Od kilku dni w mediach trwa, zainaugurowany przez Czynnik Najwyższy, niekończący się festiwal kombatancki. To mnie Jaruzelski wsadzał do więzienia, nie Kaczyńskiego !
Święte te słowa podchwycone szybciutko przez usłużnych ciękoszyich sprawiły, że wszyscy jak jeden, na wyprzódki i z zapałem godnym najwyższej sprawy, zabrali się za budowę Monumentu Martyrologii Pana Prezydenta.
Mnie jednak łza uciechy w oku się zakręciła, bo akcja, jako żywo, przypominała portret bohaterskiego Polaka, wyśpiewany ongiś przez artystę z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany:
...trzaska koszula; tu szwabska kula...tu, popatrz !... blizna !!!
Stara fraza Wojciecha Młynarskiego dopełniła się cudownie, gdy w TVN-nie, pan poseł Andrzej Halicki przebił samego mistrza Wiesława:
" To generał Jaruzelski wsadzał Pana Prezydenta Komorowskiego na wiele lat do więzienia..."
Szacun Panie Pośle, Ty Arko Przymierza miedzy starymi a nowymi laty !
Żeby dostrzec, jak udany to żart, trzeba poznać proporcje, czyli skonfrontować słowa z rzeczywistością.
A ta wyglądała cokolwiek odmiennie, bo zgoła inaczej, to już za mocno powiedziane.
Zresztą, oceńcie sami. Było tak:
Bronisław Maria hr. Komorowski został internowany w mroźną grudniową noc A.D. 1981.
Następnie helikopterem, niczym panisko jakie, przewieziono Jego Znamienitość do Ośrodka Wypoczynkowego Wojsk Lotniczych w Jaworzu, leżącego nad urokliwym jeziorem Trzebuń.
Warunki w nim, według opisu samych internowanych, były godne i przedstawiały się następująco:
"Pawilony spełniały standard wczasowy, w pokojach ok. 10 m2, z przedpokojem mieszczącym szafę i umywalkę, mieszkały 3 osoby.
Dwa prysznice i cztery kabiny WC na piętrze przypadały na 20-30 osób....
W oknach nie było krat, pokoje były otwarte, panowała swoboda poruszania się po korytarzach i wewnątrz pawilonu...
Posiłki, przyrządzano smacznie, podawano do stolików w stołówce.
Opiekę duszpasterską nad obozem sprawował początkowo sam ordynariusz diecezji koszalińskiej, bp Ignacy Jeż...
W obozie działała ,,wszechnica jaworzyńska”, której wykłady odbywały się początkowo codziennie - później dwa razy w tygodniu,
co sobotę odbywały się wieczory PEN-Clubu,
a także wieczory poezji, seminaria historyczne i filozoficzne, spotkania okolicznościowe, działały lektoraty językowe."
Na towarzystwo Władysława Bartoszewskiego, Tadeusza Mazowieckiego czy Bronisława Geremka, Pan Hrabia też nie mógł specjalnie narzekać.
Spokojne chłopy były: nadmiernie nie piły, za dziewkami pokuchennemi się nie uganiały. Nie wadziły. Szacunek, jak trzeba, okazywały. Słowem, miejsce swoje znały.
Gdy wiosna paskudna roku owego miała się już ku końcowi, Pan Bronisław Maria, herbu Korczak, powrócił na familiji łono, by wraz z nią udać się do wód. Na zasłużony letni wywczas.
Po latach jest On niezwykle kontent z onej heroicznej karty swego życiorysu. Z niekłamaną dumą chełpi się nią. Niemal tak, jak sygnetem rodowym oraz piątką z progenitury.
Nasz Lew Północy, mądry w radzie, dzielny w boju, eksponuje ową kartę bez nadmiaru zbytecznej dyskrecji i skromności, bo stanowi ona trzon jego wcale drobnego lansiku.
Tak oto, lata posła Andrzeja Halickiego, redukują się do miesięcy, a więzienne kazamaty okazują się oficerskim ośrodkiem wypoczynkowym.
Tu szwabska kula, tu, popatrz, blizna...
W Polskę idziemy drodzy Panowie, w Pooolskę idzieeemy...!!!



Komentarze
Pokaż komentarze (24)