„Tata, zobacz Sianecki na podwórku Stefka!”: zawołał wczoraj mój młody, rozpolitykowany, domowy antagonista, który co, jak co, ale wiadomości zobaczyć musi.
Rzuciłem okiem, fakt Stefka, ale, o co chodziło to nie miałem pojęcia. Do czasu, kiedy wieczorem zasiadłem do Salonu. Major( i ktoś jeszcze), jak zwykle dobrze poinformowany przez TVN, zdał detalicznie relację, w czym rzecz.
To, co przeczytałem nijak nie pokrywało się z tym, o czym wiedziałem do tej pory. Tak się składa, ze wychowałem się na Żoliborzu. I znam opowieści moich teściów o tych "dwóch małych łobuziakach". Wiedzą, co mówią, bo przez lata byli sąsiadami Kaczyńskich. Miałem okazję poznać zarówno ich szkolnych kolegów jak i tych z sąsiedztwa. Znam, więc z pierwszej ręki opowieści o ich ekscesach. O Lelewelu, i wyrzuceniu z niego, jednego z braci i o DeWuLocie i inne takie tam. Normalne, pełne temperamentu chłopaki. A tu czytam różne pasjonujące lecz tylko wirtualne historie i oparte na nich analizy ich osobowości. Pasujące do z góry przyjętych założeń.
Czytam też, że Kaczyńscy mieszkali tam gdzie Kuroń. No, niezupełnie, kawałek drogi to jednak był. A dziwnym trafem znam i podwórko, na którym grał w gałę Maciek Kuroń.
Pewien światły acz zacietrzewiony, nie może pogodzić się z tym, że mam coś tam do taty Maćka. I czyni ze mnie zoologicznego, dyszącego nienawiścią obalacza mitu.
A ja pamiętam jak na pierwszej randce zaprosiłem moją obecną do „Faworów”- tych nowych, (ci, co znają okolice wiedzą, dlaczego to zastrzeżenie). Gdy mój słowny skrzący się dowcipem i erudycją taniec godowy trwał w najlepsze, przy stoliku obok zasiadł Jacek Kuroń z Marcinem Królem. Strasznie mnie to speszyło i po kurtuazyjnym „dobry wieczór” (pod byle pretekstem) przeniosłem się ze śliczną na drugi koniec sali.
Żeby ktoś nie pomyślał, że to ukierunkowany i doraźny post polityczny i by było sprawiedliwie, muszę oświadczyć;
Rysio Kalisz nie był takim grubasem i dobrze grał w piłkę, nie zawsze na bramce i zdarzało się mu faulować. I choć nieco starszy to fajny koleś był. Na boisku przy ul. Fontany.
A wy szlachetne ogary polskie, merdające ogonami i łaszące się do swojego pana nie liczcie, że się do was przyłączę. A, gdy w pogoni za zwierzem, wśród jazgotu i ujadania połączycie się w sforę proszę o jedno, zostawcie nasze podwórko w spokoju.
Macie swoje, na, którym dziś podobno senatorowie PO mszczą się na senatorze Romaszewskim, a Prezydent na pośle Sikorskim.
Skończę, zatem nieśmiertelną, grzesiową frazą: ale, ja to pewnie jak zwykle nic nie rozumiem. Więc spadam.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)