283 obserwujących
1318 notek
4132k odsłony
1425 odsłon

Zdruzgotany Real po spotkaniach z Barceloną i kompromitacji z Ajaxem Amsterdam

Wymowna reakcja fanki Realu Madryt na wynik 1:4 z Ajaxem.
Wymowna reakcja fanki Realu Madryt na wynik 1:4 z Ajaxem.
Wykop Skomentuj12

Real Madryt został wczoraj upokorzony przez młody Ajax Amsterdam, w którym prym wiódł 30-letni Dusan Tadić - facet, który nie poradził sobie w przeciętnym zespole w Premier League. Holendrzy z Tadiciem zagrali dokładnie tak, jak oczekiwano od "Królewskich". Ci jednak na 117. urodziny klubu zafundowali swoim fanom trzęsienie ziemi - trzy wygrane z rzędu w Lidze Mistrzów to już historia.

Sezon nie zostanie uratowany, a Real czeka gruntowne przemeblowanie. Pytanie, czy znów wzbije się na sam europejski szczyt, jak to było od 2014 roku, czy czeka go raczej los Milanu i Manchesteru United, które pogrążyły się w kryzysie na dobre i tkwią w nim w najlepsze od blisko dekady.

To tekst sprzed 1/8 finału Ligi Mistrzów, kiedy mało kto spodziewał się sensacji na Bernabeu. Nigdy nie chciałem go napisać, ale moje wnioski we wtorkowy wieczór wybrzmiały szczególnie.



Intensywność, poświęcenie i wola walki były, ale tylko na tyle ten Real Madryt było stać – stwierdził Jorge Valdano, były legendarny piłkarz „Królewskich” i ceniony ekspert piłkarski po dwóch prestiżowych porażkach z Barceloną. Obecna kadra Realu przegrała sezon bardziej w głowach niż na boisku.

Nikt nie byłby zdziwiony, gdyby na tablicy wyników w półfinale Pucharu Króla widniało 3:0 dla Madrytczyków. Barcelona momentami nie wiedziała, co się dzieje, Vinicius ogrywał Nelsona Semedo i Gerarda Pique, tak, jakby to oni mieli po 18 lat, a nastolatek był dojrzałym skrzydłowym. Jeszcze do końca pierwszej połowy meczu z 27 lutego nic nie zapowiadało prawdziwego trzęsienia ziemi. Real grał fantastycznie, był niesiony dopingiem i gole wydawały się kwestią czasu. Z biegiem czasu mistrz Hiszpanii, Barca, potrafił strzelić bardzo szybko trzy bramki, mając dwie sytuacje, a tak naprawdę – jedną. Szybka kontra przyniosła gol Luisa Suareza, chwilę później Realowi przytrafił się pechowy samobój Raphaëla Varane, a na koniec Suarez – w odstępie kilku minut – zdobył bramkę z rzutu karnego. Real nadal atakował z werwą, oddawał strzały, ale to na nic się zdało. Młodziutki wychowanek „Królewskich” Sergio Requilon zalał się łzami, pocieszali go bardziej doświadczeni zawodnicy.

To już wyraźny kompleks Barcelony


Kibice opuszczali Santiago Bernabeu wściekli na wynik, ale nie grę. Ta mogła im imponować od początku do niemal samego końca klasyku. Z każdym innym rywalem zapewne padłby grad goli, ale ten Real – w epoce po Zidane’ie i Ronaldo – ma ewidentny kompleks Barcelony. Gdy jest dłuższy fragment, kiedy gra się mu klei, odbiera piłki bardzo wysoko i zaszczuwa wręcz Katalończyków bezczelnymi wejściami w pole karne. I wtedy brakuje najważniejszego elementu piłkarskiego rzemiosła: wykończenia. Tak było jesienią, gdy „Królewscy” rozegrali znacznie słabszy mecz na przestrzeni 90 minut, a wrócili do żywych po dwóch bramkach Barcy. Nic nie stało na przeszkodzie, by wyrównać tamto spotkanie. Zabrakło jednak precyzji, a to piłka lądowała na słupku albo niebotyczną interwencją popisał się Marc-Andre Ter Stegen. Real nie dobił Barcelony, za to w październiku Suarez i spółka, bez Leo Messiego, zniszczyli nadzieje „Blancos” i wyrzucili za burtę trenera Julena Lopeteguiego. Czy może być większe upokorzenie dla najbardziej utytułowanej drużyny na świecie od przegranej 1:5 z odwiecznym rywalem?

Otóż, może. Real Madryt w ciągu trzech dni doznał dwóch porażek przed własną publicznością z Barceloną. Nigdy się to w dziejach klubu wcześniej nie zdarzyło. Mało tego, Barca jest jedynym klubem w historii, który cztery razy z rzędu wygrał na Madryckim Santiago Bernabeu. Oni tam przyjeżdżają jak po swoje, co jest o tyle zdumiewające, gdy przyjrzymy się wielkim firmom i ich mękom w Madrycie. PSG, Bayern Monachium, Atletico Madryt głównie w Lidze Mistrzów, Manchester City nie znalazły w ostatnich latach sposobu na wygraną w „świątyni futbolu”. Barcelona gra niby słabiej, Real pręży muskuły, atakuje z werwą, ale nie potrafi nic wskórać. Powodów jest mnóstwo, ale jeden jest oczywisty: brak Cristiano Ronaldo. Real nie szalał na rynku transferowym, nie ściągnął nikogo do pomocy Benzemie i Viniciusowi.

Nie ma lidera


Gareth Bale prawdopodobnie we współpracy ze snajperem, który strzela jak na zawołanie, po prostu by odpalił. Prezes Realu Florentino Perez dał Walijczykowi jeszcze jedną szansę, by ten przejął pałeczkę po Ronaldo. Jak złudne były nadzieje, pokazał sobotni klasyk. Skrzydłowy przebywał na boisku godzinę w meczu o być albo nie być w rywalizacji o mistrzostwo kraju i w tym czasie zanotował niewiele więcej dotknięć piłki od bramkarza Thibault Courtois! Mowa o graczu, który w pojedynkę przewrotką wyrzucił za burtę Liverpool w finale Ligi Mistrzów w Kijowie. Który kiedyś tę Barcelonę objeżdżał rajdami, dając po fantastycznej akcji Puchar Króla. I wreszcie mowa o kimś, kto kosztował ponad 100 mln euro, gra w Madrycie pięć lat i nie nauczył się w tym czasie języka hiszpańskiego. Bale po zmianie nawet nie śledził losów meczu z Barcą, tylko udał się na parking i odjechał do domu. Zatem sam podpisał na siebie wyrok po tym sezonie. Nikt nie ma wątpliwości, że gdyby nie odwieczne kontuzje Bale’a i jego ostatnie zachowania względem klubu, to byłby materiał na lidera i wielkiego piłkarza.

Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport