Po pierwszym przeglądzie „ekonomicznych złotych myśli” czerwono-zielonych blogerów dziś drugi (jak tak dalej pójdzie będę miał zajęcie do końca świata i jeden dzień dłużej). Po niekosztującej nic komunikacji miejskiej i po odkryciu , że wolność musi być biedna, dziś rewelacje o „darmowych książkach”.
Tu Autor , Bogu dzięki, nie jest stracony do końca - ma bowiem świadomość , że ktoś (czyli ministerstwo) musi "darmowe książki" KUPIĆ. Niestety Autor zatrzymuje się wpół drogi i nie pisze wprost skąd ministerstwo ma wziąć na to pieniądze. Ale ma chyba świadomość, że te pieniądze ministerstwo będzie musiało wziąć od samych rodziców (podatki) więc uspokaja ich twierdzeniem, że przecież można te „darmowe książki” KUPIĆ „po kosztach”. A więc zapłacą nie tylko rodzice ale i przedsiębiorcy oraz autorzy podręczników. A jak rodzice maja pecha i pracują w drukarni to zapłacą podwójnie - przy produkcji książek mogą przecież popracować „po kosztach” - „po godzinach” , znaczy się....



Komentarze
Pokaż komentarze