Wyszedł zza rogu, taki rozradowany i elegancki. W ciemnym garniturze jak do ślubu. W białej starannie zapiętej pod szyją koszuli i karabinem przewieszonym przez ramię. Sąsiedzi oniemieli. Był taki uroczysty. Nigdy przedtem takim go nie widziano. Z przydomowych ogródków i zza firanek obserwowały go zaciekawione oczy.
„A dokąd to cię niesie, Leon?”- usłyszał. Węglarz Antoni właśnie poił swoją kobyłę. ”Ha! Ha! Ha! Z giwerą? Na wojnę?”- rozgadał się - ”Co zpieszyli cię? Pożyczyłbym ci Zośkę”- wskazał na wyłysiałą miejscami klacz - „Ślepa na jedno oko i pod skarpę trudno jej pociągnąć, ale razem pasujecie do siebie, byście szarże zrobili, że hej!” – szydził
(Fakt, Leon przed laty służył w kawalerii i nawet miał order)
„ Ano zpieszyli, durny koniojebie” odparł ze śmiechem i demonstracyjnie gromko zaśpiewał: „nie noszą lampaaaasów, lecz szary ich stróóój, nie noszą ni srebraaa ni złooota.....”
Skręcił w Piaseczyńską.
Przeszedł jeszcze kawałek. Obejrzał się i zatrzymał. Z kieszeni wyjął, uszytą sekretnie, biało czerwoną opaskę i jakieś zawiniątko.
„A to się Baśka wścieknie, jak wieczorem zobaczy poduszkę”- cieszył się jak dzieciak z dobrej psoty. Starannie naciągnął ją na prawe ramię. Następnie rozwinął szmatkę, wyjął z niej Virtuti Militari (to za bolszewika) i przypiął do klapy marynarki.
No, teraz był już naprawdę gotów.
Tak szedł Piaseczyńską a nieliczni przechodnie schodzili mu z drogi i oglądali się za nim z podziwem. A on kroczył niczym na jakiejś paradzie zwycięstwa. Był szczęśliwy.
W pewnej chwili z bramy wypadło, wprost na niego, trzech młokosów. Wyraźnie gdzieś się spieszyli. Charakterystyczni. Oficerki, skórzana kurtka i beret.
Zaskoczeni stanęli jak wryci, ściągnęli kopyta i oddali honory.
Leon niedbale skinął głową.
I tak maszerując, nie zauważył nawet, kiedy alkoholowy kuraż przestał działać. A mimo tego, strach nie wrócił. Przeciwnie nigdy wcześniej nie czuł się tak od niego wolny.
Mijający go, uśmiechali się serdecznie. A on jakby nieobecny, miał przed oczyma młodą Basię z jasnym warkoczem, taką śliczną i radosną. I dziedziniec Belwederu pełen szych, gdy Marszałek przypinał mu order i....
No nie, Soldatenstrasse. Nie zdzierżył. Przekrzywiona tabliczka ze szwabską nazwą wzbudziła w nim furię. Jednym uderzeniem kolby zwalił ją na ziemię i wykopał na jezdnię. Pierwszy triumf.
Nie zauważył, że z przeciwnej strony ulicy przygląda się mu czterech zdumionych żandarmów.
Nie poczuł strzału. Leżąc, dostrzegł jeszcze w podwórku tabliczkę ze znajomym adresem - Różana 15. Tak, to tu mieszkała ciotka Stefa. I te cztery kuzyneczki, te wieczorki tańcujące...
Nie czuł nic.Taki spokój i ta nieznośna cisza. Jedyne, co było słychać to delikatny szelest krwi, wąską strużką spływającą z kącików ust.
Po takiej ciszy to musiała nadejść nie byle jaka burza.
Rzeczywiście w chwili, gdy pierwsza kropla krwi oderwała się od policzka i spadła na bruk, ulica eksplodowała. Wybuchami granatów, seriami z broni automatycznej i pojedynczymi strzałami.
Leon tego nie słyszał...
Już energicznie wbiegał po schodach. Nie mógł się spóźnić, jak fajfy to fajfy.
Na półpiętrze natknął się na ciecia pucującego poręcz:” Tylko proszę, nie za głośno Panie Leosiu”.
Otworzyła ciotka. ”Ty, jak zawsze punktualnie, widać, że z kolejarskiej rodziny, punkt piąta, brawo...Ale jak ty wyglądasz? Ogarnij się trochę, przyniosę ci ręcznik.”- powiedziała.
„I odłóż ten karabin, bo panny wystraszysz”- dodała znikając w sypialni.
Został sam w tym wielkim pogrążonym w półmroku przedpokoju.
Ze stołowego dochodziły jakieś głosy, zaciekawiony zbliżył się. Przez uchylone podwójne drzwi dostrzegł osoby nie widziane od lat.
Przy stole siedzieli prof. Jezierski od Wawelberga i rotmistrz Kostoń. „Dziwne”- pomyślał- „wydawało mi się, że zginął podczas wybuchu na cytadeli”.
I Jakub Kron ten, co to miał sklep żelazniany na Nalewkach. Zaniepokoił się, widział przecież płonące getto.
Na fotelu przy oknie siedziała babka Teofila a mama poprawiała jej pled...Zrozumiał.
Otworzyły się drzwi od gabinetu wuja. A w nich stanął ksiądz Molęda. „W domu wuja znanego ateusza?”. Nie miał już żadnych wątpliwości.
„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”- wykrztusił z siebie i zabrzmiało to zupełnie inaczej niż zwykle.
Ksiądz objął Leona. Naznaczył czoło krzyżem i odszedł w milczeniu
Wówczas usłyszał grający w salonie patefon .
I dokładnie w tym momencie zjawiła się ciotka z ręcznikiem; ”Dziewczęta będą niepocieszone, co z kolegami, Leosiu, przyjdą?”
„Przyjdą ciociu - odpowiedział cichym nie swoim głosem- niedługo wszyscy przyjdą .....”



Komentarze
Pokaż komentarze (19)