8 obserwujących
14 notek
6264 odsłony
  602   0

Ludzie na dnie?

Bardzo mnie wzruszyła notka @Madonna o dziewiętnastoletnim Bartku, który w związku ze swoją orientacją seksualną stał się bezdomny zaraz przed maturą i aby przeżyć, musi się prostytuować: https://www.salon24.pl/u/madonna/1116891,bezdomny-18-letni-gej

Postanowiłem skomentować, na co @Madonna zadała pytanie, czy nie lepiej pomyśleć jak takim "Bartkom" pomóc. I to wywołało trzy moje własne wspomnienia.

Wspomnienie pierwsze.

Przechadzałem się kiedyś ulicami mojego miasta, gdy zaczepił mnie pewien jegomość. Nie chciał pieniędzy, ani jedzenia. Jedyne o co prosił, to by pójść z nim do apteki kupić mleko modyfikowane, zastępcze dla jego córki Anielki, na które ma receptę, ale zabrakło mu dwudziestu złotych. Ponieważ nadal byłem młodzikiem i w pamięci brzmiały mi wciąż słowa matki, by obcym nadto nie ufać, okłamałem go, że nie mam gotówki i nie mogę mu pomóc. Nie był zadowolony. Ja zresztą też nie byłem z tego powodu szczęśliwy.

Ze cztery lata później, gdy stałem pod jednym z niemieckich supermarketów, zaczepił mnie dziwnie podobny człowiek. Przedstawił zaskakująco podobną historyjkę o dziecku, wymagającym specjalistycznego mleka modyfikowanego, zastępczego na receptę dla dziecka, i że on nie chce pieniędzy, ale bym poszedł z nim do apteki i dorzucił parędziesiąt złotówek. Zapytałem jak ma na imię to biedne dziecko.

- Anielka.

- Oj, to coś wyjątkowo słabo Anielka rośnie, skoro od czterech lat musi być na tym samym mleku modyfikowanym, zastępczym.

W ułamku sekundy, człowiek ten obrzucił mnie inwektywami i odszedł, nie zważając na moje prośby o wyjaśnienie.

Wspomnienie drugie.

Jestem w pracy. Podczas przerwy. Stoimy przed wejściem do firmy z kolegami. Ja palę papierosa. Podchodzi do nas starszy pan, na oko pod sześćdziesiąt lat, z charakterystycznym, kaprawym, lewym okiem. Nie chciał wiele. Brakowało mu pięćdziesiąt groszy do bilety tramwajowego, żeby dojechać do domu.

- A gdzie pan chce się dostać?

- Na Traktorową.

- To chodźmy na przystanek, tam jest biletomat i jeszcze pomożemy dobry tramwaj złapać.

Poszliśmy wszyscy. Kupiliśmy bilet, poczekaliśmy na odpowiedni tramwaj. Pan nam bardzo serdecznie podziękował.

Po miesiącu, sytuacja się powtarza. W przerwie w pracy wyszedłem na papierosa, choć tym razem z innymi kolegami. Podszedł do nas zaskakująco znajomy jegomość i poprosił o pięćdziesiąt groszy, bo brakuje mu do biletu tramwajowego:

- Panowie, brakuje mi na tramwaj, a chcę do domu. Na Polną.

- O! Przeprowadził się pan? Ostatnio pan jechał do domu na Traktorowej. - chciałem zagaić.

W ułamku sekundy, człowiek ten obrzucił mnie inwektywami i odszedł. Bez wyjaśnienia.

Wspomnienie trzecie.

Wszedłem kiedyś w posiadanie trzech studwudziestolitrowych worków ubrań po nieboszcce z przeznaczeniem na utylizację. Szkoda wyrzucać rzeczy nieznoszone, więc postanowiłem je wywieźć do lokalnego działu Caritas. Zapakowałem je do auta, choć tylko dwa zmieściły się do bagażnika, a jeden dumnie siedział na tylnej kanapie. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, auto nie odpaliło. To nie szkodzi, bo trochę się na tym znam, więc podniosłem maskę i zacząłem pod nią grzebać. Sprawa dość prosta, odpiął się kabel od cewki zapłonowej i silnik zalany. Wykręciłem świece, dałem się silnikowi wyparskać, skręciłem wszystko dokładnie, a kabel podpiąłem i zabezpieczyłem taśma izolacyjną. Zadowolony, zapaliłem papierosa. Nie minęło pięć minut i podszedł do mnie facet. Nie chciał pieniędzy, nie naciągał na kupno bułki, po prostu też chciał zapalić. Nie odmówiłem i usłyszałem historię życia. Otóż Mirek (chyba, mam fatalną pamięć do imion) przybył do mojego miasta z Mazur. Tam kiedyś miał dom, żonę, dwójkę dzieci, samochód i pracę w, uwaga, ośrodku pomocy dla nieletnich, bo skończył oligofrenopedagogikę. Wszystko wzięło w łeb, kiedy jego żonie znudziło się rodzinne życie i postanowiła szukać wrażeń. Mirek pocieszał się alkoholem, co doprowadziło do jego zguby. O jeden raz za dużo przyszedł na kacu do pracy, więc musiał się z nią pożegnać. Potem już z górki. Rozwód z orzeczeniem jego winy i wszystko przepadło. Tułał się potem po Polsce, aż trafił na mnie.

- Ale nie wyglądasz na bezdomnego.

- Ha, ha. Oceniasz książkę po okładce? Przed południem poprosilem tu pod Tesco pewną babcię, żeby mi kupiła najtańszą kostkę mydła i maszynke do golenia. To, że jestem bezdomny, nie oznacza, że muszę wyglądać jak zwierzę.

- Ale trzeźwy nie jesteś.

- No... Nie. Zimno na klatówach, a w noclegowni pijacych nie wpuszczają. Ale ja tak nie chcę. Tylko nie wiem co robić.

- Jadę pod Caritas, może chcesz się zabrać?

I się zabrał. Worki wrzuciliśmy na rampę przy magazynie, gdzie odbywała się zbiórka odzieży, a gdy gość który je od nas odbierał podziękował, przedstawiłem mu Mirka (chyba). Tam się rozstaliśmy.

Po pół roku znowu spotkałem Mirka na osiedlu. Tak samo świeży, ogolony, podchodził do grupek "pijaczków" i z nimi rozmawiał.

- Próbuję im przemówić do rozsądku. To do niczego nie prowadzi. Alkohol nie jest rozwiązaniem i da się coś w życiu zmienić.

Pewnie korzystał ze swojego wykształcenia. Nawet nie chciał papierosa. Życzyłem mu wszystkiego dobrego i udałem się za swoimi sprawami.

Rok później znowu go spotkałem pod tym samym Tesco. Ale tym razem był zarośnięty. W podartym płaszczu zarzuconym na bluzę z kapturem. Nie udało mi się z nim porozmawiać, bo uciekł. I nigdy więcej go nie widziałem.



Tak mi się skojarzyło.






Lubię to! Skomentuj35 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo