Blog
Wspomnienia zza Buga ~ 1921-1945
Zofia Pawłowska
14 obserwujących 48 notek 175859 odsłon
Zofia Pawłowska, 21 września 2007 r.

12.4 - Pociąg z polskim wojskiem

Los pomimo wszystko uśmiechnął się do nas. W tym samym czasie, w tym samym dniu przejeżdżał przez stację Greczany pociąg z polskim wojskiem. Była to w większości polska młodzież wracająca z zesłania. Naszego szczęścia nie da się opisać! Mogli nas zabrać ze sobą! Nawet powołania do wojska, które nas kosztowały tyle nerwów stały się niepotrzebne.

Wróciłyśmy domu pożegnać się z rodziną. W czasie pakowania przypadkowo spojrzałam przez okno i ścierpłam ze strachu. Ulicą zbliżało się do naszego domu dwóch uzbrojonych wojskowych albo milicjantów. A więc stało się! Idą po nas. Na ucieczkę było już za późno, słychać było ich ciężkie buciory przed domem. Co robić? – myślałam zrozpaczona. Trzeba jednak próbować!

Instynktownie schowałyśmy się na strychu. W pokoju zostały otwarte plecaki i torby podróżne. Może ich nie zauważą? Ze strychu nasłuchiwałam co się dzieje na dole. Milicjanci szukali nas wszędzie, przewracali meble, trzaskali drzwiami. Słyszałam płacz mamy. Wyszli na chwilę na podwórze i już cieszyłam się, że się udało. Ale oni niestety powrócili i weszli na strych. Wszystko skończone! Nie udało się! – pomyślałam.

Strach brał górę nad rozsądkiem. Już chciałam wyjść z ukrycia i poddać się, ale moja przyjaciółka pociągnęła mnie za rękaw tak silnie, że osunęłam się na podłogę i leżąc czekałam. Na strychu było ciemnawo i prawie pusto. Walało się parę starych mebli i niepotrzebnych gratów, a w samym szczycie stało kilka snopów równo poukładanej i związanej słomy, pociemniałej ze starości. Za dawnych lat kiedy zboże żęto jeszcze sierpami lub koszono kosami, a młócenie odbywało się za pomocą cepów powstawały takie równe wielkie snopy. Nazywaliśmy je okłotami. Zdaje mi się, że tę nazwę zapożyczyliśmy z języka ukraińskiego – okołot. Żyliśmy tutaj, a ojczyzną naszą było Podole na Ukrainie.

To z takiej słomy dziadek (ojciec mamy) wyczarowywał różne piękne i potrzebne rzeczy i sprzęty: kapelusze na upalne lato, lekkie ozdobne koszyczki na pieczywo, maty, a nawet wysokie pojemniki na zboże. W takich właśnie słomiennikach wzmocnionych wiklinowymi witkami rodzice przechowywali fasolę, ziarno kukurydzy lub dyni.

W tych pociemniałych i osnutych pajęczyną okłotach była nasza kryjówka. Milicjanci przeklinając, penetrowali strych. Leżałam bez czucia i słyszałam głośne bicie własnego serca. Po rozwalaniu staroci przyszedł czas na kłucie snopów bagnetami. Osiadły wieloletni kurz unosił się w powietrzu potęgując półmrok. Dusiłyśmy się. Tak bardzo się bałam. Co się stanie jak bagnet zanurzy się w moim ciele? Czy wytrzymam tę próbę? Czy zabiją nas od razy, czy tylko poranią? Chciałam stać się prochem, kurzem czymś niewidocznym. Bo właściwie co myśmy sobą reprezentowały? Dwie młode niedoświadczone dziewczyny, a państwo i władza zadaje sobie tyle trudu by nas ujarzmić. Nie mogło mi się to pomieścić w głowie!

Dławiący i duszący kurz okazał się zbawienny. Oprawcy zaczęli potężnie kichać i kaszleć i przeklinając opuścili strych. Do dziś nie pojmuję dlaczego nas nie znaleźli? Wydaje mi się, że nie mogło to być takie trudne. Być może nie chcieli nas znaleźć, być może człowieczeństwo wzięło górę nad zezwierzęceniem. Milicjanci rozkaz wykonali i nie ponosili odpowiedzialności dalej. Tak myślę dziś, ale jaka była prawda już nigdy się nie dowiem.

Gdybym sama tego nie przeżyła nie uwierzyłabym, tak cudowne i zdawałoby się proste było to ocalenie. Skoro tylko milicjanci opuścili nasz dom, szybko ruszyłyśmy w drogę. Uciekałyśmy między ogrodami, między grządkami, między rzędami wysokiej kukurydzy i konopi. Nie było nas prawie widać. Byle dalej, byle do stacji. Ale tutaj... zobaczyłyśmy jedynie tylną część pociągu coraz szybciej oddalającą się ze stacji. Zabrakło kilku minut.

W pierwszej chwili nie wiedziałam co począć, gdzie teraz szukać ratunku. Tliła się we mnie tylko świadomość, że nie można się załamywać to może oznaczać najgorsze. Szybko postanawiamy dogonić pociąg samochodem. Stoimy na drodze i próbujemy zatrzymać jakikolwiek samochód jadący w kierunku Polski. Kilka aut minęło nas, lecz po chwili stanęła łaskawie obok rozklekotana ciężarówka z workami. Wgramoliłyśmy się szybko na pakę szczęśliwe, że gonimy pociąg.

Na jakiejś stacji przed granicą skład zatrzymał się. My również wysiadłyśmy płacąc uczynnemu kierowcy. Patrząc na siebie śmiałyśmy się i płakały równocześnie. Łzy szczęścia mieszały się z cementem z ciężarówki, którą jechałyśmy. Całe byłyśmy umorusane tym białym pyłem. Opylone, zapłakane i szczęśliwe znalazłyśmy się wśród polskich żołnierzy. Śmiechu i żartów było co nie miara, ale nas to nie obchodziło, zapomniałam o wstydzie i skrępowaniu.

Po umyciu przedstawiono nas żołnierzowi, który się nami zajął. Trafiłyśmy do dziewczęcego wagonu. Jego pasażerki wracały do Polski i cieszyły się, że za chwilę pociąg przekroczy granicę i wszyscy znajdziemy się w Ojczyźnie. Nareszcie w ukochanej Polsce!

Byłam znowu w bydlęcym wagonie, który przypomniał mi tragiczne wydarzenia z dzieciństwa, ale teraz to było coś zupełnie innego. Dziewczęta przyjęły nas do swego grona bardzo serdecznie, a my opowiadałyśmy o naszych tarapatach i szczęśliwej ucieczce. Ja wciąż miałam chorą rękę – pamiątkę po symulowanym poparzeniu. Rana bolała mnie i paprała się. Szczególnie palce wskazujący i serdeczny dawały mi się we znaki. Nasze nowe towarzyszki powiadomiły lekarza, który zajął się mną. Byłam niemile zaskoczona, bo medyk okazał się nie być Polakiem i na dodatek cuchnął alkoholem.
- Dlaczego nie Polak? – zadawałam sobie pytanie.

Na tej małej stacyjce, której nazwy nie pamiętam pociąg stał bardzo krótko. Niebawem ruszyliśmy dalej na zachód, a ja nareszcie poczułam się bezpieczna. Dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, że nie żegnałam się z rodziną tak jak powinna się żegnać jedyna córka z kochanymi rodzicami. Nie było w tym pospiesznym rozstaniu ani krzty serdeczności. Nikt nie uronił ani jednej łzy. Żałuję, że nie było wtedy ojca, on ciągle się ukrywał.

Nie odczuwałam tęsknoty za domem rodzinnym, którego właściwie nigdy nie miałam, a ojczyzna nie była mi znana. Kraj rodzinny był dla mnie okrutną macochą. Do dwunastego roku życia byłam kochana i czułam się szczęśliwa a zarazem potrzebna. Później wszystko się zmieniło. Zmienili się ludzie. Staliśmy się obojętni i nieczuli na krzywdę innych, a czasem nawet na cierpienia najbliższych. Każdy ratował się na własną rękę i jeśli się udało to chwała mu za to. Ja również byłam podobna.

Obojętna, zimna i ostrożna. Życie mnie tego nauczyło i życie tego ode mnie wymagało. Myślę sobie, że ekstremalne warunki i ciągłe zagrożenia sprawiają, że stajemy się inni, niepodobni do siebie. Nawet śmierć przez swoją masowość, powszechność i ciągłą obecność - obojętnieje, chociaż boimy się jej. Ale to może raczej tylko zwierzęcy instynkt.

Nie wiem czy miałam racje myśląc w ten sposób?

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Autorka Kim jestem? Polką, ur. 1921 r., żyjącą do 1945 r. na terenie ZSRR. Przeżyłam głód, czystki, zesłania, II wojnę i PRL. Teraz chcę o tym opowiedzieć, bo pamięć jest najważniejsza. Elektroniczną wersję pamiętnika prowadzi mój wnuk. Wszystkie zapiski pamiętnika zrobione zostały ręcznie, w szkolnych zeszytach. On je przepisuje.
Redaktor Całość strony redaguje ja, od autorki pochodzi jeno tekst. Wspomnienia będę umieszczał w częściach co dwa dni, czasami może codziennie. Księga pierwsza ma ok. 100 stron A4, więc jest co dzielić. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania do Zofii Pawłowskiej to proszę śmiało pytać, postaram się uzyskać na nie odpowiedź. Kontakt e-mail: zofiapawlowska@tlen.pl
Spis treści: - Wstęp - 1.1 - Piękne Podole i komunizm - 1.2 - Arużje jest? - pierwsze tortury - 2.1 - Rozkułaczanie - 2.2 - Zabili konie - 3.1 - Pani nie przyszła na lekcje - 3.2 - Msza pożegnalna - 3.3 - Rabunek do ostatniego ziarnka - 3.4 - Kot przy zamkniętej komórce - 4.1 - Ojciec ucieka - 4.2 - Rok 1933 - 4.3 - Głód - 4.4 - Śmierć (i życie) w mieście - 5.1 - Pora żniw - 5.2 - Orszak pogrzebowy - 5.3 - Dlaczego ocalałam? - 5.4 - Ojciec wraca - 6.1 - Błogosławieństwo pracy - 6.2 - Portret Pawlika Morozowa - 7.1 - Zepchani do bydlęcych wagonów - 7.2 - Ognisko w cerkwii - 7.3 - Nowy "dom" - 7.4 - Szukając szkoły - 7.5 - Nowa zabawka - 8.1 - Wiosenna odwilż - 8.2 - Kolejna ucieczka - 8.3 - Mijając wymarłe wsie - 8.4 - Pociągiem do Połtawy - 9.1 - Machina terroru - 9.2 - Duch pod oknem - 9.3 - Umrzeć aby życ - 10.1 - Znowu chce się żyć! - 10.2 - Wrzesień 1939 roku - 10.3 - Niewłaściwa narodowość - 11.1 - Bombowce nad miastem - 11.2 - Pakunki z chlebem - 11.3 - W niemieckiej niewoli - 11.4 - Na rodzinnej ziemi - 12.1 - Śmierć z honorem - 12.2 - Wracają "swoi", a z nimi strach - 12.3 - "Dobrowolne" zesłania - 12.4 - Pociąg z polskim wojskiem - 12.5 - W wojsku "polskim" - 13.1 - Końce i początki - 13.2 - Powroty - Epilog ... - Stare zdjęcia ... - Interludium

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • Aj, aj Przepraszam bardzo za tą długą nadprogramową przerwę w publikacji. Złożyło się...
  • Dodając Babcia została wypisana i wróciła już do domu. Udręczona szpitalem, fizycznie...
  • Odpowiedzi @fluxon Ależ oczywiście! Ja też uwielbiam stare zdjęcia. Mają taki czar, w...

Tematy w dziale