Bosaka wniedawno trochę słuchałam w nietypowej i całkiem trudnej rozmowie, nad możliwością powstania w Polsce państwa wyznaniowego jako deski ratunkowej. Faktycznie, jak tak pomyśleć, że dałoby to odcięcie się od różnych dotychczasowych głupot, rządów i długów, a wcale nie metodą urządzania procesów i więzień poprzednikom jako zdrajcom narodowym, czy z mianowaniem ich na opryszków źle wydających pieniądze publiczne lub funkcje, ani metodą cyfryzacji i przejścia do metatawersum, jako globalistycznej metodzie na reset, to nawet jest w tym coś kuszącego, że może tym razem, po tylu nauczkach ludzie by się ogarnęli do zbudowania czegoś prawdziwie dobrego? Bosak wybrnął z tego, że prawdopodobieństwo paruzji jest większe/bliższe i godniejsze marzeń chrześcijanina.

Zaiste… I przy okazji dowiedziałam się, że w ogóle wierzy w skracanie się naszego czasu, dlatego za wielkich perspektyw nie powinniśmy sobie roić, bo żyjemy już w „czasach ostatecznych” (a to nieszczególnie jego teoria i ostatnio w modzie).
Świat, w którym ludzie używają mowy dla uzyskania za to pieniędzy, a świat w którym mówi się do ludzi bezinteresownie, to nie są dwa takie same światy. Przeciwnie – są tak bardzo przeciwstawne, że coś co początkowo wygląda na możliwość współistnienia, że prywatnie to ci powiem tak, ale jako ktoś, kto musi utrzymywać się przy życiu zarobkiem, to całkiem inaczej, a ty sobie wybierz prawdę (np. o jakimś produkcie) zawsze dochodzi do granic krytycznych (doprowadza do tego pojedynczych ludzi i całe narody) jak - „prywatnie nic do ciebie nie mam, ale skoro już od tej kulki dla ciebie w łeb zależy moje wynagrodzenie, to jaki ja mam wybór?”. Czasem w sensie propozycji wykupienia prawa do życia, chociaż na tym etapie już z niewielką szansą, że ktoś sobie odmówi zniszczenia drugiego człowieka, gdy do tego przywykł i w nic innego jako „dobry skutek” dla siebie już nie wierzy.
To generuje zupełnie nie zbieżne języki, argumentacje, wartościowania, chociaż bywa, że brzmiące na wskroś ideowo, a nie materialistycznie, jakby pieniądze były czymś w tle i przy okazji, a nie celem, jak „ratujmy się przed zanieczyszczeniem powietrza”, po czym okazuje się, że nie ma już takiej firmy zanieczyszczającej środowisko, która nie chciałaby z owego tytułu „walki” pobierać wyższej opłaty od klientów itp.
Ale kto chce może wierzyć, że zbierają na przykład na przerobienie kiedyś samolotów w latawce, czy jakiś napęd z baterii słonecznych na skrzydłach, a bomby to planują użyć jako opał dla elektrowni – nie chodzi mi o odbieranie wiary, tylko szukam przykładów na to niepodobieństwo wydawania dobrych owoców przez złe drzewo. W którymś momencie dochodzi do obnażeń i mas krytycznych, że dalej jest tylko wóz albo przewóz.
Samooszukiwanie się, że jeśli udam niewidzenie zła, to moje własne się tym usprawiedliwi, bo to wygląda na tyle, co „nie sądź” niestety nie jest z tej drugiej bajki. Ani nie da się nic budować z takiej piramidki, że potężniejsze zło ma moc osłonić moje malutkie i zdające się być przy tym takie niewinne, więc dobrze mi z wybieraniem go, bo wydaję się sobie samemu taki ludzki przy nim. Czy gdy coś złego robimy „kupą mości panowie”, to będę jak niewidzialny w złu lub ten, co to wyboru nie miał? Właśnie nie ma takiej opcji. Wiara, że jest to parasol ochronny – proszę bardzo, ale to ułuda.
A wartościuję tak pejoratywnie właśnie tą postawę, wcale nie od biegłości w tej drugiej, tylko zwyczajnie nie wierząc, że zło ma zdolność chronienia kogokolwiek. Pod tym względem wierzę tylko w Boga, jako zainteresowanego ocalaniem człowieka.
Nie pamiętam już u kogo ostatnio na YouTube (mogła to mówić gdzieś Bryłka, albo Płaczek) słuchałam wiadomości pokazującej tą ekspansywność mówienia na sprzedaż w przestrzeniach zdawałoby się nie do kupienia nie do zafałszowania, jako czegoś obiektywnie mierzalnego. Wybuchła nowa afera w Komisji Europejskiej, w której wykazano wydawanie jakiś milionowych kwot (jeśli przekręcam, to raczej w dół) już nie tyle na agitki i „kampanie społeczne”, jak to ludzi uświadamiać, co o czym powinni myśleć, jako swoim dobru, ale wprost na fałszowanie obrazu opinii społecznej, czego ludzie chcą, a czego nie chcą, bo po co tracić czas i kasę na przekonywanie ich do czegoś, albo strzępić sobie język, jeśli można budować iluzje o tym czego chce większość społeczeństwa na ten czy tamten temat, produkować sztuczne sondaże, fałszywe fundacje do udzielania „rekomendacji społecznych”, albo instytutów naukowych do wytwarzania „opinii ekspertów” itd. Wówczas każdy w mniemaniu bycia samotną wyspą z samego strachu przez „większością” przestanie się wychylać, gdy ujrzy swoje zdanie jako różniące się jednak od takich „autorytetów”.
Tak mi się od razu skojarzył ten nowy model polityczny, jak bardzo podważa niegdysiejszą teorię Korwina-Mikke, że najgłupsze ustawy i polityka to ta populistyczna pod większość, ponieważ większość zwyczajnie nie chce tego co najmądrzejsze, bo nie łapie polityki dalekoidącej, tylko chce mieć pełne brzuchy i kanapę tu i teraz, a jutro choćby potop. Chyba, że w tym momencie powiedziałby, iż to jest wreszcie ok, że już wymyślono sposób na zignorowanie woli większości i że ta znienawidzona przez niego Unia jest tym nieoczekiwanym zbawicielem od demokracji, o czym śnił.
Tylko jeszcze żebym tą mądrość wyższą dała radę zobaczyć w tym co wymyśla Unia Europejska dla siebie samej, gdy już nie musi się liczyć ze społeczeństwami… Ale dobra, mogę być w puli tych płytkich, którym do wzroku sokolego daleko, więc nie wiem.
Za to jakoś łatwo mi się widzi, że jakby nie reformować i przekształcać tych różnych władz nad ludźmi, jakby nie żonglować układami i sojuszami, to ponadczasowa zostaje nauka: „Wiecie, że ci, którzy są uznawani za władców narodów, ciemiężą je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak powinno być wśród was.” po czym następuje zalecenie służebności jako czynnik różnicujący przynależność do całkiem innego władcy – służebnego.
Dlatego też łatwo zauważam służebny cel mówienia w odróżnieniu od udającego taki, jako zupełnie dwa światy, przeciwstawne Królestwa.
I chociaż ludzie należący do służebnego po ludzku wychodzą na tym słabo, bo właściwie nie tyle w nim są, co do niego idą (czasem nawet o tym nie wiedząc), tak patrząc na dane przykłady. Bo co taki Łazarz użył tym nieprzekraczaniem granicy, żeby sypiać na progu bogacza i tylko błagać o litość, a nie okraść go przy sposobności, postraszyć, coś wymusić, albo przynajmniej tyradę mu urządzić moralizatorką lub poszukać instancji pomocowej, że niech ktoś w świątyni powie mu coś do słuchu (dzisiaj prędzej list do Jaworowicz z prośbą o składkę do widzów), ewentualnie, żeby interweniował sam Bóg – Boże porusz serce tego człowieka, bo mi to nie wychodzi.
A Bóg uznał – wychodzi, co wyjść ma, że jeśli przez wzgląd na ciebie samego, który się od niego nie różnisz w potrzebach, to serce jego nie działa, to działanie ze strachu przede Mną już nic by nie znaczyło, bo byłoby dla siebie samego.
Bogacz ma swoje rozumowanie na temat Łaski, bo przecież to nie chodzi o osobę niewierzącą, tylko z pewnością dziękującą Bogu za swój majątek, którzy wszyscy widzą jako uśmiech Boga, i cieszącą się względami w świątyni za hojne datki (przykład był dla żydów), ale na drugiego człowieka patrzącą wyłącznie pragmatycznie i kalkulując – że jak ja mam rozmnożyć pieniądze na takiej jałmużnie, że nawet świadków by na to nie było, przecież z tego powstają wyłącznie straty i byłbym zaraz jak on i umierał tylko obok niego, musząc w kółko dawać niedojdzie, gdybym się sam o siebie nie troszczył. Ani mi to brat, ani swat, ani on ładny do patrzenia, ani silny i zdrowy do pracy, ani co mądrego ma do powiedzenia, żeby posłuchać, czyli niech sobie umiera, skoro taka wola Boga, bo pożytek z tego człowieka żaden i dla nikogo, nawet nikt nie zauważy jego nieobecności. Własna jałowość i nieużyteczność nawet mu nie mignęła przez myśl, skoro on taki skarb dla Boga, aż go obsypał talentami, rozumem, zdrowiem i bogactwem (poganin wcale nie lepiej, tylko, że tak wszystko sobie zawdzięcza i dzięki sobie osiągnął). Znajomi i dostojnicy przychodzą na przyjęcia i szukają jego towarzystwa potwierdzając mu tą „pozytywną samoocenę” jaki on wartościowy, przeliczalny na możliwości nabycia nie wiadomo czego (czegoś co sobie zamarzy na czele z zapełnianiem brzucha). Tylko czemu uznał za swoją wartość to, co zaspokoił mu Bóg, a nie to, co było nim samym, gdy patrzył na żebraka? Jakby wyśmiał Boga – że on by taki głupi nie był, żeby służyć takiemu nic nie znaczącemu kawałkowi ciała.
Właściwie to ja nawet w kościołach na kazaniach czasem spotykam rozumowanie tego bogacza – że dobroć dla drugiego człowieka to jest nic nie warta i nic nie warta jest jałmużna, bo to tylko psucie ludzi i „rozpraszanie”, zamiast „zbierania”, jeśli nie czyni się tego przez wzgląd na Boga… I z pewnością jest się komu cieszyć z takich i odchodzić do domów z satysfakcją, że to co daję na tacę jest tą właściwą i skończoną formą realizacji chrześcijańskiego miłosierdzia. Co ludziska sypną dychę do koszyczka raz na tydzień, to potem dzikie tłumy za nimi pędzą do Kościoła od tego pilnowania, żeby ofiara Chrystusa się nie zmarnowała na niewierzących lub bez pośrednictwa Kościoła?
To w końcu czasy ostateczne (też na kazaniach można o tym usłyszeć) i wyprzedawajmy wszystko na rozdanie, żeby się za te majętności dla samych siebie nie wstydzić, czy czasy budowania Kościoła pierwotnego (a też wierzyli, że koniec świata zaraz), że powierzmy wszystko co mamy Kościołowi, aby to wszystko rozdali kapłani wszystkim za nas mądrzej i ze wskazań Ducha Świętego ratując nas przed sądem za nazywanie się darczyńcą?
Pewnie to paradoks, że w dobrze funkcjonujące państwo wyznaniowe trudniej mi wierzyć przez wzgląd na tych, którzy się określają wierzącymi, niż tych, którzy sobie wbili do głowy, że Bóg nie istnieje. Po prostu ilość ludzkich interpretacji, co do prawidłowości życia chrześcijanina wyklucza możliwość powiedzenia czegoś takiego o całym państwie, że jest wyznaniowe; nie byłoby to prawdą, tylko formalizmem.
To nie wyszłoby tak samo, jak nie udało się przyjąć Ukraińców do Polski. Bo udało się to tylko pozornie (już są niechciani, a zanosi się na gorzej). Gdy przyjmuje się fałszywy model zbawienia, bo urojony, że istnienie taki jako mechanizm/reguła, albo zaobserwowany raz, ale kompletnie nieprzystający do okoliczności, w które chce się go wpasować, to czym ma zadziałać, jakim sposobem?
Model jaki Polscy politycy mieli w głowie wobec Ukraińców był analogiczny z postacią osoby duchownej z „Nędzników” Victora Hugo. To ta, która po okradzeniu nie tylko nie osądziła niewdzięcznika, którego ujęto, ale zdjęła z niego hańbę kradzieży, przedstawiając jego wejście w posiadanie precjozów jako wynik darowizny. Historia literacka, więc nie ważne czy ktoś taki mógł takiej darowizny dokonać w świetle prawa świeckiego z mieniem niewłasnym. Tym bardziej, że właśnie zgodnie z istotą kościoła pierwotnego, to kapłan jest od rozdawania na chwałę Boga tego co Kościół dostał, jemu wolno, jego za to sądzi wyłącznie Bóg, więc powiedzmy, że ok.
I w tej historii doszło do nawrócenia doskonałego. Tego, które miało zawsze się sprawdzać, gdy Kościół coś komuś podarował, w tym winy.
Czy tu wystąpiła spowiedź u delikwenta, że to tak pięknie zadziałało, czy wystarczyła jego świadomość, że jest złodziejem, który posiadł nie swoje rzeczy i skrzywdził dobrego człowieka, który mu dał wyżywienie i dach nad głową? Wcale się nie tłumaczył i nie odezwał, bo to nie był język jego świata, by mówić na swoją niekorzyść, głosić prawdę nie oglądając się na siebie jaka konsekwencja z tego wyniknie, jaki wstyd, jaka kara. A kapłan przeskoczył warunek żałowania za grzechy w udzieleniu wybaczenia, ewentualnie przeczytał ten żal z twarzy, czy po swojemu, i zdecydował się na odpuszczenie winy nieproszony, z samej litości by ten winny nie znalazł się w więzieniu...
Jakiś marzycielski ideał wpisany w książkę, który ma w głowie wielu (czasem przypominany na kazaniach – przynajmniej ja właśnie stąd mam odświeżaną pamięć o takim wybaczaniu) i możliwe, że z powodu jego prawdopodobieństwa, że on by działał w życiu jako model.
Jednak w przypadku przyjmowania Ukraińców nie doszło do żadnego nawrócenia, bo zasadniczo nawet nic z tych literackich ideałów tu nie przystawało. Nikt nie został przyłapany i doprowadzony do pokrzywdzonego przez wzgląd na winę, która się ujawniła publicznie. Nikt nie poczuwał do winy z własnego punktu widzenia, żadnych dobroci w pamięci nie nosił o wybaczającym. No nic co by miało działać jako ta książkowa przyczyna odczuwania wdzięczności (co niektórzy uważają, że w polityce i relacji tak ogólnej jak międzynarodowa w ogóle jest niemożliwe, ale akurat z tym się nie zgadzam, ponieważ niemożliwe, a niewystępowalne to nie jest to samo; a właśnie jest możliwe, tylko nie występuje). Ale zasadniczy błąd był oczekiwaniem na wdzięczność ludziom, a nie Bogu, że to Jego formacja/lud i skutek działania, iż te sumienia działają tak, a nie inaczej.
Mimo wszystko zdawało się, że tyle to nie strata, tylko coś co idzie przełknąć, choć czasem z szemraniem, że tacy są ludzie, dziękujący przez krótką chwilę, a potem trudni w obcowaniu, rozpychający się łokciami bez skrupułów. Ale przynajmniej Bóg wie, że dobry uczynek to dobry uczynek.
Tylko, że w tej wersji „Nędzników”, która się objawiła, złodziej przynosi w końcu swoje łupy z powrotem do kościoła sam i mówi kapłanowi, który tego nie upilnował – kup je ode mnie, bo jeśli tego nie zrobisz, wszystkim powiem, że kazałeś mi je zabrać i wezmę cię na sąd - słowo przeciwko słowu (a wiem, że słowo z twojego świata jest do przegrywania tu w moim świecie). Po prostu szuka nagrody za to co zrobił złego wprost u swojej ofiary, nawet nie martwiąc się o znalezienie osoby postronnej do poklasku złodziejstwu (pasera).
Gdy kapłan raz wejdzie w rolę pasera, będzie już zawsze służył temu złodziejowi, który zacznie z tego żyć, że będzie tylko wskazywał za co chce zapłatę z własności tego kościoła, żeby to już więcej nie zniknęło. Stanie się „ochroniarzem etatowym”.
Co w tym momencie może zrobić ten kapłan, który znalazł się w takim potrzasku, że wraz z ustąpieniem złodziejowi już nie tylko zaprzepaści mienie świątynne, ale zaprzepaści cały język swojego świata (będzie mu odebrany jak Joachimowi i zostanie mu tylko diabelski, jeśli to w nim przemówi) i rolę kapłana, przechodząc w rolę pasera?
Czy wybrnie z tego zwołując wiernych, żeby ukręcili łeb złodziejowi? To tym bardziej już nie będzie kapłanem, tylko przegra z tym złodziejem. To może ogłaszając referendum wśród należących do tej świątyni, że zmieńmy ustrój państwa na wyznaniowy, żeby odciąć się od instancji, którymi złodziej chce nas zniszczyć? Ciekawe jaki sąd wyszedłby tymi ludźmi, których chciałby tak ratować - ile procent wzięło by udział w referendum mającym ich określić, jako coś innego, niż reszta świata, albo w jak szybkim czasie po takiej zmianie (nawet jeśliby wyszła) zaczęłyby się bratobójcze walki „wyzwoleńcze” spod nowego ustroju? A dając im z góry wybór terytorialny – bądźcie sobie tu lub tu, tylko się nie mordujcie (choć zupełnie nie wiadomo z kim ustalony jeśli nie z tym złodziejem, który pewnie też z tego chciałby coś mieć) odwlókłby jedynie wojnę takich dwóch państw w czasie, bo każde czułoby się „niesprawiedliwie” pomniejszone (diabeł by nie poszedł spać, żeby taką okazję zaprzepaścić).
Zupełnie nic nie zrobi?
Niechby przynajmniej nie zrobił żadnych zakupów u złodzieja, nie dał mu zarobić na tym, co nie należy do niego… Tylko, czy takie granice dawno nie runęły w naszym życiu społecznym, że płaci się komuś za zupełnie nie jego własność i nie wysiłek jego pracy?


Komentarze
Pokaż komentarze