Kiedy Natasza, razem z Janem Kantym, po raz pierwszy odwiedziła pana Zbyszka, ten mocno zaskoczony zdumiał się a następnie uśmiechnął serdecznie z nieco, jak to on, łobuzerską zadziornością, by w końcu wyrazić zgodę.
A póżniej, gdy różni tacy młodzi, jak Przemo czy Jacek, poczęli nachodzić jego dwudziestoparometrowe mieszkanko, żartował sobie; "oni chyba naprawdę chcą zrobić ze mnie tekściarza".
Bawiło go to niezmiernie, bo był poetą wyklętym. Ledwie wiążącym koniec z końcem.
A tekściarze? Wiadomo, ci wiedli życie, że ech…rozmarzył się drwiąco: "gdyby tak... pewnie wyjechałbym... może nawet do Bułgarii astmę ukoić. Pożyć ociupinkę. Mógłbym skończyć wreszcie z tą ciagnącą się karierą karmiciela wszy, kalkulatora chronometrażysty czy młodszego referenta w Torf Projekcie. Żle by nie było."
Ale nic z tego...
Pan Zbyszek był poetą, a poeci nie piszą po to, żeby się podobało.
Nie są sprzedawcami galanterii, w kramie “Wszystkie rymy po 2 zł.”, zgrabnie składającymi słowa w zamawiane frazy. Nie są wyrobnikami pióra – mniej ważnymi współtwórcami piosenek.
Mniej ważnymi, bo w swej istocie, piosenka jako forma lekka, łatwa i przyjemna, treść niesie przeważnie konwencjonalną, cokolwiek banalną.
Nucimy ją w trakcie golenia lub pielenia grządek. Utrata słowa lub wersu, nie powoduje większego spustoszenia, specjalnie nie burzy konstrukcji. Zresztą stratę zawsze można sobie powetować. Tralalowaniem lub pogwizdywaniem. Byleby tylko trzymać się melodii.
Piosenka jest prosta, tak w odbiorze, jak w użyciu. Jest egalitarna. Podobnie jak talk show albo telenowela jaka. Kiedy trzeba zabawi, kiedy trzeba wzruszy. Tym jej lepiej, im więcej ma odbiorców. Jak rozrywce, ulotnej, o krótkim terminie ważności.
A poeta, jeśli już pisze, to pisze pieśni. W nich słowa mają swoją wagę, nie są już ubogimi kuzynami nut. Pieśń, aby ją zrozumieć i zapamiętać - by nie uleciała, wymaga odrobiny wysiłku.
Nie jest lekka i przyjemna. Niełatwo ją polubić, bo częstokroć bywa cierpka a przykra. Trochę, jak naznaczona doświadczeniem, surowa i wymagająca nauczycielka martwego języka. Niedziesiejsza, nieprzystępna starsza pani. Przeważnie budząca lęk i niepokój, a czasami szyderczy śmiech odwetu.
Stanowiąca przeciwieństwo pogodnej, młodej i zgrabnej psorki od plastyki, z którą na szkolnej wycieczce można się opić likierem z wiśni.
Piosenka, jak piosenkarze, uwielbia tłum, blichtr i gale. A pieśń?
Ta, jak śpiewak… jest sama.
Mam więc Prośbę. Nie moją, pana Zbyszka. Nie jest to co prawda Lady Gaga, ale kto chce niech się wsłucha...
Naucz nas także palce zwijać
i drzwi podpierać z tamtej strony
pokojów próżnej już miłości
niech kiedy trzeba będzie pięścią
to co marzyło tak o szczęściu
i osłaniało chudy płomyk
a potem po skończonej walce
pozwól nam rozprostować palce
choćby już była tylko pustka
gdy w dłoń otwartą przyjmiesz klęskę
gdy czaszkę w czułe palce weźmiesz
zacznie się wtedy jeszcze raz
otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podróż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia



Komentarze
Pokaż komentarze (6)