Myślę, że na początku musimy po prostu chcieć zmiany. Jakiejkolwiek. I nie na zasadzie życzeniowej, w stylu "fajnie, gdyby coś tu się poprawiło, ktoś to wyprostował", bo tak jak nie ma darmowych obiadów, tak nie ma też samo-twórczych procesów i aktywistów czytających w naszych myślach.
Człowiek to istota skąpa energetycznie (określenie zapożyczone). Zazwyczaj nie robi więcej niż to konieczne. To bardzo wygodne - przede wszystkim dla tych, którzy są na uprzywilejowanej pozycji. W większości wypadków ci będący na niższej nie kwestionują hierarchii ani porządku relacji i godzą się ze swoim podlejszym losem, kanalizując przejściowo nachodzące ich poczucie niższości oraz okresowe nadużycia braci większych w różnego rodzaju formach złorzeczeń. Pod warunkiem oczywiście, że będą utwierdzani w niezmienności dotychczasowego porządku, a przejawy nadużyć i poniżeń nie przekroczą granicy, którą nazwę tu granicą dysonansu poznawczego.
Obserwując wypadki dziejące się w Polsce od czasu zakończenia II wojny światowej, mamy do czynienia z powtarzającymi się cyklami niezadowolenia społecznego, z którym władza radziła sobie na co najmniej dwa sposoby. We wczesnej swej fazie z racji nielegalnego ukonstytuowania się, wspierała się na przemocy, (likwidując wszelkie przejawy oporu), a także na miażdżącej przewadze medialnej, nieomal do zera niwelując środki masowej komunikacji prezentujące wrogi punkt widzenia. W późniejszym okresie do kontroli sytuacji wystarczała propaganda oraz terror prowadzony z ukrycia - za wyjątkiem okresowych sytuacji krytycznych, wynikających przede wszystkim z pogorszenia sytuacji materialnej obywateli - gdy rosły ceny produktów pierwszej potrzeby i trzeba było się upomnieć o chleb potrzebny do życia.
Propagandapozwalała utrzymać pozory normalności, szczelność granic ograniczała niekorzystne porównania, a rozwinięty aparat przymusu dzięki sieci kapusiów i współpracowników wyłuskiwał ze społeczeństwa jednostki nieprzystosowane i izolował je od reszty. Budowa nowej elity, nowego państwa opartego na nowym porządku prawnym nie napotykała większych trudności.
Gdy spojrzymy na przykłady zagraniczne, możemy dojść do wniosku, że utrzymanie władzy w takiej postaci jaka była obecna w Polsce przed 89-rokiem, udało się do tej pory tylko na Kubie, w Korei Płn. i zdaje się na Białorusi. W pierwszym przypadku możliwe to było, dzięki otwartości kraju na turystów, i licznej emigracji wspierającej rodaków w zamkniętym kraju. W drugim dzięki stworzeniu szczelnego więzienia o wysokim rygorze i potwornej indoktrynacji, sprzyjającemu sąsiedztwu z północy i bierności zagranicy wynikającej z posiadanej broni masowego rażenia. W trzecim dzięki położeniu geopolitycznemu i strukturze społecznej, w której dominuje element chłopski, mniej wykształcony, skory do oporu, a poniekąd chyba też samowystarczalny, o ile faktycznie posiada własne poletko upraw.
W Polsce komunistom nie udało się utrzymać przede wszystkim ze względu na pogarszającą się sytuacje gospodarczą państwa oraz wspierającego ją mocarstwa. Koniec był kwestią czasu, czego sygnałem alarmowym okazało się powstanie ruchu robotniczego Solidarność. Jego delegalizacja dała czas władzy na przygotowania do pozorowanej kapitulacji. Taktyczne cofnięcie się o krok do tyłu, w konsekwencji przyniosło znacznie więcej korzyści niż poprzednio. Jeśli bowiem uznać ideologię komunistyczną za jedynie pretekst do sięgnięcia po władzę, uznanie wyższości kapitalizmu i demokracji w wersji zachodniej można odczytać jako niezbędną ofiarę celem utrzymania wpływów.
Żeby jednak nie było tak różowo, warto jeszcze nadmienić, iż ofiara ta była równie wątpliwa jak sam proces zrzekania się władzy. Czyż bowiem możemy uczciwie przyznać, że w Polsce panuje demokracja i istnieje kapitalizm? Jeśli nawet, to w bardzo oryginalnej formie.
Ten długi wtręt pokazuje cykliczność ludzkich zrywów i ich pozorną rewolucyjność sprawczą, która w istocie zwykle doprowadza do zmian symbolicznych w sferze struktur władzy i hierarchii, natomiast może nieść zmiany w kwestiach konsumpcyjnych i jakości życia obywatela, choć i co do tego wielu miało by poważne wątpliwości. Niestety nie znam badań dotyczących poziomu ubóstwa w PRL-u, ani ich porównań z obecnie prowadzonymi.
Na pewno obywatel, jeśli tylko posiada stały dopływ gotówki, ma niewyobrażalne wręcz (w stosunku do przeszłości) możliwości ich wydawania, co wiele osób tak zajmuje, że nie starcza im czasu na nic więcej (praca i przejadanie jej owoców). Rozszerzenie zakresu rozrywek z kolei, szczególnie tych, w których uczestniczy się pośrednio (medialnych), stanowi wspaniały katalizator gniewu i usypiacz uwagi. Już choćby z tych dwóch powodów władza, która pozornie się jej zrzekła, zyskała znacznie więcej - społeczeństwo rozbite na jednostki konsumpcyjne.
Człowiek to istota skąpa energetycznie i zadowala ją wysiłek zmierzający do minimalizacji dyskomfortu. Robi coś wtedy tylko, jeśli jest do tego przymuszony - warunkami życia, cudzym batem lub wizją, która narodziła mu się w głowie i nie chce ustąpić mniej sielskim obrazkom. Tak więc, gdy nie pcha nas do zmian chęć poprawy warunków egzystencjalnych ani przymus obcy, czasami jeszcze jesteśmy w stanie podnieść krzyk ze względu na ideały lub jak wolicie - idee.
Obserwując wypadki dziejące się we współczesnej Polsce, mam wrażenie, że część obywateli czuje dyskomfort, który przeszkadza w szczęśliwym odbiorze rzeczywistości. Póki co te odczucia nie są na tyle silne, by skomasowały się w ruchu protestu. Już jednak pojedyncze jednostki zaczynają dostrzegać, że nie są osamotnieni w swoich odczuciach i dzielą się swoimi emocjami, spostrzeżeniami oraz właśnie życzeniami dotyczącymi tego, co by mogło się stać, żeby lepiej było.
Myślę, że następną fazą będzie działanie. Jesteśmy blisko momentu, kiedy czynnik dyskomfortu wypływający z czysto egzystencjalnych powodów połączy się z czynnikiem ideowym. Przymusem obcym będzie parcie społeczne i obawa przed alienacją. Polska jest bowiem krajem szczególnym - tu rzadko działamy inaczej jak wielką gromadą.
Chwilowo oczywiście władzy udaje się utrzymać społeczeństwo w kłótni. Być może nawet uda jej się to jeszcze przez czas dłuższy. To władza za którą stoją duże pieniądze, jeszcze większe doświadczenie i szerokie grupy interesów, zarówno z wewnątrz, jak i z zewnątrz. Z boku wygląda to beznadziejnie. Ale jest nas prawie 40 milionów i jeśli byśmy chcieli coś osiągnąć wspólnie, nikt nie byłby w stanie nas powstrzymać.
Wiem, to romantyzm. Dlatego na koniec trochę realizmu:
Trzeba nam silnego ośrodka medialnego, którego nie uda się zawłaszczyć ani obcemu kapitałowi, ani obcym siłom wywiadowczym, ani naszej sprzedajnej grupie władzy - tej z pierwszych stron gazet i tej działającej z ukrycia.
Trzeba nam edukacji medialnej i historycznej.
Przede wszystkim jednak trzeba nam reaktywować związki społeczne i towarzyskie, gdzie mówi się o przyszłości ojczyzny tak, jakby się mówiło o przyszłości własnego potomstwa. Gdzie więc dobro wspólne jest ważniejsze niż osobiste. Od tych najmniejszych komórek trzeba zacząć, by z nich powstał aktywny ruch, z tego ruchu wyłonieni zostali wiarygodni i przejęci losem społeczności liderzy, zdolni zapalić wiarę w lepsze u tych, którzy zwątpili lub śpią.
Potem... będzie jeszcze mnóstwo pracy



Komentarze
Pokaż komentarze (8)