Syn oficera zabitego w pobliżu Katynia, polski filmowiec Andrzej Wajda krytykuje polityczne wykorzystywanie śmierci prezydenta Kaczyńskiego
W Polsce, Andrzej Wajda jest nie tylko filmowcem, ale największym kulturalnym autorytetem. Pozycja ta jeszcze bardziej umocniła się po wejściu na ekrany filmu „Katyń” poświęconego zamordowaniu 22.000 polskich oficerów, wiosną 1940 roku, przez sowiecką policję polityczną. Po katastrofie lotniczej z 10 kwietnia, w której zginęło 96 osób, w tym prezydent Polski Lech Kaczyński, Andrzej Wajda sprzeciwił się pochowaniu pary prezydenckiej w katedrze wawelskiej w Krakowie.
- Jak wyjaśni Pan oddźwięk, jaki spowodował ten wypadek w społeczeństwie polskim?
Chodzi o ogromną stratę. Na pokładzie byli ludzie bardzo wartościowi. Udawali się do Katynia w słusznej sprawie, w sprawie niezamkniętej historii. Los, jaki spotkał prezydenta Kaczyńskiego, jest tragiczny. Ale musimy dowiedzieć się, dzięki czarnym skrzynkom, czy lądowanie nastąpiło na jego rozkaz. Przy tym założeniu, czy prezydent miał prawo podjąć decyzję mającą wpływ na życie wszystkich pasażerów? Nikt by o tym nie myślał, gdyby nie było precedensu, w Gruzji [w czasie oficjalnej wizyty, pan Kaczyński domagał się lądowania mimo złych warunków atmosferycznych, ale pilot odmówił].
- Wyczuwa się u Pana pewną gorycz...
Jednym z obowiązków prezydenta Kaczyńskiego było udać się do Katynia. Gdyby wypadek zdarzył się gdzie indziej, sprawa nie nabrałaby takiej wagi. Ale nie powinno się tworzyć analogii pomiędzy historyczną zbrodnią a wypadkiem. Zbrodnia katyńska to zamknięte zdarzenie z przeszłości, do którego nie należy wszczepiać zdarzeń współczesnych.
Szukam odpowiednich słów... Nie chciałbym, pod koniec mojego życia, aby telewizja rządziła światem. To byłoby zbyt smutne. Ale zdaje się, że postrzeganie rzeczy w przekazie medialnym jest ważniejsze niż historia, niż sama rzeczywistość.
- Pan był na cmentarzu katyńskim, trzy dni przed wypadkiem, w towarzystwie premiera Donalda Tuska...
Polecieliśmy samolotem 7 kwietnia, była wspaniała pogoda. Zwiedzając cmentarz wojskowy, zobaczyłem wielki, prawosławny krzyż. Rosjanie budują kościół ku czci ofiar represji stalinowskich w latach trzydziestych.Pamiętając o zmarłych, troszcząc się o Katyń, Polacy dali Rosjanom przykład, aby nie zapominali o tych zbrodniach.
Bardzo podobało mi się to, co powiedział Donald Tusk, przypominając pośmiertne zwycięstwo zamordowanych oficerów. To także nasze odczucie. Wystąpienie Putina było przekonujące, powiedział słowa, które nigdy dotąd nie padły. Zwracam uwagę na fakt, że zaprosił w ostatniej chwili prezesa organizacji Memoriał [rosyjska organizacja obrony praw człowieka]. Putin jest w trudnej sytuacji, ponieważ niewielka część społeczeństwa rosyjskiego to żyjący wciąż ludzie, którzy szli na Berlin [w 1945] i zatykali flagę na Reichstagu krzycząc „Niech żyje Stalin!”. ».
W tych słowach posunął się tak daleko, jak tylko mógł. Patrząc na niego, pomyślałem sobie, że Rosjanie zbliżają się do chwili, w której mogliby sobie powiedzieć prawdę o Stalinie. Wkrótce, 9 maja w Moskwie będzie miała miejsce wielka parada zwycięzców [drugiej wojny światowej]. Czy musi odbywać się pod sztandarem Stalina? Miałem wrażenie, że władze rosyjskie nie podjęły decyzji. Chcemy, aby Rosja poczyniła pozostałe kroki, aby wszystkie archiwa zostały upublicznione.
Napisałem do generalnego prokuratora Rosji w zeszłym roku, pytając go na mocy jakiej ustawy mój ojciec został zabity w Charkowie wiosną 1940 roku. Nie zrobił nic poza tym, że był oficerem polskiej armii, która dostała się pod kontrolę sowiecką i którą Stalin skazał na śmierć. Stalin uważał, że oficerowie tworzący inteligencję polską stoją mu na drodze. Pozbawione tej grupy społecznej, społeczeństwo miało być bardziej podporządkowane kłamstwu i manipulacji.
- Dlaczego zdecydował się Pan na opublikowanie krótkiego apelu w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, aby prosić Kościół o odstąpienie od pomysłu pochowania prezydenckiej pary w katedrze wawelskiej w Krakowie?
Myślałem, że pewien argument dotrze zarówno do władzy jak i do społeczeństwa. W momencie, w którym manifestowaliśmy narodową żałobę, pokazywaliśmy, że jesteśmy prawdziwą wspólnotą, było nie do przyjęcia, aby ktoś podejmował taką decyzję tworzącą podziały. Jeśli cementuje się społeczeństwo wokół tragedii, po co je dzielić? Nie myślałem, że znajdę się na bezludnej wyspie! Może nie do końca: wielu ludzi na ulicy gratulowało mi. Ale to Platforma Obywatelska [PO, partia premiera Donalda Tuska] powinna była zabrać głos, a nie ja! Moja interwencja nie odegrała żadnej roli, ponieważ wybory już się zaczęły. Zaczyna się mierzyć zasługi prezydenta Kaczyńskiego biorąc za punkt odniesienia fakt jego pochówku wśród królów Polski. Tymczasem, zwykle, gdy umiera człowiek, jego oceny dokonuje się później, czeka się, pozostawia się to zadanie historykom. A teraz każdy będzie odwoływał się do Wawelu. Teraz problemem nie będzie już kto tam pochował prezydenta, ale kto będzie go chciał stamtąd wyprowadzić.
- Kto odpowiada za ten pośpiech?
Z największą goryczą zaobserwowałem, jak wykorzystywano to wydarzenie na potrzeby wyborów prezydenckich. Formacja, która nie miała żadnych szans na dobre wyniki, PiS [Prawo i Sprawiedliwość, partia braci Kaczyńskich], postanowiło uczynić z tego dramatu swój atut. Opozycja jest gotowa na wszystko, aby wrócić do władzy.
Media również zrobiły wszystko, by rozdmuchać emocje, ze strachu, że ich czytelnicy przestaną kupować prasę, że stracą część widowni. Powtarzały to, co mówiła ulica, mówiąc jednym głosem pozbawionym wszelkiej krytyki. Kościół też ponosi odpowiedzialność. Sprawuje władzę nad trumnami naszych wielkich ludzi, podczas gdy myślano, że należą one do całego narodu.
Wywiad przeprowadził Piotr Smolar
Artykuł opublikowany 23.04.10



Komentarze
Pokaż komentarze (10)