Xylomena Xylomena
127
BLOG

Nie czas na kupowanie działek

Xylomena Xylomena Społeczeństwo Obserwuj notkę 1

Nie wiem, czy taki temat pasuje na blog, ale to tylko przez to, że mnie zadziwia jak szybko świat się zmienia przez cyfryzację, więc przypuszczam, że nawet to za kilka lat może być abstrakcją. 
Proces kupowania gruntu, czy jakiejkolwiek nieruchomości wymaga wiedzy na tyle rzadko używanej, że mało kto próbuje się w to zagłębiać, szczególnie przy mnogości agencji od tego, które się cieszą z braku wiedzy klienta, a ludziom jest to wygodne, by nie głowić się nad czymś co będzie przydatne może raz jeden w życiu, niczym egzamin maturalny, albo jeszcze mniej.
Taki "raz" z punktu widzenia klienta/nabywcy, bo co innego agent, czyli sprzedawca zawodowy od tego właśnie. 
I nie – nie chciałabym w tym pracować, chociaż wydaje mi się, że posiadam elementarną wiedzę do tego, żeby wychwytywać przekręty (co innego nie przyjąć ich, bo z moim charakterem nie mogę być tego pewna, czemu bym uległa, a czemu nie, dlatego ja to nieustannie muszę się modlić do Anioła Stróża, żeby nie polec w zderzeniu z ludźmi za pan brat z demonami). Nie przez ogrom galimatiasu pozornie wyglądający na porządkowanie systemowe, tylko przez to, że jest w te transakcje wpisane złodziejstwo jako norma handlowa. Bo jak nazwać wielokrotną przebitkę wartości? No może dokładniej byłoby powiedzieć -  zdzierstwo. 
Jak wielką – zaraz to pokażę, bo ostatnio coś mnie podkusiło, żeby zagadnąć o jedną ofertę gruntu nad morzem; ofertę z internetu. Uwielbiam morze. 
Ale od tej formy ogłoszeń raczej należy się trzymać jak najdalej. Uczciwych ludzi na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać w ogłoszeniach internetowych o nieruchomościach. Trafiają się jak ślepej kurze ziarno. I na nic te ustawienia w wyszukiwarce, że chce się oglądać tylko oferty prywatne, bo potem po mailu widać, co to za właściciele, albo jeszcze szybciej.
Grunt był (jest ciągle wystawiony) tani jak na ceny różnych wystawców, a szczególnie nadmorskich. Bo wiadomo, że durny człowiek (taka ja) nawet nie wie, gdzie szukać ceny rzeczywistej (tej którą na przykład państwo da za to miejsce w przypadku wysiedlenia), więc bazuje w ocenie czy coś jest drogie lub tanie jedynie porównując oferentów gdzieś w internecie i patrząc na swój portfel – stać mnie lub nie stać. 
W każdym razie owo „prawie morze” było w zasięgu moich kilkunastu tysięcy. A doliczając ten kapitał, który jest wiedzą, a nawet dalej – umiejętnością jej wyszukiwania, gdy potrzeba więcej, to wydawałoby się, że mam komplet, żeby sobie z takim zamierzeniem poradzić bez żadnych „specjalistów” (szczególnie z moim zaufaniem poniżej zera do takich, od czasu „pandemii” ), i bez szukania lipnych facetów do pary w rozmowie z kontrahentem, bo tylko ich ludzie nie traktują jak idiotek. 
Wystawca bezimienny z logo „Właściciel”, opis długi, jakie to atrakcyjne miejsce w dzikiej wsi, gdzie nie ma nic zupełnie poza przystankami autobusowymi, ale niby wszędzie blisko w okolicy i nawet to moje wymarzone morze trochę ponad dwa kilometry w linii prostej, więc dziecięcy spacer, jak na mnie. Pod względem formalno prawnym zero wiadomości, więc może i właściciel. Mógł siedzieć na miejscu długie lata i nawet nie wie, ile to teraz o takim gruncie trzeba umieć powiedzieć, żeby go sprzedać. A ukrywa tożsamość na przykład, żeby agencje go nie zamęczyły, nie wystawiały jego gruntu jako swojego, czy coś takiego. W każdym razie chciałam myśleć pozytywnie.
O wiele lepiej zaprezentował swoje oferty imienny „Tomasz”. Tylko, że jak dobrze zaczęłam podglądać, to coś podejrzanie za dużo ofert miało jego numer telefonu do kontaktu, a niby nie agencja. W jednych górach miał działkę ze ślicznymi widoczkami letnimi, w drugich z zimowymi, więc za takiego górala, co go w każdym województwie pełno – dziękuję bardzo, postoję. Szkoda czasu na gadanie i denerwowanie się, co on kombinuje, skąd to ma, czy właśnie wcale nie ma. 
Ktoś wybierając dany obszar Polski nawet by tego nie zauważył, że to coś nieprawdopodobnego, a że ja na start wzięłam całą Polskę w Otodom, dlatego szybko wypatrzyłam takiego wielodziałkowego „Tomasza”. 
Z ofertą zauważoną nad morzem też nie robiłam sobie wielkich nadziei, ale zapytać można dla upewnienia się na czym rzecz polega. I tak właśnie zrobiłam, wysyłając standardową formułkę ustawioną jako gotowiec i moje dane do kontaktu. 
Mężczyzna bardzo szybko oddzwonił zachęcając do pytań co ja chcę wiedzieć, czyli co ja w ogóle rozumiem. Nawet nie zdążyłam się przygotować, ale jakieś główne pytania od razu z pamięci mu zadałam i że chcę namiar na tą działkę, żeby ją sprawdzić. Zignorował moje pytanie o formę własności i czy tam nie ma długu.
Rzucił numer 96 w Żukowie Morskim, wyjaśnił maleńkość działek, że można kupić ich wielokrotność, bo on jest właścicielem przeszło 3 tysięcy metrów i ten grunt podzielił do sprzedaży na takie małe właśnie. 
Akurat na wielokrotność to mnie nie stać, chyba że jakaś pieśń przyszłości się zadzieje. Fakt, że i podzielone działki nieraz widziałam w ofertach, co mnie zastanawiało, czy w takich nie ma haka w rodzaju deweloper z gotowymi projektami i całym osiedlem wspólnotowym, za co ja dziękuję – nie chcę. A i gmina gdy tak sprzedaje, trzeba najpierw dobrze się zorientować, czy to nie oznacza od razu przymusu budowania w określonym terminie, na które mnie nie stać, a oni potrzebują szybko jak największych podatków i opłat komunalnych do ratowania budżetu. Od łysych gruntów są najmniejsze.   
Już mnie zapraszał na oglądanie, wkładał do głowy logistykę, że mogę wziąć urlop, na wypadek gdybym sama nie wpadła na taki pomysł i od razu wspomniał o notariuszu dla podkreślenia powagi oferty. 
Wycieczkę nad morze w końcówce lata to mogłabym zrobić nawet bez powodu, ale szybkie formalności ani mi się śniły bez orientacji co bym miała kupić, z jakimi możliwościami użytkowania. Na dodatek znam siebie, że ktoś taki trajkoczący mi nad uchem, gubi mi myśli, co ja sama chcę wiedzieć o tej ziemi. Dlatego tymczasem pożegnaliśmy się uprzejmie, że go jeszcze pewnie dopytam, gdy uda mi się sprawdzić działkę.
Istnieje system cyfrowy - Geoportal, który za odpowiednią opłatą udostępnia nieprawdopodobną ilość danych o wskazanym terenie – gruncie, byle był on ujęty w ewidencji jako działka o konkretnych granicach. Nie do przeczytania w jeden dzień, bo to dziesiątki stron, a z załącznikami mogą być setki. Wiedziałam, że taki jest, bo w samych ogłoszeniach czasem jest wzmianka o nim, albo zdjęcia geodezyjne lub satelitarne z niego. Nie zdawałam sobie sprawy, że to aż tak drobiazgowe dane, bo nigdy dotąd nie korzystałam. Ten konkretny teren miał 50% zniżkę za podgląd (przypuszczam, że zależną od częstotliwości pobrań, że tu są niewielkie), więc musiałam tylko rozważyć, czy szkoda na to 150 złotych, czy nie szkoda. 
No ale przecież nie oprę się w takim zakupie, polegającym na wydaniu całych pieniędzy, na gadce jakiegoś gościa przez telefon, ani nawet na żywo, pomimo, że przekazuje miłe pozdrowienia. Muszę widzieć jakieś minimum konkretów. Miałam więc tylko do rozważenia, czy ja bym prawdziwie chciała to kupić, jeśli nie znajdę przeszkód. 
To co Geoportal mi pokazał wstępnie przed opłatą z tym numerem działki w tej wsi, to było coś w rodzaju ścieżki lub rowu melioracyjnego na parę kilometrów długiej; takiej przeszło 5 tysięcy metrów kwadratowych. Nic tylko olać temat, bo ktoś leci w kulki. 
No ale z drugiej strony człowiek z takim przekonaniem mówił, że jego działka ma przeszło 3 tysiące metrów, że stopniowo dojrzałam do tego, żeby mu jeszcze dać drugą szansę na wytłumaczenie się - zagadnąć pokazując to miejsce (zdjęcie z Geoportalu), że ten numer mnie nigdzie nie zaprowadził. Oddzwonił natychmiast podminowany, co ja mu pokazuję jakąś drogę, przecież to nie jego działka, przecież widzę, że to jest 96/1, a wystarczyło podejrzeć łamane przez 3 albo 7, którąkolwiek inną z tym numerem. Doprawdy to takie proste?
Jednak ja żadnej innej do wyboru nie miałam po wpisaniu tego numeru, co owszem mogło być już czuwaniem jakiegoś Aniołka, żeby mi dać opowieść od tej strony – drogi prywatnej. Bo sam dojazd do własnej działki przez czyjąś drogę prywatną, to też może się okazać duży problem, jeśli gmina nie zarządzi jej użyczenia jako dojazdowej, a to się prawie nie zdarza w takiej kolejności zakupu i bez istniejącego domu. Raczej buduj się tak, żeby twoja własna działka miała drogę dojazdową (czyli była jeszcze mniejsza) skoro jej potrzebujesz. 
Coś takiego mam w czujkach, że gdy ludzie naskakują na mnie za zrobienie czegoś co sami mi podyktowali, to czuję w tym zachowaniu działanie złego, a w każdym razie mam na to alergię jeszcze z dzieciństwa, gdy nie udawało mi się posłuszeństwem zadowolić rodziców, bo mieli zapotrzebowanie na moją wściekłość, że tylko na tym polega dziecko podobne do nich. 
Jednak nie odpłaciłam facetowi pięknym za nadobne, bo nie taki mam odruch na to. Raczej uspokajający, gdy widzę, że ktoś sam z sobą sobie nie radzi. Co nie znaczy, że nie wybucham, gdy po mnie jeździć za długo. Wytłumaczyłam się zgodnie z prawdą, że nie miałam innego wyboru, ale skoro już wiem, że są te łamańce, to spróbuję poszukać dalej. Nic nowego, że algorytm – głupia bestia – przy różnicy jednego znaku robi się ślepy. Chłop, czy chłopak (mój głos też nie mówi o moim wieku, więc nie wiem) od razu mógł mi powiedzieć, jaki jest kompletny numer działki, a nie tylko jego część, ale odpuściłam mu pretensje. Poprawił mu się humor od tego i obiecał przesłać mi mapkę geodety, zapytał czy mam WhatsApp’a, to zaraz mi pokaże... 
Znowu Aniołek na bramce? Bo nie mam takiego komunikatora, co mi brzmi gówniarsko i nie zamierzam mnożyć sobie aplikacji, jako babka starej daty. Poprosiłam o przesłanie na maila, skoro  ma taki do mnie. Znowu podniósł głos – gdzie on to ma?! Musiałam mu wyjaśnić, że jest w odpowiedzi na ofertę, tak jak i numer telefonu. Jest? Jest. 
Oj niedobrze – znerwicowani faceci nie budzą mojego zaufania. Strachu też nie – na moje nieszczęście – dlatego Aniołowie mi tak potrzebni, żeby mnie nie skusiła konfrontacja. Przepity? Ale kolejny raz pożegnaliśmy się uprzejmie: „Wszystkiego dobrego!” – „Wszystkiego dobrego!”.
Wyszukałam po nowemu i znalazłam. Sześć działek wzdłuż tej ścieżki po przeszło trzy tysiące metrów kwadratowych jedna i nic podzielonego. Ale gościu zdążył wspomnieć w rozmowie ze mną, jakby wiedząc co zobaczę, że działek mniejszych niż trzy tysiące nie nanosi się na plany… Przewodnik po biurokracji? Rzucał cyferkami, jakby dowolna z tych sześciu działek była jego. Jednak w pierwszej rozmowie mówił o jednej – nie lubię wyłapywać ludzi na kręceniu, a głucha nie jestem.  
Mapkę odręczną przesłał z podziałami na te sześć pól i każde z nich na maleńkie działki o szerokości trochę ponad 11 metrów i w głąb 20 z końcówką. Dopisane rozróżnienia literowe po łamańcach – jak należy. 
Tyle, że jego wiadomość od razu wpadła do spamu, jakby nagminnie rozsyłał to samo, albo tak był identyfikowany jego dziwny adres, zaczynający się od: „bobolindziałki” – coś typowego dla agenta, tylko z sąsiedniej wsi w stosunku do tej, o którą pytałam. 
Jakoś byłam w kuchni, gdy ze dwa razy do mnie zadzwonił po tej przesyłce, nie słysząc go. Wypatrzyłam to po paru godzinach. Znowu Anioł Stróż trzymał rękę na pulsie? Nie widziałam powodu do oddzwaniania jeszcze człowiekowi, bo sam jego rysunek w dwóch załącznikach nie zmienił mojej wiedzy na większą, ani nic mi nie przyjdzie z jego odpowiedzi na pytania, których potrzebuję z niezależnego źródła. 
Gdy ktoś tak dawkuje informacje, to nie daje mi żadnej satysfakcji, że na nie wpadłam. Nawet się nie podpisał od kogo ja to mam – niech sobie poczeka. Pomyślę, co z tym zrobić. 
Przegiął z tym uświadamianiem mnie, że to musi być wielkość minimum trzy tysiące metrów do ewidencjonowania, bo gołym okiem widziałam w tej wsi mniejsze bez pobierania danych, samymi zarysami granic. Mógł tylko chcieć powiedzieć, coś w rodzaju że dopiero powyżej trzech tysięcy grunt na wsi zalicza się do rolnych i nie można sprzedać go mieszczuchom bez uprawnień, jak ja, dopóki się takiej działki nie podzieli za zgodą gminy. Na tym też się nieco znałam, że grunt rolny to ja mam prawo kupić bez uprawnień rolniczych tylko do 3 tysięcy metrów i o ile gmina nie ma zastrzeżonego prawa do pierwokupu (ta akurat nie ma), że to oni chcą skupować te ziemie, gdy rolnik już ich nie chce. Zaistnienie podziału gruntu rzadko oznacza wynik  znajomości z jednym geodetom od wspólnej wypitki, ale może tam tak jest. Kaszuby… 
Czyli albo ignorant, albo krętacz, albo traci głowę w rozmowach z ludźmi i plecie od rzeczy. Nie ujawniałam się przed nim, że słyszę sprzeczności. I może rzeczywiście nie wszystko rozumiem? Odpisałam mu oględnego maila, w czym widzę problem, co do samej działki i co jeszcze będę ustalać. 
Nie zauważyłam, że ten mój mail wcale nie przeszedł, bo na spam się nie da odpisać – to też zostaje w spamie. Gdy zobaczyłam to na drugi dzień, znowu pomyślałam o Aniele, że mnie pilnuje, żebym nie zrobiła głupstwa. A teraz to już nawet ze spamu mi zniknął.
Dlaczego ja muszę trafiać na takich ludzi do prostowania im ścieżek albo chwytania za gardło, że tym razem będzie uczciwie, a nie tak jak sobie wymyślili. Może gdybym kupowała komuś, nie sobie, byłoby inaczej? Już mi się nie chciało podglądać szczegółów na samą myśl, ile jeszcze uporu musiałabym w to wkładać, żeby to wszystko było jak należy i przez właściwe instancje, a nie żadnego koleżkę, który zacznie udawać notariusza, czy nawet nim jest, ale mnie nie interesuje, bo jako osoba z zewnątrz muszę być zabezpieczona na moich warunkach. 
Są ludzie, którzy czują się wspaniale w takiej wolnej amerykance, jak na Dzikim Zachodzie, a ja robię się od tego chora. 
Przypatrzyłam się w internecie przeszkodom formalnym wynikającym z prawa budowlanego przy tak małych działkach, nawet jeśli okazałyby się jakoś zalegalizowane. Mają pewne taryfy ulgowe, jak na niebożątka przystało. 
A skąd wiedziałam jakich odpowiedzi szukać? Ano z choroby na dom, bo gdy się ją ma, to takie rzeczy się zapamiętuje, nie ważne kiedy usłyszane, czy przeczytane, że istnieją na to reguły, iż dom ma być w jakiejś odległości od sąsiada, albo szambo ileś metrów od płotu. Wyszło na to, że musiałabym stawiać domeczek ślepy po bokach – bez okien i drzwi oraz po półtora metra od tych bocznych granic działki, co dałoby lokum maksymalnie ośmiometrowej szerokości. Istnieją takie i do przeżycia, gdy północ wypada na prawym tylnym rogu działek – taki układ. 
Jednak odżałowałam te 150 złotych, żeby wiedzieć więcej, bo złapało mnie myślenie koncepcyjne. 
Najważniejsze przeciwwskazanie, żeby się w to nie pchać pokazało się w tym, że teren tej wsi nie ma jeszcze ogólnego planu zagospodarowania. To takie przepisy odgórnie narzucone gminom dla spełniania różnych warunków unijnych polegających nawet na gęstości zabudowy terenów, ilości użytków rolnych, a leśnych, także co do potrzeb państwowych w sensie inwestycyjnym, czy strategicznym. Tak jak teraz u nas w Polsce, że niby jeszcze wojny toczące się na świecie nas nie dotyczą, ale praktycznie dotyczą, bo np. przedstawiciele armii amerykańskiej jeżdżą sobie po różnych okolicach, żeby wybrać dogodne miejsce na bazy (bardziej dwie, niż jedną).  Co oznacza po prostu wybudowanie całych miasteczek ze sklepami, przychodniami, przedszkolami, szkołami itd. z językiem amerykańskim i utrzymywanie tego towarzystwa.  
W każdym razie każdy ten plan ogólny ma moc nadrzędną nad planami miejscowymi i tym bardziej indywidualnymi, w sensie - nie ważne, czy ktoś dostał od władz gminnych nawet Warunki Zabudowy na swoją działkę, bo na pstryk może je stracić i państwo da mu odszkodowanie za wywłaszczenie po cenie minimalnej, a nie jak za działkę budowlaną. Czyli dopóki nie ma planu ogólnego wszystko inne co się ma na piśmie i co się czyta na temat całej gminy, nawet wszystkich wsi według planu miejscowego, jest usuwalne jak pisane patykiem po wodzie. 
Dopiero w parze z planem ogólnym jest sens patrzeć na to jako coś poważnego, co ma szansę nie być skopane. 
Aczkolwiek w czasie wojennym, gdy społeczeństwo jest już uczone ewakuacji i wszyscy mówią o wiośnie 2027 jako mającej przynieść do nas wojnę, a przynajmniej ogromny krach finansowy całej Unii, te wszystkie myślenia własnościowe wyglądają na szalone. Nerwicę właśnie? To co ja się innych czepiam? 
Aż nie wiadomo skąd się potem biorą po dziesiątkach lat albo dłużej, jakieś roszczenia własnościowe, żądania odszkodowań, skoro własność to taki pic na wodę fotomontaż do odkręcania przepisami i regulacjami. 
Tu z jednej strony żydzi wydębili takowe odszkodowania od nas za straty własności na terenie Polski na skutek wypędzeń przez Niemców, czemu przyklasnął Kongres Amerykański, bo ich sobie obrali za instancję sądową. Jeszcze nie płacimy dzięki grzecznemu słuchaniu czego chce USA, bo już byśmy musieli ogłosić upadłość jako państwo – tak wielkie to są kwoty. A z drugiej strony niemiecka AfD, chociaż tylu ludzi się cieszy, że rozwali ekologizm unijny i mieszanie społeczeństw całego świata, to ma zakusy na uznanie Niemców jako ofiar Polaków w czasie II Wojny Światowej, którzy im zagrabili domy i terytoria należące do nich... 
I tyle w temacie ziem odzyskanych przez Polskę, czyli między innymi tych Kaszub, na których działka mnie skusiła przystępną ceną. 
Wschód mają dostać po cichu Ukraińcy (bez zmiany granic), żeby mogli rozwinąć swój biznes po wojnie na warunkach unijnych, czyli z dopłatami. Zwykli ludzie na pewno ich nie dadzą rady wywalić z Polski przy istniejącej polityce, że to wielki wstyd, żeby gnębić „ofiary wojny” i nie dać im odbudować swojego zrujnowanego kraju. Chciał - nie chciał ludzie sprzedadzą im te ziemie za bezcen, bo Ukraińcy w kupie są bardzo trudni do współżycia i będzie im na rękę być takimi. A zachód Polski spodobał się Niemcom i Amerykanom/żydom naraz, że tylko ich wzajemne się bicie o to może nam ten teren zachować w istniejących granicach. 
Miejscowy plan zagospodarowania dostałam w drodze złożonej reklamacji – ja to jednak mam odruchy tarana/barana. Chociaż także wyobraźni mi nie brakuje, że pewne przeszkody mogą być ku mojej ochronie i nie warto za bardzo upierać się na coś. Po prostu link w tym punkcie prowadził do strony nieistniejącej, co przecież nie jest warte płacenia 150 złotych i to mnie ruszyło.   
Z mnogości informacji o jednej z wybranych przeze mnie działek o przeszło trzytysięcznym metrażu i o numerze 96 łamane przez coś tam, wyłapałam jeszcze, że to łąki stałe III klasy, a co do szczegółów – teren bagienny. Sam w sobie tort niski jest wspaniałą ziemią dla roślin. Może biznesmen by z tego coś miał, jakby mu dali wydobywać, ale nie ja. Mignęła mi też inna przeszkoda, że gmina na swoim terenie nie zezwala na żadne budowle na działkach mniejszych niż 1500 metrów... Czyli jaką wielokrotność tych małych działeczek 250 metrów musiałabym kupić z nadzieją, że mi dadzą to przekształcić z bagiennej łąki na działkę (teren uważany za maksymalnie trudny do budowania, czyli maksymalnie droga robocizna i technologia)? Sześć takich działeczek malutkich jak ogródki działkowe kosztowałoby mnie blisko 100 tysięcy, a nie kilkanaście tysięcy za ten zakup. 
Rzeczywista średnia cena tych gruntów wyświetla się doskonale, łącznie ze składowymi, skąd się wzięła, z jakich transakcji w którym roku, można sobie nawet podglądać linkami o które działki chodzi, większość tych ziem ci ludzie mają za złotówkę od metra (to pewnie jeszcze od państwa), a dwie najdroższe po kilkanaście złotych za metr, w tym jedna tegoroczna, co daje średnią dla wsi 8 złotych. A facet chce to sprzedawać za 55 złotych od metra... Za kawałek łąk bagnistych? Jednak w porównaniu z agencją nieruchomości która też wystawia działkę w tej wsi, to i tak trzy razy taniej. 
I prawda, że sprzedający nie ma powodu czuć się winny, iż drogo sprzedaje, póki są kupujący gotowi tyle płacić. To jakby problem nabywcy, dlaczego coś aż tak ceni. Ja?...  
Grunt jest opisany jako posiadający właściciela i dysponenta. Kolejna zagadka mi nieznana, czy w przypadku tej drugiej postaci to nie chodzi o wierzyciela, komornika lub dzierżawcę gruntu. Trzeba by dalej to badać na miejscu w gminie. W ogóle poznać dane, kto konkretnie nadaje się do sprzedaży tego. Co do samych gruntów to ksiąg wieczystych może nie być, żeby to tak po prostu zobaczyć w internecie (to takie dokumenty sądowe mówiące o tym, że państwo zezwoliło obywatelowi być właścicielem czegoś prawie sto lat, a przy własności pełnej lub jeszcze innych formach posiadania, to trzeba by się wgryźć w temat gdzie szukać wiarygodnych danych. Tego nie wiem, nigdy nie miałam okazji i powodu szukać.). 
Gmina nietypowa jak na nadmorską. Czytając ich plan miejscowy można pomyśleć, że chcą wypychać turystów, a nie przyciągać. Może to coś znaczy? Nie wolno stawiać żadnych budek z lodami, koszy do opalania, straganów, przyczep kempingowych, namiotów, domeczków lichych i prowizorycznych garaży. Wyłącznie budynki stałe i to w określonym stylu architektonicznym typowym dla regionu. Nie moim ulubionym, bo ze stromymi dachami, jak w górach, tyle, ze krytymi dachówką, z cegłami licowymi na tynku, a jeśli gładkie wykończenie to ze specjalnymi obramowaniami wokół okien, też konkretne łączenia narożne. Po prostu szukanie ich fachowców na miejscu i niewielkie pole do fantazjowania.  A przecież na tym bagnie to pasowałoby stawiać raczej domek na balach... 
Możliwe, że władza gminna jest troskliwa i nie chcą być zalani, skoro zinwentaryzowali jako zabytki prawie każdą oborę u ludzi na podwórkach, kurnik i kupkę gruzu. Nawet każde starsze drzewo wzięli pod ochronę i jest nie do wycięcia. Jedynie w tym Żukowie Morskim nie ma nic zupełnie i nawet jednego wniosku o budowę.  Za to poziom wody dla studni cudowny – wystarczy kopać dwa metry w głąb. Dane jakie tylko chcę w głąb ziemi i o temperaturach, nasłonecznieniach, opadach, stan czystości powietrza, najbliższe toksyny z azbestu w jakiej odległości na czyimś dachu i gdzie słup elektryczny. Cuda na kiju. 
Nie mam się co zamyślać - to wszystko nie dla mnie, bo nawet nie mam tych stu tysięcy do zaryzykowania, że tu dałoby się mieszkać i czy trafiłam na prawdziwego właściciela, żeby cokolwiek uzyskać, a nie stracić. 
A nauka z tego dla ogółu ludzkości? Trzeba spokojnie czekać, aż ziemię będą dawać darmo, jak Pan Bóg dał, bo innego sposobu na normalność nie widzę. Tylko, że to może nie być na tym świecie… A... to trochę go szkoda dla takiej pierdoły, jak własna działka. 

Xylomena
O mnie Xylomena

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo