15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
1504 odsłony

7.1 - Zepchani do bydlęcych wagonów

Wykop Skomentuj10
Nadszedł rok 1935. Po mroźnej i niespokojnej zimie nastało ciepłe i pogodne pod każdym względem lato. Ten naprawdę spokojny czas miał nawet swoją nazwę - pieredyszka.

Zajęci walką o byt nie przestawaliśmy być czujni. Po tylu latach nauczyliśmy się omijać przeszkody i zagrożenia. Sporadyczne ucieczki, wymykanie się z rąk oprawców opłacało się. Na ogromnych przestworzach Kraju Rad można się było chwilowo ukryć, zawieruszyć. Wystarczyło mieć dowód osobisty (paszport) bez zbędnych, niejasnych adnotacji i bezpieczeństwo na parę miesięcy było pewne, lecz nie dłużej.

Dla ludzi samotnych, nie obarczonych rodziną i obowiązkami było to rozwiązaniem dobrym. Opiekunowie i ojcowie rodzin takich szans nie mieli. Musieli poddać się losowi, jeżeli nie chcieli, by ich najbliżsi ginęli.

Okres żniw i wytężonej pracy rolników był zawsze najspokojniejszy. Ten spokój nie był przypadkowy, pozwalał bowiem zebrać plony. Uważam, że było to bardzo chytre i podstępne. Żniwa jednak nie trwały długo, nadchodziła jesień. Kto miał szczęście i odwagę, ten wyjeżdżał, po prostu uciekał. Jednak takich szczęśliwców nie było wielu.

Kto nie miał stałej pracy to już nie mógł nigdzie się urządzić z powodu polskości. Narodowość polska stała się uciążliwym balastem i przeszkodą do życia. Jakże Józef Wissarionowicz nienawidził Polaków! Niektórzy twierdzili, że on mścił się za 1920 rok, za „cud nad Wisłą”. Myślę, że było w tym trochę prawdy, bo żadna mniejszość narodowa nie była tak zawzięcie niszczona jak właśnie Polacy.

Był pochmurny, jesienny dzień. Od samego rana siąpił chłodny deszcz. Mimo brzydkiej pogody towarzysze biegali po wsi i oznajmiali, że niektóre rodziny zostaną deportowane w głąb Rosji. Moi rodzice również podlegali pod ten paragraf. Ojciec dostał papier, z którego wynikało, że mieszkanie nasze skonfiskowano za jakieś długi, a my z powodu polskości musimy opuścić teren przygraniczny. Nasza obecność, przy samej granicy z Polską, zagraża rzekomo bezpieczeństwu państwa. Musimy natychmiast szykować się do drogi.

Bydlęce wagony już stały na stacji. Płakali ludzie i płakało niebo! Na nic więc była walka z głodem i ogromna chęć życia. Ci, którzy zesłani byli w latach 1929-1932 nigdy nie dali znaku życia. Byliśmy więc przygotowani na najgorsze. Ależ krótki był okres wypoczynku, pieredyszki.

Nie szykowaliśmy się, nie było właściwie co szykować. Parę pakunków z pościelą i ubraniem - to było wszystko. Nie było nawet wystarczającej ilości chleba. Ale czy miało to jakieś znaczenie? Przyjaciele, ludzie, którzy mieli na razie szczęście i zostawali na miejscu przynieśli trochę żywności.

Niektórzy doradzali ucieczkę, zwłaszcza, że milicja była nieobecna lub gdzieś ukryta.
- Dwoje młodych i silnych ludzi da sobie radę - mówili.
A co się stanie ze mną i z babcią - myślałam zrozpaczona.

Mimo woli wsłuchiwałam się w te rozmowy i było mi smutno, przykro i beznadziejnie. Jestem niepotrzebna, jestem ciężarem, zawalidrogą. Byłam jedynym dzieckiem, a mimo to czułam się wtedy zbędna i niepotrzebna. Rodzice nie uciekli. Jakże byli bezradni i bezsilni.

- Jeżeli mamy ginąć to wszyscy razem - zdecydował ojciec.
Wkrótce nadjechał wóz i stanął przed naszym domem. Czas wyruszać w drogę.

Ogarnął mnie paniczny strach. Słyszałam jak dzwonią mi zęby. Byłam pewna, że jedziemy na stracenie. Trzej bracia ojca żegnali się z nami „na zawsze”. To pożegnanie sprawdziło się - bracia już nigdy więcej się nie spotkali. W 1936 roku i oni zostali wywiezieni aż na Kazachstan i tam zginęli z głodu i zimna. Od 1930 do 1936 roku zginęło w naszej rodzinie siedem osób razem z dziadkami (rodzicami ojca). Ginęły również niemowlęta, ale już nie pamiętam ile było śmierci tych najmniejszych i najbardziej bezbronnych.

Na ulicy Kamienieckiej, prowadzącej do dworca, nasz wóz dołączył do całej kolumny pojazdów. Jechało nas wielu, a ludzie z miasta i ze wsi odprowadzali zesłańców. Milicja (o dziwo!) nie rozpędzała odprowadzających. Kolumna furmanek z zesłańcami posuwała się po woli mokrym brukiem i była wybitnie polska.

Ogromny tłum ze śpiewem „Święty Boże, święty mocny..” szedł wytrwale aż do stacji kolejowej. Ostatni raz objawiliśmy towarzyszom, że jesteśmy Polakami. Jeszcze raz staraliśmy się potwierdzić naszą polskość, nie pomni na nic. Było nam wszystko jedno.

Wagony bydlęce już stały, a lokomotywa dyszała potężnie. Bardzo szybko wrzucono ludzi do wagonów, pociąg ruszył i oddalał się. Opuszczaliśmy rodzinne strony, a śpiew stopniowo cichł. Co nas jeszcze czeka? Dokąd nas zawiozą?

W wagonach było bardzo ciasno i duszno. Małe otwory imitujące okienka były zakratowane drutem kolczastym. Od czasu do czasu ktoś stawał na bagażach i patrzył na zasnuty mgłą, oddalający się świat. Na napotkanych stacjach dołączano nowe wagony z Polakami. Bardzo wolno posuwaliśmy się na wschód.

Pociąg zatrzymywał się na bocznych torach i stał nieraz nawet po kilka dni. Zdawało się, że podróż nigdy się nie skończy, że tu zginiemy. Gdyby tak się stało, to nikt nie odpowiadałby za to. Grunt, że byłoby nas trochę mniej.

Wagony cuchnęły niczym kloaka. Z nastaniem mrozów cierpieliśmy również z powodu zimna. Całe ubranie przesiąknięte było smrodem, okropnym trupim odorem. Latem 1933 roku nawąchałam się tego dostatecznie dużo. Ciekawa byłam co przewożono tymi wagonami? Zwłoki ludzkie, czy padłe zwierzęta?

Tylko na niektórych stacjach pozwalano nabrać kipiatku (wrzątku). Dopiero teraz zrozumieliśmy, jakie dobrodziejstwo wyświadczyli nam sąsiedzi i przyjaciele, którzy ofiarowali trochę żywności. Po raz drugi „zdychalibyśmy” z głodu, ponieważ na stacjach nie wolno było wysiadać. To był pociąg wiozący zbrodniarzy.

Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy nad otworem w podłodze, w czasie jazdy pociągu. Mijane stacyjki były tak małe, ubogie i zaniedbane, że z pewnością nie było tam żadnych sklepów z żywnością. Im bardziej posuwaliśmy się na wschód, tym bardziej dokuczał chłód, a w wagonie nie było przecież żadnego urządzenia ogrzewającego.

Śniegi pokryły pola, a szron zdobił drzewa, krzewy i chwasty. Osiedla ludzkie wyglądały coraz nędzniej. Chyba nawet przed rewolucją ich mieszkańcom nie powodziło się najlepiej.

Ojciec wyciął w deskach wagonu otwór, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. Ten otwór służył również jako małe okienko do obserwacji świata, który nieubłaganie zostawał za nami. Wioski i stacje spotykaliśmy coraz rzadziej i teren stawał się coraz mniej zadrzewiony. Osady te wyglądały jak obornik wywieziony w pole i rozrzucony na małe kupki. Dym wydobywał się z tych małych, pokrytych śniegiem kopczyków.

Co to były za osiedla? Kto mieszkał i żył tak nędznie w szarym polu? A może to byli zesłani wygnańcy? Tu jednak nas nie wyładowano. Jechaliśmy dalej i czekaliśmy na jakiś koniec.


Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale