124 obserwujących
133 notki
972k odsłony
5834 odsłony

WSZYSCY LUDZIE DONALDA TUSKA - „TO TYLKO MAFIA” (4)

Wykop Skomentuj22

DORADCA MINISTRA MILCZANOWSKIEGO                                                                                                                W pewnym momencie firma Marca wpadła w tarapaty, bo duża partia trefnych transportów dostała się w ręce policji. Potem zatrzymano także samego Marca, ale wtedy w prokuraturze błyskawicznie pojawił się poseł Tadeusz Kowalczyk, persona z Komitetu Doradczego przy Ministrze Spraw Wewnętrznych Andrzeju Milczanowskim. Kowalczyk, który był naszą wtyczką i przekazywał nam wiele cennych informacji, doprowadził do zwolnienia Marca. Zrobiło się z tego trochę szumu, więc, żeby załagodzić sytuację, Kowalczyk musiał zrezygnować ze stanowiska. Zrobił to niechętnie, ale rozumiał, że niekiedy, by ratować organizm, trzeba odciąć rękę. Od tamtej pory policja miała jednak Marca na celowniku, słusznie podejrzewając, że koncesję na kasyno w Gdańsku załatwił w Ministerstwie Finansów za sto tysięcy dolarów. Kasyno służyło nam do prania brudnych pieniędzy. Gdy policja zapytała „Pershinga”, skąd mechanik samochodowy zarabiający oficjalnie tysiąc złotych miesięcznie ma chałupę wartą siedemset takich pensji – musiałby na to pracować sześćdziesiąt lat, nic nie wydając – odpowiedział, że wygrał w kasynie u Marca. To było nasze „alibi”. Po zabiciu „Nikosia” Marzec wyniósł się z Gdańska, kupił budynek w Świnoujściu i przerobił na luksusowy hotel, do którego często jeździliśmy z „Malizną”, „Wańką” i „Słowikiem”. Apartament, w którym zamieszkiwałem z rodziną, miał ponad dwieście metrów. Moja córka jeździła w nim na rowerze, a samo łóżko miało z dziesięć metrów kwadratowych. Spotykaliśmy się tam jednak nie tylko towarzysko, ale też na tajnych naradach, między innymi z „Oczkiem” oraz z innymi grupami ze Szczecina i Pomorza. W hotelu u Staśka Marca zawsze można było spotkać kilku ministrów czy posłów. To tam biesiadowałem z Leszkiem Balcerowiczem, to także tam piłem wódkę z wiceministrem Leszkiem Piotrowskim. Obok siedzieli chłopcy z BOR-u, a my piliśmy do białego rana. Potem wszystko to się skończyło, bo ABW namierzyło Marca w związku z przekrętem na warszawskiej Białołęce. Jakieś zakonnice odzyskały od Komisji Majątkowej przedwojenny teren wart dwieście milionów złotych i sprzedały go Marcowi za trzydzieści milionów złotych. I tak Stasio wyprał co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych. Czyich – nie wiem i nie chcę wiedzieć.                                                                                          

DANUTA WAŁĘSA CZYLI MISTYFIKACJA                                                                                                                       – A wracając do „Zielonego Bingo”… – Jak mówiłem, Marca do interesu ściągnął Pokorski, przedstawiając go jako biznesmena z powiązaniami w kręgach władzy. Marzec zaproponował wciągnięcie do spółki Danuty Wałęsowej, którą wcześniej miał dokooptować do rady nadzorczej kasyna w Gdyni. Żona urzędującego prezydenta Polski w zarządzie „Zielonego Bingo” miała stanowić element dekoracji. Taka mistyfikacja potwierdzająca, że wszystko jest ok. Stanisław Marzec faktycznie miał powiązania w kręgach władzy, bo wszystkie formalności załatwiał szybko i sprawnie. Nie wiem, w której części ukryty był jego udział, bo formalnie udziałów nie miał, ale przecież nie był świętym Mikołajem. Ustalenia były takie, że Paradowski z Kubiakiem, cichym wspólnikiem, mieli dostać czterdzieści procent z zysków, Pokorski – około trzydziestu, a Kiełbiński i ja – po pięć. Cała reszta dla kilku pozostałych, w tym żony prezydenta RP. W zarządzie byli Paradowski i Pokorski, w radzie nadzorczej – ja i Kiełbiński. Początkowo wszystko szło dobrze. Rozpoczęliśmy z wielkim hukiem, bo dotacja załatwiona przez Marca w Ministerstwie Ochrony Środowiska była naprawdę gigantyczna. Z tego, co mówił Paradowski, Marzec przeznaczył na łapówki majątek, ale opłaciło się. Wiedzieliśmy, że nie będziemy rozliczani, więc było jak w „Misiu” Stanisława Barei: im drożej – tym lepiej. Większość pieniędzy przeznaczaliśmy na tak zwane wydatki reprezentacyjne, cokolwiek by to miało oznaczać. My rozumieliśmy to po swojemu: na koszt spółki objechaliśmy kawał świata i bawiliśmy się od świtu do nocy w najdroższych hotelach i restauracjach. Dalej też było wspaniale. Czterdzieści miliardów – równowartość czterech milionów złotych po denominacji, ale umówmy się, na początku lat 90. to była fortuna – wydaliśmy na reklamę. Wykupiliśmy czas antenowy w TVP i sfinansowaliśmy w Katowicach reklamy na tramwajach. Wyprodukowaliśmy też koszulki i inne gadżety z logo „Zielonego Bingo”. Na rozpoczęcie działalności zorganizowaliśmy koncert w Katowicach – i znów poszło dobrze. Zrobiliśmy show: osiem tysięcy osób w Spodku, transmisja na żywo w TVP. Kubiak znał kogo trzeba i ściągnął kilka gwiazd: DJ BoBo, De Mono z Chojnackim. A potem sprawą zajął się UOP i już nic nie poszło dobrze. Paradowski mówił, że zrobili to na osobiste polecenie generała Gromosława Czempińskiego, jednego z „pułkowników”, który wcześniej był w wywiadzie, a w tamtym czasie kierował Urzędem Ochrony Państwa. Poszło o to, że Paradowski i Pokorski robili „Zielone Bingo” bez zgody „wojskowych” i to był ich pierwszy błąd. Co gorsza, nie zamierzali się z nikim dzielić – i to już był błąd nie do wybaczenia, który stał się początkiem ich końca.                                                                                                                                           

HONOROWY WACHOWSKI                                                                                                                                          Marzec próbował jeszcze ratować sytuację i pojechał w tej sprawie na rozmowę do Wachowskiego, kapciowego prezydenta Lecha Wałęsy. Nic nie wskórał, bo przyjechał za późno. Usłyszał, że wcześniej można było wszystko odkręcić, ale teraz sprawy zaszły już za daleko i na uratowanie „Zielonego Bingo” nie ma już szans. Marzec mówił, że Wachowski bardzo ubolewał, że nic nie da się już zrobić, i nie chciał nawet przyjąć łapówki. Taki był uczciwy. Na temat naszego przedsięwzięcia zapadła cisza i tak naprawdę wszyscy się cieszyli, że tylko na tym się skończyło i że to koniec kłopotów, bo „wojskowi” na serio się wściekli. W rzeczywistości jednak to nie był koniec kłopotów. To nie był nawet początek końca ani tym bardziej koniec początku, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy – to okazało się dopiero później… Także dużo później dowiedziałem się, że koncesję na działalność Bingo w Polsce odkupiła od Szwedów grupa biznesmenów z Poznania związana z Wojciechem Fibakiem. Nie dowiedziałem się jednak nigdy, czy miało to jakiś związek z tym, jak postąpiono z nami, kto konkretnie za tym stał ani co działo się dalej, bo, mówiąc szczerze, zupełnie przestało mnie to interesować. (Fragment książki „TO TYLKO MAFIA” Wojciecha Sumlińskiego, Tomasza Budzyńskiego i Jarosława Sokołowskiego pseudonim „MASA”).

sumlinski.pl

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka