Paweł Łęski Paweł Łęski
86
BLOG

TRZY ZDJĘCIA

Paweł Łęski Paweł Łęski Kultura Obserwuj notkę 2

TRZY ZDJĘCIA


Mam je w szufladzie biurka w IPN na Grudziądzkiej. Nie w teczce. W kopercie bez sygnatury. Ktoś je wsunął między akta wysiedleńcze. Trzy odbitki, format 9x12, na odwrocie ołówkiem: "Rynek. 9 IX. Zbiór E.R."


Nie ma negatywów. Nie ma protokołu.


ZDJĘCIE 1


Siedzą na bruku. Ręce na kolanach. Dwudziestu kilku mężczyzn. Wszyscy patrzą w jeden punkt poza kadrem. Wszyscy oprócz jednego.


On stoi. W sutannie. Lekko z boku, jakby go tam postawiono dla kompozycji. Ks. Kazimierz Stepczyński. Rozpoznałem go po opisie z akt parafii Serca Jezusowego. Taki heros ducha o nazbyt szlachetnym spojrzeniu.


Nad nimi Niemiec w hełmie. Karabin na ramię przewieszony niedbale. Wyciąga rękę. Wskazuje. Nie na stojącego. Na któregoś z siedzących. Ten gest jest najgorszy. To gest selekcji.


W aktach koszar 15 PAL znalazłem listę z 8 września. 120 nazwisk. Obok 17 jest dopisek ołówkiem w innym języku: erledigt. Załatwiony. Ktoś z Bydgoszczy pisał te listy. Sąsiedzi. Kupcy z Gdańskiej. Nauczyciel gimnastyki. Mieli swoje związki z ojczyzną. Znali adresy.


Zacząłem sprawdzać kto sporządzał listy dla Selbstschutzu w okręgu Bromberg. I wtedy w systemie zauważyłem, że ktoś przede mną sprawdzał te same nazwiska. Wczoraj. Z mojego loginu.


ZDJĘCIE 2


To samo miejsce, Stary Rynek, ale już stoją. Ręce absurdalnie wysoko, nienaturalnie ku górze. Jakby chcieli dotknąć gzymsu ratusza. Cały pierwszy rząd to sutanny. Zawsze ich stawiają z przodu. Jak pasterzy.


To jest 9 września, godzina 12:15. Publiczna egzekucja. Dwadzieścia osób. Na osobisty rozkaz Hitlera, który dwa dni wcześniej był w mieście. Na zdjęciu widać w tle fragment zachodniej pierzei. Tej, której już nie ma. Niemcy ją rozebrali w 1940 roku razem z kościołem pojezuickim. Żeby nie było ściany, pod którą strzelali.


Za plecami księży stoją nauczyciele, prawnicy, lekarze. Sól miasta. I jeden mężczyzna w garniturze, bez krawata, który nie pasuje. To Leon Barciszewski. Prezydent. Wrócił dwa dni wcześniej, bo rozpuścili plotkę że ukradł kasę miejską. Dla człowieka honoru to gorsze niż śmierć. Wrócił spod granicy rumuńskiej. Zatrzymali się u Chrzanowskich. Po dwóch godzinach przyszli po niego.


Na odwrocie tego zdjęcia ktoś dopisał atramentem, świeżym: "Nie wszyscy zginęli tego dnia".


Zadzwoniłem do konserwatora archiwum. Zapytałem o zbiór E.R. Nie ma takiego zbioru. Nigdy nie było.


Wieczorem, wychodząc z archiwum, zauważyłem na parkingu samochód. Stary Opel. W środku siedział starszy mężczyzna i patrzył na wejście. Kiedy mnie zobaczył, odjechał.


ZDJĘCIE 3


To już nie jest fotografia dokumentalna. To jest Goya.


Moment salwy. Mężczyźni w pół obrotu. Ręce nie w górze, tylko na piersiach. Ten odruch - Dlaczego ja? Jeszcze się dziwią. W tle dym. I twarze Niemców z plutonu egzekucyjnego. Rozmazane, ale jedna jest ostra. To nie jest żołnierz Wehrmachtu. To chłopak w cywilnym płaszczu, z opaską Selbstschutzu. Znam tę twarz. Widziałem ją na zdjęciu klasowym z 1932 roku w Gimnazjum Humanistycznym. Obok Barciszewskiego, jako uczeń.


To byli już zupełnie inni Niemcy. A jednocześnie ci sami. Ci, z którymi chodziło się do szkoły.


I wtedy zrozumiałem paranoję tych zdjęć. One nie pokazują katów i ofiar. One pokazują moment, w którym ofiara orientuje się, że kat to sąsiad. Że przez lata powierzchowna warstwa niemieckości, ta kulturalna, kupiecka, była tylko cienką farbą.


Wróciłem do archiwum o 22:00. Szuflada była otwarta. Trzecie zdjęcie zniknęło.


Na jego miejscu leżała kartka z maszyny do pisania, taka jaką używano w 1939 w magistracie. Jedno zdanie:


"Pan Barciszewski prosi, żeby Pan nie szukał dalej. Niektórzy z nas tu zostali."


W Bydgoszczy Selbstschutz rozwiązano 26 listopada 1939. Oficjalnie. Ale jego ludzie nie wyjechali. Zostali. Przejęli fabryki, kamienice, piekarnie. Ich wnuki dziś mają cukiernie na Dworcowej.


Trzymam teraz dwa zdjęcia. Trzeciego już nie mam. I wiem, że jeśli pójdę na Stary Rynek i stanę w miejscu gdzie była zachodnia pierzeja, ktoś będzie patrzył na mnie z okna. Sprawdzał dokumenty. Tak jak wtedy.


Bo listy nigdy nie zostały zniszczone. Tylko schowane.


FINAŁ - Księga Wieczysta nr 847/1939

Poszedłem za nazwiskiem z opaski Selbstschutzu.


Chłopak z trzeciego zdjęcia, ten w cywilnym płaszczu. Znalazłem go w liście członków Selbstschutzu Kreis Bromberg. Erich R. - Erich Richter. Przed wojną kupiec kolonialny z ul. Dworcowej. Na zdjęciu klasowym z 1932 roku siedział w jednej ławce z polskimi chłopakami.


W Archiwum Państwowym na Dworcowej poprosiłem o księgi wieczyste dla Dworcowej 19. To tam była jego kamienica. I tam mieszkała moja babcia po wojnie. Zawsze mówiła, że "dostali to mieszkanie po Niemcach".


Przynieśli mi tom oprawiony w szare płótno. Październik 1939. Strony są cienkie, przebite pieczątką z orłem.


Kw. 19.10.1939. Akt sprzedaży.


Właściciel: Stanisław, kupiec, narodowość polska. Mój pradziadek.


Nabywca: Erich Richter, narodowość niemiecka, członek Selbstschutzu.


Cena: 1 Reichsmark.


Pod spodem dwa podpisy. Jeden pękaty, gotycki - Richter. Drugi - drżący, polski. Pradziadek. I dopisek notariusza niemieckiego: "Sprzedający oświadcza, że dobrowolnie wyzbywa się majątku i nie rości pretensji".


Na następnej stronie, ten sam dzień, 19.10.1939, inny wpis. Wniosek o zwolnienie z internowania w koszarach 15 PAL. Podpisany przez tego samego Richtera. "Stanisław jest lojalny wobec władz niemieckich i przydatny jako tłumacz. Proponuję zwolnić".


Zrozumiałem wtedy pierwsze zdjęcie.


Ci co siedzą na ziemi. Oni nie czekają na przypadek. Oni czekają na selekcję. A selekcjoner ma listę. Listę, którą ktoś mu dał. Ktoś, kto znał wszystkich z ulicy. Kto musiał oddać kamienicę za jedną markę, żeby jego nazwisko zniknęło z tej listy.


Mój pradziadek nie siedział na bruku. Stał obok Niemca w hełmie. Nie w sutannie, jak Stepczyński. W cywilnym płaszczu. I wskazywał.


To dlatego trzecie zdjęcie zniknęło z mojej szuflady. Bo na trzecim zdjęciu, w momencie salwy, w tłumie gapiów pod zachodnią pierzeją, której już nie ma, stoi mężczyzna w garniturze. Patrzy nie na egzekucję, tylko wprost w obiektyw. Wprost na fotografa. Wprost na mnie, 86 lat później.


To mój pradziadek. Młodszy niż ja teraz.


Wróciłem do biura. W szufladzie nie było już dwóch pozostałych zdjęć. Była tylko ta kartka z maszyny. Tym razem bez zdania o Barciszewskim. Tylko adres:


Dworcowa 19, III piętro. Mieszkanie nadal w rodzinie.


I na dole, ołówkiem, tym samym charakterem co na odwrocie zdjęć: "Teraz rozumie Pan, dlaczego nigdy nie dadzą odpowiedzi. Bo na każdym zdjęciu jest ktoś, kto musiał przeżyć, żeby Pan mógł je oglądać."


Nie poszedłem tam.


Siedzę w Warszawie i trzymam kserokopię aktu za 1 Reichsmark. I wiem, że jeśli pojadę do Bydgoszczy, na Dworcową 19, i zapukam do drzwi, które moja babcia dostała "po Niemcach", otworzy mi ktoś, kto będzie łudząco podobny do Ericha Richtera. I powie: "Czekaliśmy na Pana".


Bo listy nie zostały zniszczone. Zostały przepisane na księgi wieczyste.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj2 Obserwuj notkę

There have been many comedians who have become great statesmen and vice versa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura