne Rozporządzenie w sprawie Rynków Kryptoaktywów), europejskie prawo regulujące rynek kryptoaktywów. Nie po to, żeby chronić Kowalskiego inwestującego w bitcoina. Po to, żeby chronić banki przed konkurencją ze strony technologii, która potrafi przelewać miliardy za grosze.
Polska pisała dwa lata. I napisała za dużo
MiCA jako rozporządzenie unijne obowiązuje bezpośrednio w Polsce, bez potrzeby uchwalania osobnej ustawy krajowej. Ustawa miała jedynie wskazać organ nadzoru, określić opłaty i okresy przejściowe. Kilka stron wystarczyłoby.
Inne kraje to rozumiały. Cypr zmieścił przepisy implementacyjne na dwóch stronach. Słowacja na pięciu. Czechy i Węgry na kilkunastu. Niemcy, słynące z regulacyjnej drobiazgowości, napisały 78 stron. Polska napisała 108 stron ustawy i kilkadziesiąt stron rozporządzeń.
Profesor Piech, wykładowca Uczelni Łazarskiego i jeden z pionierów polskich badań nad blockchainem, zwrócił na to uwagę bez ogródek. Równie dobrze, jak mówił, rząd mógł dać stażystom pół dnia i kazać napisać kilka stron. Zamiast tego przez dwa lata budowano legislacyjny gmach, który stał się łatwym celem.
Prezydent Nawrocki zawetował ustawę w grudniu 2025 roku. Jego zarzuty były dwa. Pierwszy: przepisy pozwalały rządowi blokować strony internetowe firm kryptowalutowych bez decyzji sądu, jednym administracyjnym kliknięciem. Drugi: opłaty nadzorcze na poziomie 0,4 procent przychodów były miażdżące dla małych polskich firm, a nieodczuwalne dla zagranicznych gigantów. Innymi słowy, ustawa nie chroniła polskiego rynku. Oddawała go zagranicznej konkurencji.
Kto zyskuje na braku regulacji?
Sejm próbował odrzucić weto, ale koalicji rządzącej zabrakło głosów. Rząd poprawił projekt i uchwalił go po raz drugi. Nawrocki zawetował po raz drugi, w lutym 2026 roku.
Tu zaczyna się część historii, której żadna ze stron nie opowiada chętnie.
Media ustaliły, że w centrum sprawy pojawia się Zondacrypto, jeden z największych podmiotów rynku kryptowalut w Europie Środkowej. Według dziennikarzy firma była aktywna podczas kampanii wyborczej Nawrockiego i towarzyszyła mu w delegacji na pierwszą oficjalną wizytę w Stanach Zjednoczonych. Rząd zapowiedział ujawnienie materiałów o powiązaniach polityków z branżą krypto i skierowanie sprawy do prokuratury.
Jednocześnie trudno nie zauważyć, że brak regulacji nie jest neutralny. Na próżni prawnej korzystają przede wszystkim podmioty, które nie zamierzają się rejestrować w Polsce ani poddawać żadnemu nadzorowi. Jaskrawym przykładem jest Huione Group, kambodżański konglomerat finansowy objęty sankcjami amerykańskiego Departamentu Skarbu. Przez lata działał w Polsce jako legalnie zarejestrowany podmiot świadczący usługi w zakresie walut wirtualnych. Według władz federalnych USA przetworzył ponad 4 miliardy dolarów nielegalnych środków, prał pieniądze z oszustw internetowych i robił to przez polską spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.
Bez ustawy KNF nie ma narzędzi, żeby skutecznie działać w takich przypadkach.
Więc: dobrze czy źle?
Profesor Piech nie wydaje w studiu Salon24 wyroków politycznych. Ale fakty, które przytacza, układają się w czytelny obraz.
"Szacuje się, że około 1 procent transakcji kryptowalutowych jest związanych z działalnością przestępczą" , powiedział w salon24 profesor Piech.
To ważna liczba. Kryptowaluty nie są rajem dla przestępców. Zdecydowana większość transakcji to zwykłe inwestycje, przelewy, oszczędności. Ale ten jeden procent, w skali globalnego rynku wartego biliony dolarów, to astronomiczne kwoty. I w Polsce, bez sprawnego nadzoru, ten jeden procent ma się bardzo dobrze.
Weto Nawrockiego miało pewne merytoryczne podstawy: ustawa była przeregulowana, przepisy o blokowaniu domen budziły uzasadnione obawy o wolność gospodarczą. Ale dwukrotne zablokowanie regulacji, przy rosnących dowodach na to, że polska rejestracja służyła zagranicznym przestępcom jako parawan, to już zupełnie inna rozmowa.
Kto traci na obecnej sytuacji? Miliony Polaków inwestujących w krypto, bez funduszy gwarancyjnych ani segregacji aktywów. Polskie firmy, które nie mogą uzyskać licencji i przegrywają z podmiotami licencjonowanymi na Malcie czy Litwie. KNF, która ma unijne prawo, ale nie ma krajowych narzędzi do jego egzekwowania.
Kto zyskuje? Firmy, które wolą działać bez nadzoru. Podmioty zarejestrowane w Polsce, ale prowadzące interesy, o których wolą nie mówić głośno. I politycy, którzy w tym chaosie mogą robić to, co politycy robią najchętniej: obwiniać się nawzajem.
Termin graniczny to 1 lipca 2026 roku, gdy kończy się unijny okres przejściowy. Do tego czasu Polska musi mieć działające prawo. Zostały cztery miesiące.
"Technologia jest neutralna. To jak ona będzie wykorzystana, zależy od ludzi" , powiedział profesor Krzysztof Piech w rozmowie z Jackiem Protasiewiczem.
Problem w tym, że w Polsce to zdanie brzmi dziś jak gorzka ironia.
red.
Fot: Prezydent Nawrocki dwa razy zawetoał rządową ustawę o kryptowalutach/PAP





Komentarze
Pokaż komentarze (4)