Piszę po lekturze świetnej analizy box2008.salon24.pl/171253,pytania-o-katyn-10-04-2010 i szeregu innych, także na profesjonalnym blogu lotnictwo.net.pl. Są tam setki wpisów, polskich i rosyjskich. Niektóre z nich zapewne bardziej pogłębione i szczegółowe niż wnioski prokuratury, które kiedyś poznamy.
Fakty są porażające.
Samolot podchodził do lądowania w miarę normalnie. A nawet ostrożniej niż zwykle ostrzeżony przez kontrolę lotów o słabej widoczności z powodu mgły. Tu pojawiają się pewne wątpliwości (pół godziny wcześniej lądował samolot z dziennikarzami i mgły nie było; podobnie w transmisji tv wkrótce po katastrofie widocznośc jest ok), ale nie mają one decydującego znaczenia. Piloci uznali, że mogą bezpiecznie lądować nawet przy zastanej widoczności w oparciu o wskazania przyrządów i wiezy.
Rozpoczęli zniżanie. Już ok. 1,5 km przed początkiem pasa startowego byli tak nisko, że samolot ściął pierwsze drzewo, brzózkę, na wysokości 10 metrów. Piloci próbowali poderwać maszynę. Udało im się przez następne 200 m podnieść TU o ok. 5 m, ale lewe skrzydlo uderzyło w gruby pień, który uszkodził je tak poważnie, że roztrzaskali się o ziemię. Kolejne etapy katastrofy widać dokladnie na fot. u box2008.
Jak to było możliwe? Samolot wyposażony był w 3 różne i niezależne systemy pomiaru wysokości, w tym jeden ostrzegający automatycznie przed niebiezpiecznym zbliżaniem się do ziemi. Drugi ustawiany był w oparciu o wskazania ciśnienia powietrza z wieży kontrolnej. Trzeci radiolokacyjny.
Niemożliwe, by zawiodły wszystkie 3 na raz. To nie był wypadek.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)