15 obserwujących
49 notek
188k odsłon
942 odsłony

11.4 - Na rodzinnej ziemi

Wykop Skomentuj10
Już po kilku dniach czułam się wypoczęta i szczęśliwa. To nic, że wojna trwała. Starałam się o niej nie myśleć. Materialnie nie było nam źle, może nawet lepiej niż przed wojną. Ojciec zarabiał nieźle, bo Niemcy doceniali jego szewski fach, mama zaś pracowała w szpitalu w którym znajdowali się ranni Niemcy i również coś wnosiła do domowego budżetu.

Nawiązaliśmy nawet łączność z resztkami Polaków z rodzinnej wioski. Hania Dyjak, daleka krewna ze strony mamy pisała, że mieszkanie nasze stoi puste i niszczeje. Te kilka słów wystarczyło, by obudzić w rodzicach nadzieje na odzyskanie własności i powrotu do rodzinnych stron. Jedynym tematem w czasie wieczornych rozmów była rodzinna wieś, dom rodzinny, cmentarze, wspomnienia i wspomnienia!

Rozmowy rodziców denerwowały mnie trochę, ponieważ się już przyzwyczaiłam do tutejszej sympatycznej ludności. Połtawa to przecież takie ładne miasto. Miałam kochaną Marię Pawłownę, jej córkę Helenę, która darzyła mnie matczyną miłością, miałam swoje przyjaciółki. Był też Instytut Pedagogiczny, który koniecznie pragnęłam ukończyć i zdobyć upragniony tytuł nauczycielki. Może po wojnie będę jeszcze studiowała? Przecież ta zawierucha nie będzie trwała wiecznie i Niemcy wrócą do siebie.

Znowu snułam marzenia, ale bałam się obiecywać sobie zbyt wiele. Na nic zdały się moje protesty i udowadnianie słusznych racji. Ojca i mamę ciągnęła ziemia rodzinna, własny kąt, cmentarze i Bóg jeden wiedział co jeszcze!? Jak postanowili, tak zrobili. Ojciec sprzedał nie tak dawną kupioną chałupinę i jeszcze inne rzeczy, i za te pieniądze udało się kupić u Cyganów starą szkapinę i lichutki wóz.

Byłam ogromnie rozczarowana i zawiedziona. Potrzebne i z trudem zdobyte rzeczy, a nawet chałupę zamieniono na politowania godny zaprzęg. Może ojciec chciał uciec z tamtych stron, bo musiał się ciągle ukrywać? Jako nieboszczyk nie mógł egzystować normalnie, nie mógł się nawet zameldować. W domu nie mówiło się o tym. To był temat jakby wstydliwy, jakby dotyczył tylko i wyłącznie ojca.

Ruszając w drogę pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i sąsiadami. Lato 1942 roku było ciepłe i pogodne, a podróż nie byłaby bardzo zła, gdyby nie „wpadka”. Niemcy bowiem, dołączyli nas do taboru cygańskiego i pędzili gdzieś do obozu, a później do pieca... Znowu śmierć wystawiła swoje kły.

Szybka jazda i wyboje na drogach nadwerężyły nasz środek transportu do tego stopnia, że pękło koło i wóz zatrzymał się na środku drogi. Niemcy szaleli ze złości, a ojciec dostał kilka razy harapem po plecach. Ja prosiłam, błagałam by nas zostawiono. Już wtedy mogłam się z nimi dobrze porozumieć, bo nauczyłam się trochę mówić będąc w obozie. I co ciekawe, że z okupantem chociaż z trudem, ale można się było dogadać, czego nie udałoby się nigdy ze swoimi. Ciągle to podkreślam i do znudzenia powtarzam.

Pozbyliśmy się resztek pieniędzy przeznaczonych na żywność, ale nasz wóz zepchnięto na pobocze, a tabor pojechał dalej. Znowu cud? Ludzie z pobliskiego kołchozu pomogli i za parę godzin koło zostało wymienione i ruszyliśmy dalej. Trzeba było zachować jak największą ostrożność. Jechaliśmy teraz bocznymi drogami, a na mostach tylko ojciec znajdował się na wozie, my natomiast podążaliśmy za nim w pojedynkę i w rozproszeniu. To nie rzucało się tak bardzo w oczy.

Gorzej było z jedzeniem. Głód doskwierał, a kupić nie mieliśmy za co. Pieniądze oddaliśmy przecież Niemcom. Żebraliśmy więc jak ostatni nędzarze, ale byliśmy coraz bliżej celu. Podróż przedłużyła się trochę, ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Po tylu latach poniewierki, aż trudno było uwierzyć, że znowu jesteśmy w rodzinnej wsi, na rodzinnej ziemi i we własnych kątach.

Remont mieszkania był nieodzowny i znowu dobrzy ludzie pomagali. Gdy nareszcie weszliśmy do czystego lokum radości nie było końca, tak w nim było jasno i tyle przestrzeni. Ile razy od roku 1932 zaczynaliśmy od początku? Liczyłam i nie mogłam się doliczyć. Najbliższej rodziny już nie było. W ciągu tych lat krewni wyginęli lub zostali gdzieś wywiezieni. Zostały tylko polskie sieroty, jakimś cudem ocalone. Niektórzy już urośli, wydorośleli i walczyli za Ojczyznę lub byli tanią siłą roboczą, jak ich ojcowie, ale teraz służyli Niemcom. Moja cała rodzina również pracowała, by żyć i by uniknąć wywózek na przymusowe roboty do Niemiec lub do obozu. Jedni wywozili, a teraz drudzy czynią to samo. Jakie to było wtedy „modne”.

Ciężarowymi samochodami przyjeżdżali na wieś Niemcy, którzy wyszukiwali dorodniejszą młodzież, a sołtys niestety rad, nierad musiał im pomagać. Odbywał się werbunek ludzi, przede wszystkim na przymusowe roboty do Rzeszy. Uciekinierów szybko wyłapywano, bo w naszych stronach nie za bardzo było się gdzie schronić. Lasy iglaste na czarnej ziemi nie rosły, a liściaste zostały doszczętnie wytrzebione.

W czasie werbunku, tak samo jak w czasie łapanki Szwaby bardzo dobrze się zabezpieczali. Wszędzie, na każdym rogu stał uzbrojony wartownik, który mógł w każdej chwili uciekiniera zabić. Oprócz Niemców służbę wartowniczą pełnili Węgrzy. Byli bardzo gorliwi i bardzo trudno było ich oszukać. Niemcy natomiast byli łasi na złoto. Czasami udawało się wykupić pojedyncze osoby.

Po takich łapankach i werbunkach ludność ogołocona była doszczętnie. Okupanci zabierali tylu ludzi ilu zdołał pomieścić samochód, który natychmiast odjeżdżał na zachód - w odwrotnym kierunku niż wywozili swoi. I ślad za nimi ginął.

Po wojnie parę osób wróciło tylko po to by natychmiast trafić do więzienia lub obozu sowieckiego. Tacy ludzie nie mogli żyć, przecież oni widzieli inny świat. Pomimo działań wojennych na pewno zauważyli różnice poziomu życia w Rosji i w Niemczech. Przecież przed wojną wmawiano nam, że za granicami ZSRR panuje zacofanie, nędza i głód. I właśnie za to, że poznali prawdę musieli zginąć.

Bałam się łapanek, a gorzki smak życia w obozie poznałam w Połtawie. Jedynym ratunkiem przed wywózką była praca, którą udało mi się dostać na dworcu kolejowym, jako tragarz (nosilszczyk). Dźwigałam ciężkie walizy z łupami. Niemcy bowiem wracali do domu na urlopy i wieźli nagrabione rzeczy łącznie z obrazami i ikonami.

Niemiecki szef zastrzegł sobie, bym schludnie, a nawet względnie ładnie wyglądała, bo inaczej zostanę zwolniona i utracę tak lukratywną posadę. Ładniejsze ubrania niestety zniszczyły mi się w obozie, albo zamieniłam je na kawałek chleba! Mając więc jedną tylko sukienkę szanowałam ją bardzo. Jeśli zabrudziłam, to prałam wieczorem po pracy, rano prasowałam i już biegłam do pracy czysta i schludna jak żądał szef. To prawdopodobnie budziło zaufanie.

Zarabiałam niewiele, to ojciec utrzymywał rodzinę, a i ludziom pomagał. Nigdy nie odmówił nikomu pomocy, ale i sąsiedzi, pomimo, że nie Polacy potrafili być wdzięczni.

Dostaliśmy od sąsiada cielaka - byczka, bardzo chudego. Na skórze miał mnóstwo dziwnych narośli. Wydawało się, że to zwierzę niedługo pożyje, ale spróbować nie zawadziło. Dobra opieka, pachnące siano w żłobie, a nawet trochę czegoś treściwego odmieniło go. Stopniowo gubił guzy, przytył, urósł i stał się naszą maskotką.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale