Podczas wczorajszej konferencji Międzypaństwowej Komisji (przypomnę, że "międzypaństwowa" oznacza jedynie, że w jej skład wchodzą przedstawiciele krajów WNP, czyli Rosji, Białorusi, Kazachstanu itd. Polak Klich jest przy niej tylko 'akredytowany'), jej przedstawiciel Morozow stwierdził, że 'jar" przed podejściem do lotniska mógł spowodować błędne wskazania wysokości w TU-154. Podobne tezy pojawiały się już wiele razy. Hipotezę o wpływie obniżenia terenu przed lotniskiem na przebieg lotu TU-154 pierwsza puściła do obiegu GW, piórem bodajże Czuchnowskiego, już kilka dni po tragedii. Tam właśnie po raz pierwszy użyto określeń "wąwóz" i "kanion", który rzekomo miał zmylić pilotów.
Wygląda na to, że komisja, kierowana przez p. Anodinę, czyta uwaznie polską prasę. Przecież w czasie konferencji korzystała też obficie z artykułu o brakach w wyszkoleniu polskich pilotów z sobotniej "Rzepy". Bo chyba przypuszczenie, że to polscy dziennikarze mogą być w jakiś sposób np. przez odpowiednio sterowane przecieki, wykorzystywani do manipulowania opinią publiczną należy z oburzeniem odrzucić, jako narzucające oczywiste skojarzenia z wyssanymi z palca teoriami spiskowymi.
Wróćmy jednak do 'jaru', 'wąwozu', czy 'kanionu' przed lotniskiem Północnym w Smoleńsku. Te nazwy tak się mają do rzeczywistości jak np. określenie Gór Świętokrzyskich mianem łańcucha wysokogórskiego.
Naprawdę mamy tam bowiem do czynienia z płytkim zagłebieniem terenu, o bardzo łagodnie nachylonych zboczach. Wystarczy powiedzieć, że na dlugości 1200 m zbocze tego zagłębienia wznosi się o zaledwie 57 m, czyli o niecałe 5 m na każde 100 m.
Nie jest w żaden sposób możliwe, aby ta nierówność, znana zresztą załodze z poprzednich lądowań, widoczna na mapach nawigacyjnych i tak przy tym niewielka, mogła być przyczyną katastrofy. Samolot znalazł się po prostu zdecydowanie -o ok. 100 m.- zbyt nisko i zbyt daleko od pasa. Właściwie to tylko istnienie tego zagłębienia spowodowało, że piloci w ogóle mogli podjąć próbę utratowania maszyny. Inaczej roztrzaskałaby się już kilometr wcześniej.
Tak wygląda przekrój terenu u Amielina. Jak widac, zagłebień przy podejściu jest więcej, co tym bardziej wyklucza teorię, że jedno z nich mogło nagle zmylić pilotów. Przecież wiedzieli, że teren jest pofałdowany i będąc już nad samą ziemią, gdzie musieli we mgle maksymalnie uwazać, nie mogli ignorować wskazań wysokosciomierzy ciśnieniowych - niezależnych od ukształtowania terenu. A tak twierdzą zwolennicy obciążania pilotów winą za katastrofę np., poza Międzynarodową Komisją, płk Łukaszewicz, były szef szkolenia sił powietrznych, a na s24 bloger Miki, emeryt z Ludowego WP. Próbują oni podawać nam do wierzenia, jakoby polscy piloci nagle zaczęli pikować we mgle, 'żeby zobaczyć pas". No cóż, obraża to przeciętną inteligencję, ale kto chce, niech wierzy.
.
Tyle że skala wysokosci jest na rysunku RÓŻNA od skali poziomej - wielokrotnie większa. Stąd może powstać wrażenie, że dolina jest głębsza niż w rzeczywistości.

Faktyczny przekrój terenu wygląda jak poniżej:

Prawda, że inaczej?
PS.
Podziękowania dla poltergeista za przeskalowanie rysunku.



Komentarze
Pokaż komentarze (73)