Maitre d'hotel Alistair Balfour bar zostawiał sobie na koniec, bowiem wręczajac Stanowi tygodniówkę czuł zawsze jakieś nieprzyjemne zakłopotanie.
Tak było i tym razem.
Zmierzajac, wzdłuż rzędów opustoszałych stolików, w kierunku kontuaru, dyskretnie obserwował szpakowatego dystyngowanego pana przecierajacego mahoniowy blat z żołnierską wręcz skrupulatnością.
"Fszysko w poszątku?"- rzucił barman, dostrzegłwszy szefa.
Alistaira, mimo że sam był rodowitym Edynburczykiem, niezmiernie raziła kulawa angielszczyzna personelu, lecz w tym wypadku odpuszczał sobie kąśliwe uwagi. Siląc się więc na grzeczność, odrzekł:
"W zasadzie tak... umyj jeszcze tylko popielniczkę" . Zawahał się na moment... I dodał: "...Proszę".
"Jesteś już wolny" - dokończył z wyrazną ulgą
I nieco demonstracyjnie, położył na barze elegancką śnieżnobiałą kopertę z napisem Learmonth Hotel wytłoczonym elegancką, amarantową czcionką.
Następnie szybko się oddalił, by nie widzieć tego ciepłego, a jednocześnie jakby ironicznego uśmiechu, który niezmiennie towarzyszył starszemu panu wypowiadającemu: "Tak jest proszę pana!"...
Jego uśmiech doprawdy był irytujący.
Barman pieczołowicie wytarł ciężką, mosiężna popielnicę. Założył, wyjety ze służbowej szafki, płaszcz i kapelusz. A chowając do kieszeni kopertę rzucił okiem na starannie wykaligrafowane; Stanislas Maczek - 10 funtów.
Wygrzebał z szuflady wieczne pióro, którym ostatnie "s" przerobił na "w" i zadowolony sięgnął po ostatni numer "Orła Białego" przesłanego wczoraj z Londynu... I przypomniał sobie o Stasiu.
"Ach, ten Sosabowski - ma tylko 6 funtów tygodniówki. Pomimo, że w moim wieku, to nataszczy się tych skrzynek u CAV'a, oj, nataszczy - nie mam wcale najgorzej..."
Pocieszony tą myślą wyszedł na witający poranek Learmonth Terrase...
Minęło przeszło pół wieku, a okolice Learmonth przemierza dziennie już nie jeden, a dziesiątki barmanów, kaleczących angielszczyznę przez studia w kraju dość odległym. Być może nawet takie same, jak generalskie; filozoficzno - humanistyczne.
Barmanów prawie takich samych jak i on. Tyle, że dużo młodszych. Z charakterystyczną drobną różnicą wyrazu twarzy; generalski sarkastyczny uśmiech ustępuje ich sztucznemu lizusowskiemu grymasowi.
Nowi, pucują szkła, omiatają puby, zmieniają kostki zapachowe w toaletach i są zadowoleni, bo mają ku temu powody.
Nie dość, że dostają na rękę 7 funtów za godzinę, to do Normandii nie jedzie prezydent Kaczyński; jeszcze by coś palnął i narobił nam wszystkim obciachu!
Lepiej już, żeby na plaży Omaha celebrowali nową arkadyjską historię; Pan Prezydent Nicolas Sarkozy wespół z Panią Kanclerz Angelą Merkel.
Wszakże to najodpowiedniejsze osoby...
Literatura; http://www.dziennik.pl/polityka/article390083/Sarkozy_nie_chce_Kaczynskiego_w_Normandii.html



Komentarze
Pokaż komentarze (6)