Hej, sowy, puchacze, kruki,
Szponami, krzywymi dzioby
I my nie znajmy litości:
Szarpajmy ciało na sztuki,
Niechaj nagie świecą kości…
W sytym, zadowolonym społeczeństwie każdy chce się trochę pobać. Przeżyć ten dreszcz na kanapie przed 65 calowym odbiornikiem Full HD. Wiadomo, że najbardziej przeraża coś, co niby znamy, z czym spotykamy się na co dzień, co, zdać by się mogło, niekiedy nawet lubimy.
W tym roku mija okrągła rocznica dnia, w którym ptaki A. H. przeraziły świat … Nie chodzi tu o Reichsadlery Adolfa H., zwane gapami. Nie, nie przemiłe Panieneczki. To nie jest też o Adamie H. z Konina. Tym, co strwożył was swoim ptaszkiem. Mowa o wizjonerze, mistrzu horroru – Hitchcocku, Alfredzie Hitchcocku z Hollywood.
Muszę przyznać, że od pewnego czasu telewizor uruchamiam z dużym niepokojem; drżącą ręką usiłuję znaleźć jakiś przyjemny kanał z kojącą Teksańską Masakrą Piłą Mechaniczną, albo coś równie sympatycznego. Wybierając przycisk pilota czuję zimny pot na karku. Niczym Sly Stallone decydujący, który kabelek przeciąć, by nie wywołać katastrofy na niewyobrażalną skalę.
Obrodziło nam bowiem w stacje informacyjne siejące grozę przez 24h na dobę. Groza atakuje zewsząd. A to faszyści z pochodniami maszerują Krakowskim Przedmieściem, to dzika horda związkowców chce w urynie utopić nam metro. To barbaria opozycyjna ma zrównać nasze miasto z ziemią, a demokratycznie wybrane władze wieszać na latarniach. A to znowu nowe Powstanie Warszawskie się szykuje, a w krakowskiej szkole wyższej terroryści rolni zawiązują spisek prochowy.
Stanowczo, to nie na moje nerwy….
A wszystko zaczęło się dawno temu, gdy zajrzałem do programu Tomasza Lisa. Wtedy jeszcze się nic nie zapowiadało…
Gospodarz; z idealnym przedziałkiem, miły, kulturalny, wżeniony w inteligencką rodzinę, Dość wspomnieć, że jego teściowie, to faworyci samego Stefana Kisielewskiego; obok Machejka, Kura i Gontarza – rzecz jasna.
Tak więc, włączam TV, żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się „co z tą Polską?” a tam eksploduje pani profesor Hanna Gronkiewicz-Walz zdetonowana słowami; „chylę czoło przed Panią, jako Damą”
„To jest seksizm!! Za to na zachodzie wyleciałby pan z takiego studia! Nie wolno, nie wolno! Nie wolno tak mówić! To jest sprzeczne z konstytucją! Pan naruszył polską konstytucję! Pan jest typowym seksistą! Pan nie znosi kobiet! Pan pogardza kobietami… Tego nie wolno robić w normalnym świecie… Za taką wypowiedz w każdym normalnym kraju, już by pan nie był politykiem! To jest seksizm!!!”
Oniemiałem… Nie chodzi o to, że Alfred Hitchcock twierdzeniem „blondes make the best victims”, stałby się obecnie nie tylko jednym z pionierów wiktymologii, ale przede wszystkim seksistą wzorcowym. Ciekawe co na to powiedziałby pan prof. Lech Falandysz? Skądinąd spiritus movens oszałamiającej kariery politycznej pani profesor.
A o to, że znany jestem z niezwykłe szarmanckiego stosunku do płci pięknej. En masse. Bez względu na kolor włosów, oraz miejsce zamieszkania. (Może za wyjątkiem jednej liniejącej damy z Kreuzbergu – Niemand ist perfekt).
Przyznam, że trochę normalnego świata zjeździłem i nigdy dotąd nie spotkałem się z podobną reakcją. Wręcz przeciwnie. Zdarzało mi się i tam przepuścić kobietę w drzwiach, czy podać okrycie wierzchnie. Albo skomplementować jej pracę, sweterek, względnie fryzurę… Nawet moja wyjątkowo postępowa berlińska koleżanka, gdy ustąpiłem jej miejsce w U-Bahnie radośnie zaszczebiotała; „właśnie za to lubię Polaków”.
Oczywiście nie należy przesadzać. Razu pewnego– cmokiem w dłoń -. o mały figiel nie doprowadziłem do zejścia nobliwej obywatelki USA. Jednak Lady owa po dojściu do siebie okazała się być zachwycona; „pierwszy raz w życiu poczułam się, jak Scarlett O’Hara” – wyznała. Kilka dni później jej małżonek żalił się, że przez moją fanaberię zmuszony jest odgrywać Rhetta Butlera. Cóż, nie ma lekko, galanteria wymaga poświęceń.
Nie przejąłbym się aż tak, gdyby wówczas, u red. Lisa Tomasza, zajazgotała przekupka, a nie Profesor Wydziału Prawa najlepszej z polskich uczelni. ( Laeniu wybacz)
A tak wyszło, że gwałcę konstytucję notorycznie i z premedytacją. Na swoje usprawiedliwienie mam jedno; pochodzę z rodziny patologicznej. W której do stołu – nim zasiadła mama - nie miał prawa siąść tata, ani nikt z nas, chłopaków.
Tak więc, kiedy ostatnio usłyszałem, że ci co mają mnie bronić również wywodzą się ze środowisk kryminogennych, to w końcu dotarło do mnie, że przekroczyłem bramę piekieł. Porzuciłem zatem wszelką nadzieję… Wraz z telewizją.
Teraz relaksuję się zerkając w okno, za którym rośnie rozłożysta lipa. W jej gałęziach gromadzą się ptaki.
Rozpoznaję je już do tego stopnia, że poszczególnym sztukom nadałem imiona; jest Poniedziałek, jest Bugaj, Lorenc, Dunin i Chojecki z Glińskim oraz Johanem. Wszystkie tutejsze, warszawskie. Ani jednej mewki z Gdańska, ani jednej - przybłąkanej z krakowskich błoni - kuropatwy.
A ptactwa jakby przybywało…
Komentarze
Pokaż komentarze (6)