15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
1071 odsłon

9.3 - Umrzeć aby żyć

Wykop Skomentuj13
Ojciec chciał pójść na milicję, bo innego wyjścia nie dostrzegał. Jedynie śmierć mogła być wyzwoleniem i ratunkiem. Trzeba było umrzeć żeby żyć!

Ciemna komórka z nikłą świeczuszką wygląda jak mogiła - tata leży na marach, blady, wychudzony, naprawdę podobny do nieboszczyka, a sąsiedzi pomagają mamie i babci opłakiwać jego śmierć. Znalazła się nawet trumna z nieheblowanych desek.

Pod nieobecność "gości" żałobnych mama nasypuje do trumny jakiegoś balastu i zabija ją gwoździami. W ten sposób ojciec jest chwilowo uratowany. Schował się pod pryczą i czeka. Dwukołowym ręcznym wózkiem zawieziono trumnę na cmentarz...

Mama rozpaczała ogromnie, przecież znowu wytworzyła się sytuacja bez wyjścia. Co robić dalej? Jak żyć będąc umarłym? Jedynie ucieczka wchodzi w rachubę. Wychudzony, wymęczony torturami ojciec, uciekał w świat. Najważniejsze było to, że oddali mu dowód osobisty, w nim zapomnieli wnieść niekorzystne wpisy i adnotację o aresztowaniu. Fakt ten zakrawał niemalże na cud. Bałagan w urzędach, brak ludzi do pracy, ludzi z kwalifikacjami sprzyjał ściganym i napiętnowanym.

Mama zawczasu sprzedała ostatnią drogocenną pamiątkę, chowaną zawsze na czarną godzinę. Ona właśnie nadeszła - złoty łańcuszek z krzyżykiem, pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej trzeba było poświęcić. Nazajutrz po pogrzebie zjawili się przedstawiciele władzy, ale spóźnili się trochę. Od tej chwili przestali również i mnie nachodzić.

Ojciec znowu uciekał ciemną nocą. I znowu udało się wyrwać z zaklętego kręgu. Jechał dalekobieżnym pociągiem na południe. W niekończącej się podróży przemierzył ogromne przestrzenie Kraju Rad. Był na Krymie, na Kaukazie i w Kazachstanie. Najdłużej zabawił w Azji Środkowej. Tam czuł się najbezpieczniej.

Na stacjach wysiadał tylko po to, by trochę zarobić na życie i dalszą wędrówkę. Na bazarach rozkładał swój prowizoryczny warsztat szewski, wprost na poboczu ulicy i reperował obuwie. W ten sposób zarabiał na chleb. Kiedy zauważał coś podejrzanego to natychmiast zwijał swój kramik i uciekał. Nigdy nie korzystał z hoteli, a tym bardziej z prywatnych kwater. Nie było go właściwie nigdzie. Po prostu nie istniał dla nikogo. Najbezpieczniej czuł się w pociągach. Odpoczywał również w lasach lub na cmentarzach między zaroślami. Śpiąc czuwał. Nie cierpiał z powodu chłodów, bo było to już lato 1938 roku. Mył się i prał w rzekach i strumieniach. W żadnym miejscu nie przebywał długo, nie zawierał znajomości. Bez przerwy czytał gazety, a szczególnie „Prawdę”. Czasami w środkach masowego przekazu można było wyłowić wzmianki o nowej polityce rządu. Coś w końcu musiało się zmienić. Ciągłe mordowanie własnego narodu nie mogło trwać zbyt długo, nastąpiłaby zagłada, a tego Stalin chyba nie chciał...

Ja byłam wciąż sama i musiałam dawać sobie radę. Byłam sierotą. W końcu musiałam wrócić do Połtawy, ponieważ tam łatwiej było o pracę. W dzień pracowałam, a wieczorami uczęszczałam do szkoły. Rząd zadbał o to, by sieroty mogły się dokształcać, jeśli któreś tego chciało. Mieszkałam razem z mamą i babcią wciąż w tej samej komórce bez okna.

Pracowałam gdzie popadło: w zakładzie włókienniczym, w kołchozie, oraz w fabryce mebli. Tą absurdalną fabrykę pamiętam do dziś; wyrabiano tam wąskie, jednodrzwiowe szafki ze słabo wyheblowanych desek, lub niskie szafki nocne, zwane "tumboczkami". Komu te śmieszne meble były potrzebne? W pracy byłam dyskryminowana, podobnie jak rodzice, ciążyła przecież na mnie jak garb polska narodowość.

Ciasnota mieszkaniowa spowodowała, że zdecydowałam się na przytułek. Byłam w nim krótko, ale zdążyłam doświadczyć jeszcze jednego "dobrodziejstwa" państwa rządzonego rzekomo przez robotników i chłopów. Krótko mówiąc wpadłam z "deszczu pod rynnę".

Od dwunastego roku życia ciężko pracowałam na swoje utrzymanie, ale do nowych warunków nie sposób się było przyzwyczaić. Żyliśmy jak zwierzęta. Nie można się temu dziwić, bo przecież te dzieci nie miały własnego domu, nie znały matczynej miłości. Ich domem była ulica, a sypialnią - klatki schodowe, kanały, a czasem dworzec kolejowy. Dla nich liczyła się tylko siła i chytrość.

Nie cała młodzież oczywiście, znajdowała się w przytułkach. Chłopcy woleli zostawać na wolności, trudniąc się rozbojem. Dzicy i zezwierzęceni napadali na ludzi, nawet w biały dzień i na najbardziej uczęszczanych ulicach. Tylko nieliczni z nich ułożyli sobie normalne życie.

Egzystencja w przytułku była urozmaicona pod każdym względem. Zawsze panował tu hałas i kłótnie. Najgorsze jednak i zarazem najohydniejsze były szczury i pluskwy. Te ostatnie spadały na nas wprost z sufitu, a w pościeli było ich mnóstwo. Szczury - inteligentne, wścibskie i natrętne łaziły sobie bezkarnie pod łóżkami i po stole. Nie bały się nas i nawet nie próbowały uciekać.

Z odżywianiem również nie było najlepiej. Nie byłam wybredna i jadłam wszystko co dostałam. Z obrzydzeniem jednak wspominam kapuśniak ze zgniłej kapusty zwany "szczy". Okropne również były solone i cuchnące ryby. Ten "przysmak" jadałyśmy na surowo.

Takie odżywianie, okropny stan sanitarny sprzyjały rozwojowi różnych chorób, nawet tyfusu, który zbierał tu obfite żniwo, ale ja jakoś go uniknęłam. Niestety już od świerzbu nie udało mi się uchronić. Ta, zdawałoby się niewinna i nie zagrażająca życiu choroba była dosyć dokuczliwa. Najgorsze były noce. Swędzące krosty między palcami i na brzuchu nie dawały usnąć. Nie umieliśmy sobie z tym poradzić, a wychowawcy lekceważyli problem.

Jedna z dziewczynek - spryciara i złodziejka, ukradła w kuchni butelkę esencji octowej, którą posmarowałyśmy sobie chorą skórę. Efekt był fatalny. Poparzyłyśmy skórę, a świerzb pozostał, potworzyły się niegojące, mokre rany.

Kiedy choroba zaatakowała prawie cały przytułek, drgnęło czyjeś sumienie. Zaczęła się przeciwświerzbowa kuracja. W silnie ogrzanym pomieszczeniu smarowałyśmy się wzajemnie brunatną maścią o przykrym i ostrym zapachu. Po kilku smarowaniach zostałam wyleczona. Ubranie i pościel wydezynfekowane. U niektórych dziewczyn choroba powróciła i od nowa powtarzałyśmy kurację. Stałam się ostrożna, bałam się powrotu choroby. Bardzo często uciekałam z przytułku, pomimo kar, a czasami nawet chłosty. Zwiedziłam każdy kąt, każdą ulicę i poznałam Połtawę bardzo dokładnie.

Na jednej z takich wędrówek poznałam sympatyczną starszą panią, Marię Pawłownę. Miałyśmy o czym rozmawiać, łączyły nas bowiem podobne przeżycia. Mąż pani Marii pochodził z Polski, z Buska Zdroju. Ona natomiast z zamożnej ukraińskiej rodziny. Przed wojną i rewolucją byli bogaci, trudnili się kupiectwem. Młodzi poznali się w kurorcie w Busku i on przyjechał w ślad za ukochaną aż do Połtawy. Żyli chyba szczęśliwie. Mieli troje dzieci: dwie córki i syna.

W 1937 roku mąż z synem i jednym zięciem zostali zaaresztowani i straceni. Pani Maria została z córką Heleną, nauczycielką głuchoniemych. Obie bardzo cierpiały po stracie aż trzech mężczyzn. Najstarsza córka - Zofia była zamężna z prokuratorem, zagorzałym ideowcem i komunistą, i mieszkała osobno. Pani Maria mówiła, że to ten zięć był złym duchem i nie mało przyczynił się do śmierci jej najbliższych. Nienawidziła go ogromnie, a jednocześnie bardzo się bała.

Ja również bałam się tego człowieka, bardzo dziwnego, nieczułego, który miał jakieś "klapki na oczach". Nie widział, albo nie chciał widzieć ile złego dzieje się wokół. Czy on rozumiał to, że był ślepym wykonawcą i katem w bestialskim procesie mordowania narodu na wielką skalę?!

Wykop Skomentuj13
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale