15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
901 odsłon

10.1 - Znowu chce się żyć!

Wykop Skomentuj20
Z początkiem jesieni przestałam odwiedzać swoich nowych przyjaciół, ponieważ bardzo podupadłam na zdrowiu. Stałam się ociężała, leniwa i obojętna na wszystko. Nawet szczury i pluskwy już tak bardzo mnie nie denerwowały. Bardzo kaszlałam, nocami pociłam się i opadałam z sił. Przestałam chodzić do pracy i do szkoły. Leżałam w łóżku, na pogiętych sprężynach, które uwierały niemiłosiernie i nie chciało mi się nawet myśleć.

Chyba nie było ze mną najlepiej. Przyjaciele jednak nie zapomnieli o mnie. Zabrali mnie do swojego domu. Kierownictwo Dietdomu pozbyło się mnie bardzo chętnie. Zarzucono mi lenistwo i nieposłuszeństwo. Chora i leniwa byłam im ciężarem. Teraz już nie pamiętam, czy poszłam o własnych siłach, czy zaniesiono mnie.

Znalazłam się w czystym i ciepłym pomieszczeniu, a panie Maria i Helena opiekowały się mną troskliwie. Już nie czułam się opuszczona i nikomu niepotrzebna. Mimo, że byłam chora to jednak pragnęłam chorować jak najdłużej i być choć odrobinę kochaną, odczuwać czyjeś zatroskanie. Bałam się powrotu do przytułku; wolałam umrzeć niż tam się znowu znaleźć.

Tymczasem choroba nie ustępowała. Miałam nadzieję, że gdy skończę 18 lat, a choroba zostanie wyleczona, to zacznę nowy etap życia, już jako osoba dorosła. Marzyła mi się ucieczka w świat, tak jak to uczynił ojciec. Zazdrościłam mu wolności. Ciągle o nim myślałam. Czy on żyje jeszcze i gdzie teraz przebywa?

W czasie trwania choroby marzyłam. Zawsze czegoś pragnęłam, ale to wszystko było nieosiągalne. Z nastaniem wiosny i ciepła choroba zaczęła ustępować. Po wielu latach, gdy mieszkałam już w Polsce, prześwietlenie rentgenowskie wykazało małe zwapnienie na lewym płucu... Chorowałam wtedy na gruźlicę.

Dopiero na wiosnę wstałam i poszłam do szkoły. Chodziłam już do dziesiątej klasy. Niewiele umiałam, ale nigdy nie powtarzałam klas. Jeszcze tylko jeden rok i będę dorosła, mogąc w pełni decydować o sobie. Po chorobie już nie wróciłam do przytułku, zostałam u pań Marii i Heleny.

Nadeszło ciepłe lato. Było bardzo przyjemnie. W dni wolne od pracy chodziłyśmy z panią Heleną do kina, do teatru. Moja przyjaciółka ze swoich starych ubrań i sukien szyła dla mnie jako taki przyodziewek. W łachmanach, które posiadałam wstyd było gdziekolwiek się pokazać. Ubrana mniej więcej przyzwoicie byłam nieodłączną towarzyszką pani Heleny. Znowu chciało się żyć! Ja nawet wynajęłam się do pracy w ogrodnictwie, przy pielęgnacji, a później zbiorze warzyw. Miałyśmy teraz świeże pomidory, kawony i inne warzywa. Napełniałyśmy nimi piwnice. Szykowałyśmy się do zimy.

Późną jesienią wracając ze szkoły po raz drugi w życiu spotkałam „ducha”. Wrócił tatuś. Najmilszy, najwspanialszy, bardzo kochany i drogi. Wiedział, gdzie mnie szukać i czekał cierpliwie, aż wyjdę ze szkoły. Trudno opisać, jaką radość przeżyłam wówczas. Ucałowałam szorstką, męską twarz, przedwcześnie zbielałą głowę.

Ojciec był bardzo męski i przystojny. Mimo, że żył jak włóczęga bez domu, bez rodziny, w ciągłej podróży - przytył. Twarz mu się wygładziła, wyładniała. Bardzo mi się podobał. Jak zawsze pełen optymizmu był wesoły i pogodny. Zdawało mi się, że wcale nie nadrabiał miną.

Spytałam się, czy bardzo się boi.
- Nastąpiła minimalna odwilż, coś w rodzaju pieredyszki - odpowiedział. - Już nie będę uciekał!

Trzeba się było więc przystosować do nowych warunków. W miejscu zamieszkania mamy, ojciec nie mógł się pokazać. Tam przecież umarł i został pochowany. Musiał jednak gdzieś pracować, aby żyć. Podjął bardzo odważną decyzję.

- Pójdę do arteli szewskiej! Tam nie wiedzą nic o mojej śmierci - powiedział.

I rzeczywiście nikt tam nic nie wiedział. Pamiętali tylko nagły wyjazd do Mirhorodu i nic więcej. Dawni współpracownicy powitali go z radością, bo brakowało ludzi do pracy. Dużo starych znajomych zaaresztowano i pewne było, że już nie wrócą.

Ojciec od razu zaczął pracować, a że nie miał mieszkania zostawał na noc w stróżówce. W taki bardzo szczęśliwy i prosty sposób znalazło się względnie bezpieczne miejsce. Kierownik zapomniał zameldować ojca w miejscu pracy, więc nadal nie istniał on w żadnych aktach i dokumentach państwowych jako żywy.

Represje i mordy przygasły. Wszystkie ciosy spadały na naród falami, jak pulsujący ból, który raz się nasila, a następnie - łagodnieje. Nie znaczy to jednak, że strach minął. Ojciec bał się władzy, bał się zwykłych ludzi, bał się aby go ktoś ze wsi nie rozpoznał. Celowo ulokował się w warsztacie w samym kącie - był właściwie niewidoczny. Do miasta wychodził tylko wtedy, gdy było to nieodzowne. Jedzenie i picie przynosiła mama. Razem z babcią nadal mieszkała na wsi w ciemnej komórce, ale to nic! Przecież jeszcze żyły i to się tylko liczyło!

W jakiś, właściwy chyba tylko dla nas sposób byliśmy ludźmi szczęśliwymi. Od roku 1932, czyli początku represji, jedynie dziadek nam zginął...

Wykop Skomentuj20
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale