
Polski charge d'affaires ad interim z misją rozpoznawczo-polityczną MSZ RP na Grenlandii
Wicepremier i minister spraw zagranicznych Radosław Tomasz Sikorski oświadczył, że w związku z zaostrzającą się sytuacją polityczną wokół Grenlandii, poleci tam polski ambasador w Kopenhadze z misją rozpoznawczo-polityczną.
Wcielenie w życie decyzji Słońca Chobielina napotyka na pewne przeszkody, ponieważ RP nie posiada ambasadora w Kopenhadze od lipca 2024 roku, kiedy to ambasador Antoni Fałkowski został odwołany przez ministra Sikorkiego jako 'pisoski'. Tymczasowym kierownikiem placówki (charge d'affairs ad interim) jest od półtora roku kobieta, p. Ewa Dębska. Nie wiadomo, czy p. Dębska posiada garderobę odpowiednią dla klimatu Arktyki u szczytu polarnej zimy. Nie jest też jasne, czy potrafi kierować psim zaprzęgiem, bo rozpoznanie znacznej części Grenlandii jest możliwe tylko takim środkiem lokomocji.
Co do meritum sporu o Grenlandię, to jest w zasadzie jasne, że Dania i Unia Europejska go nie wygrają, chyba że ich jednomyślnym i jednogłośnym życzeniem jest rozmontowanie NATO i likwidacja amerykańskiego parasola nuklearnego nad Europą.
Amerykanie w zasadzie nie potrzebują nic robić. W ich rękach pozostaje bezpłatnie i bezterminowo baza Pituffik na północno-zachodnim wybrzeżu Grenlandii, 1200km na północ od koła polarnego.

Baza Pituffik, dawniej Thule, posiada pas startowy o długości ponad 3km i szerokości 43m, stanowiska postojowe i instalacje paliwowe zdolne do przyjęcia kilkudziesięciu samolotów. To spadek po stacjonowaniu tam w latach 50, 60 i 70-tych ubiegłego stulecia bombowców strategicznych B-36, B-47 i B-52.
Ta baza to miasto z własną elektrownią, własnym ujęciem wody, nadbrzeżem dla statków, magazynami żywności i paliwa, kwaterami dla do 6000 żołnierzy oraz magazynami amunicji. Wszystko utrzymywane w stanie mniej lub więcej użytkowym, na wypadek gdyby miało się jeszcze przydać.
Co więcej w ramach istniejących porozumień NATO i umów dwustronnych z Danią, USA mają prawo tą bazę dowolnie rozbudowywać i zmieniać jej funkcje. Jeżeli ją wyremontują, rozszerzą, zakwaterują tam kilka albo kilkanaście tysięcy żołnierzy i kilkadziesiąt samolotów bojowych, to stają się de facto wojskowymi właścicielami Grenlandii, jej przestrzeni powietrznej i wód przybrzeżnych. Nikt normalny w Danii nie zaatakuje Thule, z tych samych względów, z jakich Kuba nie zaatakuje Guantanamo, a Hiszpania Gibraltaru.
Własność de facto może być bez większego kłopotu przekształcona we własność de iure. Jest 53 000 Grenlandczyków. Jak długo trwałby opór społeczny przeciwko przejęciu Grenlandii przez USA gdyby w grę wchodziła, powiedzmy, wypłata miliona dolarów na osobę (mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy), razem 53 miliardy, cena strategicznie umiarkowana.
Następnie USA może zawrzeć z autonomicznymi władzami Grenlandii wypróbowaną w kilku wyspiarskich państwach na Pacyfiku COFA (Compact of Free Association), umowę cedującą obronność, sprawy zagraniczne i eksploatację bogactw naturalnych na USA, w zamian za coroczną subwencję amerykańską w wysokości, powiedzmy, dwukrotnej subwencji duńskiej plus tantiemy od wydobycia ropy, gazu i minerałów.
Opór Danii można stłumić przez oskarżenie Duńczyków o rasizm, kolonializm, biały suprematyzm i ciemiężenie grenlandzkich Inuitów (dawniej Eskimosów).
COFA dałaby Grenlandczykom wszystkie prawa obywateli amerykańskich oprócz głosowania w amerykańskich wyborach, w tym nieograniczone prawo wjazdu, zamieszkania, pracy i nauki w USA.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)