15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
795 odsłon

8.4 - Pociągiem do Połtawy

Wykop Skomentuj8
Dalsza podróż nie była już taka szczęśliwa. Ślady zacierał padający śnieg, a gwiazdy i księżyc zasłoniły chmury. Zaczęłyśmy błądzić. Powracałyśmy w to samo miejsce po kilka razy. W końcu dotarłyśmy do jakiegoś lasu.

Czy to ze strachu, czy ze zmęczenia, działo się z nami coś niedobrego. Częściowo z głodu i pragnienia zapadałam w dziwne odrętwienie. Teraz nawet nie mogę sobie przypomnieć co to był za las. Czy on w ogóle istniał? Karłowate, nierówno porosłe drzewa z powyginanymi konarami, przypominały książkową ilustrację bajek. Widziałam nawet duchy. Jakieś dwie śnieżnobiałe sarny, a może kozy figlowały między drzewami. Doprawdy do dziś nie umiem wytłumaczyć tego zjawiska. Nie wiem czy była to halucynacja czy rzeczywistość. Byłam już tak zmęczona, głodna i wyczerpana, że mogły to być widziadła. Moje nogi, a szczególnie stopy, bolały i „paliły ogniem”.

Nareszcie jednak niebo wypogodziło się. Może przestaniemy błądzić. Nie wiedziałyśmy, nie przeczuwałyśmy, że stacja kolejowa była bardzo blisko. Nagle posłyszałam gwizd lokomotywy i swojski zapach dymu. Następnie zza mgły wyłoniły się zabudowania stacji. Było nią Urazowo, do którego tak długo błądząc, szłyśmy. Wymęczone dotarłyśmy do celu.

Była tu woda, kipiatok. Wysuszona staruszka w brudnej i podartej kufajce sprzedawała ten życiodajny płyn. Po raz pierwszy w życiu czułam słodki smak wody. Nigdy dotąd tego tak nie doceniałam. Dla mnie woda była zawsze bez smaku.

Tutaj już nie było patroli. Pilnie strzeżona strefa z zesłańcami została za nami. Teraz trzeba było zdobyć bilety do Charkowa. Mama ostrożnie zlustrowała całą poczekalnię, a ja podeszłam do kasy i bez żadnych przeszkód kupiłam dwa bilety. Z biletami w ręku, szczęśliwa i dumna podeszłam do mamy.

Nagle w ciągu paru minut z zaszczutego zwierzęcia stałam się człowiekiem. Uśmiechnięte oczy mamy mówiły same za siebie. Jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami tego kraju, normalnymi pasażerami i wolno nam chyba usiąść w poczekalni. Ostrożność jednak nie zawadzi. Usiadłyśmy na posadzce, bo tak wszyscy siedzieli, albo - leżeli. Byłyśmy blisko drzwi - w razie niebezpieczeństwa łatwiej będzie uciekać.

Na szczęście kontroli akurat w tym momencie nie było. Nie wiadomo dlaczego nie wolno było spać. Chodził między ludźmi brodaty kolejarz i haczykowatym kijem budził śpiochów. Jeżeli ktoś uparcie i na nowo zasypiał, to ów kolejarz wyrzucał go z poczekalni. Bałam się i brodacza i jego kija, więc w krytycznych chwilach sama wychodziłam na powietrze. To była ciężka walka z głodem, zimnem, strachem i przede wszystkim - zmęczeniem.

Nareszcie nadszedł nasz pociąg. Wagony nie były zbyt przepełnione. Przed odpoczynkiem musiałam opatrzyć nogi, które były w okropnym stanie; pęcherze na stopach popękały, a z ran sączyła się krew. Zmęczenie jednak wzięło górę i mimo pulsującego bólu usnęłam. Nie wiem, jak długo spałam. Na następnych stacjach wsiadali nowi pasażerowie, zaczął tworzyć się ścisk. Musiałam włożyć buty na obolałe nogi i cicho siedziałam drzemiąc.

Miejsce zesłania było już daleko, Charków blisko. Gwizd parowozów, zgrzyt wagonów, zwiastował koniec jednej części podróży. Wysiadłam z pociągu i kulejąc doszłam do poczekalni. Tu było pełno narodu, przy kasach biletowych ogromne kolejki. Nie było miejsca do siedzenia a obrzęknięte nogi pulsowały bólem. Każdy krok był katorgą, w butach czułam mokro od krwi.

Cierpiałam stojąc w kolejce po bilety, podczas gdy mama, również kuśtykając, chodziła po poczekalni i obserwowała czy przy kasach nie żądają dowodów osobistych. Tak, niestety! Wyrywkowo sprawdzali dokumenty. Wpadłam w panikę - co robić? Czyżby cały nasz wysiłek miał pójść na marne? Może trzeba wracać a może nawet stanie się najgorsze.

Zrozumiałam w mig, co nas czeka i wówczas nogi odmówiły mi posłuszeństwa, świat zawirował, pociemniało w oczach... Kiedy odzyskałam przytomność, zobaczyłam obce twarze pochylające się nade mną. Leżałam na ławce bez płaszcza a głowa ociekała wodą. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, zapomniałam o podróży, głodzie i ścisku w sercu. Przez chwilę byłam nieobecna na tym nieludzkim świecie i było mi z tym dobrze.

Okazało się, że moje omdlenie nas uratowało; bez kolejki i sprawdzania dowodów dostałam dwa bilety do Połtawy. Myślę, że był to czyjś odruch współczucia - nasz wygląd wszak był opłakany. Ale najważniejsze, że znowu byłyśmy uratowane, kolejny raz uśmiechnęło się do nas szczęście. Wolę nie myśleć, co stałoby się, gdyby nas pojmano.

Obie chore, zmęczone do granic wytrzymałości, zmieszałyśmy się z masą ludzką, która po brzegi wypełniała wielką poczekalnię dworcową. Na gazetach, łachmanach lub wprost na betonie siedzieli i leżeli podróżni. Duszący zapach dymu z machorki, fetor brudu i potu był nie do zniesienia, ale na dworze było bardzo zimno. Po krótkiej odwilży znowu przycisnął mróz.

Oczekiwanie na pociąg do Połtawy trwało bardzo długo, a może tylko mi się tak zdawało, czułam się bowiem coraz gorzej. A jak czuła się mama? Przestałam reagować na cokolwiek.

Kiedy pociąg nadszedł i wsiadłyśmy do wagonu, odetchnęłam z ulgą. Już nie pamiętam, czy był to dzień, czy może noc. Dostrzegałam ludzi w naszym wagonie, ale byli oni gdzieś daleko, okryci falującą mgłą. Wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Był to koniec podróży, ale mi się zdawało, że nigdy nie osiągniemy żadnego celu. Na stacji wykrzesałam z siebie nędzne resztki sił i szłam za mamą, a nogi z trudem szurały po ziemi. Ojca na stacji nie było; przecież nie został przez nas powiadomiony. Widocznie jeszcze nie dość wycierpiałyśmy - trzeba było nadal błądzić.

Powłócząc nogami dotarłyśmy do parku i tu się zaczęły nasze poszukiwania. Chodziłyśmy wokół niego a obelisk ze zrywającym się do lotu ptakiem ukazywał się nam z różnych stron. Nie miałyśmy odwagi pytać ludzi. W końcu przyszło opamiętanie, skręciłyśmy we właściwą ulicę.

Na dalekim przedmieściu była nasza przystań i koniec męki. Kiedy drzwi mieszkania się otworzyły i zobaczyłam w nich babcię, nerwy rozluźniły się, przestały być posłuszne. Upadłam i straciłam poczucie rzeczywistości.

Gdy obecnie, po przeszło sześćdziesięciu latach wspominam te chwile, to nie mogę pozbyć się wrażenia, że same byśmy tego nie dokonały. Ktoś musiał czuwać nad nami. Takie ucieczki bowiem bardzo niewielu się udawały, większość ginęła. Szczególne niebezpieczeństwo groziło młodym, starszych prawie nie kontrolowano. Nasze błądzenie po wymarłych, bezludnych wsiach, zmęczenie i choroba nie złamały odwagi, uporu i chęci wyrwania się z żelaznych kleszczy niewoli. Oszukałyśmy znienawidzone naczalstwo - jeszcze teraz odczuwam satysfakcję i radość. Ktoś przecież musiał ocaleć. Nawet w najniebezpieczniejszych sytuacjach pojedynczym osobom udaje się wyrwać z zaklętego kręgu. I jestem ogromnie wdzięczna losowi, przeznaczeniu i nie wiem komu jeszcze, że to szczęście stało się właśnie naszym udziałem.

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale