Rezygnacja jak elaborat. Cenckiewicz odchodzi z BBN
Premier Donald Tusk skomentował odejście Sławomira Cenckiewicza krótko, mówiąc o wojnie pałacowej, a Cenckiewicz umieścił na swoim X'e dość długie oświadczenie, które wywołało falę komentarzy.
„Czegoś tak kuriozalnego nie czytałem dawno w polityce”, ocenił w podcaście Jacek Protasiewicz. „To był jakiś elaborat, koszmarnie długi. Do tego zawierający jakąś ogromną masę takiego żalu do całego świata”.
Z punktu widzenia logiki politycznej długość oświadczenia jest sygnałem sama w sobie. Gdyby chodziło wyłącznie o przyczyny zewnętrzne, wystarczyłoby kilka zdań. Tu zamiast komunikatu pojawił się rozbudowany rozrachunek z otoczeniem. Protasiewicz wskazał konkretny moment zapalny. Niedawne orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, korzystne dla Cenckiewicza w sporze o dostęp do informacji niejawnych, otworzyło drogę do kolejnego ruchu.
Obejrzyj najnowszy odcinek Algorytmów Władzy:
„On wtedy zasugerował, że oczekuje dymisji szefa SKW od wicepremiera Kosiniaka. Kamysza”, przypomniał Protasiewicz. „Ponieważ myślę, że w Pałacu ciągle liczą na PSL jako na potencjalnego koalicjanta, więc nie chcą sobie zamykać tutaj ścieżki. I tego wsparcia dla Cenckiewicza nie było”.
Adam Abramczyk dorzucił obserwację, którą można odczytać jak protokół rozbieżności. W oświadczeniu Cenckiewicza pojawia się wicepremier, ale nie pojawiają się niektórzy wpływowi urzędnicy Kancelarii Prezydenta, z którymi musiał na co dzień współpracować. W polityce milczenie też jest komunikatem.
W tle pozostaje jeszcze jeden wątek, czysto warsztatowy. W kolejce do druku stoi trzecia część cyklu „Resety”, a Cenckiewicz w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim w Kanale Zero przyznawał wcześniej, że na czas sprawowania funkcji w BBN zawiesił pracę nad biografią Donalda Tuska. Funkcja państwowa i publicystyka o tej temperaturze zaczęły się wykluczać.
Stąd pochodzi, w ocenie Protasiewicza, prosty wniosek. „Lepiej, że go tam nie ma. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego nie powinien być tak emocjonalny. Powinien być twardy”.
Następcą został zastępca odchodzącego ministra, generał Andrzej Kowalski, oficer z doświadczeniem w Urzędzie Ochrony Państwa i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, znany szerszej publiczności z wystąpienia przed komisją śledczą do spraw Pegasusa. To zmiana profilu. Zamiast historyka publicysty na czele biura staje człowiek służb, a w relacji z szefami SKW, Agencji Wywiadu i ABW może to oznaczać po prostu inny język rozmowy.
Z BBN do MSZ. Inny adresat, ten sam motyw obcej presji
Z dyskusji o tym, kto powinien stać na czele instytucji bezpieczeństwa, debata płynnie przesunęła się w stronę pytania, kto ma prawo wpływać na to, kto siedzi w polskim Sejmie. Tłem stał się wpis Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela na platformie X, dotyczący posła Konfederacji Konrada Berkowicza.
Powodem są jego wcześniejsze wystąpienia, w tym pokazanie z mównicy sejmowej flagi Izraela z wpisanym symbolem zagłady oraz znane zdjęcie z gestem przypominającym hitlerowskie pozdrowienie. Strona izraelska zażądała publicznie, by Polska zareagowała w sprawie Berkowicza.
Reakcja okazała się nie taka, jakiej zapewne oczekiwano w Jerozolimie. Polska scena polityczna w dużej mierze zjednoczyła się wokół oburzenia samym faktem ingerencji. Krytycznie wypowiedziała się nawet posłanka Anna Maria Żukowska z Lewicy, znana z proizraelskiego stanowiska.
Adam Abramczyk umieścił to w szerszym kontekście. „My mamy coś takiego, że pamiętamy, jak Czarzasty w momencie, gdy został skrytykowany przez ambasadora Stanów Zjednoczonych, od razu zyskał punkty”, zauważył. „Potem była sytuacja z ambasadorem niemieckim, który pojawił się podczas głosowania w Sejmie. Tutaj jesteśmy niepodległym państwem i już takim coraz bardziej dojrzałym, który zaczyna się liczyć”.
Pokolenie urodzone po 1989 roku reaguje na obecność obcych dyplomatów w polskich procedurach inaczej niż starsze. Z większą podmiotowością i mniejszą skłonnością do tłumaczenia się.
Jacek Protasiewicz w tej części rozmowy przyjął rolę, którą sam określił jako adwokata diabła. Sam czyn Berkowicza nazwał haniebnym i tłumaczył to wprost.
„Z szacunku dla tych milionów ofiar pan Berkowicz i inni durnie skończeni, pomijając, że szkodzicie Polsce, z szacunku dla ofiar takich rzeczy nie można robić”, powiedział, nawiązując do Holokaustu. „Nie wolno wpisywać swastyki we flagę narodową żydowską”.
Ten dystans wobec samego gestu nie unieważnia jednak drugiego wniosku. Sposób, w jaki obce ministerstwo zwróciło się do polskiej opinii publicznej, został odebrany jako próba dyktowania, kogo ma się znaleźć w polskim parlamencie. Stąd nieoczekiwany sojusz Konfederacji i Lewicy w obronie zasady, że to wyborca, a nie urząd zagraniczny, decyduje o składzie Sejmu.
Aneks WSI wraca do kolejki. Tym razem do biurka Nawrockiego
Jeśli pierwsze dwa wątki dotyczyły bieżącej władzy, trzeci sięga do archiwum, które od lat czeka na otwarcie. Aneks do raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych nadal nie został ujawniony, a sprawa wraca pod adres prezydenta Karola Nawrockiego.
Adam Abramczyk ocenił, że okno czasowe domyka się szybciej, niż wielu sądzi. „Jeżeli ma być, to chyba tylko już teraz”, powiedział. „On jest ostatnim chyba prezydentem, no bo jeżeli już nawet prezydent Nawrocki tego nie zrobi, to trudno mi powiedzieć”.
Jacek Protasiewicz dorzucił do tego rachunek polityczny. Nawrocki został wybrany jako kandydat zgłoszony przez obywatelski komitet, ale popierany de facto przez Prawo i Sprawiedliwość, a w drugiej turze otrzymał wsparcie wyborców Konfederacji. To zaplecze ma własne oczekiwania, w tym ujawnianie tajemnic służb z czasów PRL i przełomu. Skoro rzecznik prezydenta, wywodzący się z Instytutu Pamięci Narodowej, zapowiedział, że aneks zostanie odtajniony, najprawdopodobniej tak się stanie.
Pytanie, które zawisło nad tą zapowiedzią, jest już innej natury. Po latach krążenia dokumentu po sejfach większość możliwych nazwisk i schematów została wytarta z bieżącej polityki. „Musiałyby być jakieś wyjątkowo szokujące informacje, żeby w tych czasach, gdzie codziennie jesteśmy zalewani jakimiś szokującymi informacjami, miało to na nas zrobić wrażenie”, ocenił Abramczyk.
Z punktu widzenia samego prezydenta gra toczy się więc nie o sensację, lecz o wiarygodność. Nawrocki potrzebuje uwiarygodnienia własnego mandatu wobec elektoratu, który dał mu poparcie na kredyt. Odtajnienie aneksu jest jednym z niewielu ruchów, które jego baza odczyta jako spłatę raty.
red.





Komentarze
Pokaż komentarze (28)