SCHYŁEK EUROPY
Paryż, kwiecień 1920 - wrzesień 1931 - Dossier N° 1920 / QdO - CONFIDENTIEL
INTRO - Światło z korytarza wpada na mapę, która już kłamie
Kwiecień 1920, Quai d'Orsay. W gabinecie pachnie kurzem archiwum i niedopałkiem cygara. Na dębowym biurku leży świeżo wydrukowana, jeszcze ciepła książka Amerykanina Lothropa Stoddarda The Rising Tide of Color Against White World Supremacy, 1920. Okładka jest krzykliwa, tytuł ma wywołać dreszcz. Obok, jakby dla przeciwwagi, trzy przedmioty ułożone w równym rzędzie.
Pierwszy to telegram z Teheranu, złożony na czworo. Drugi to mapa Austro-Węgier pocięta nowymi granicami jak brzytwą. Trzeci to raport demograficzny Ligi Narodów, z tabelą, która nie chce się domknąć.
Urzędnik, który tu siedzi, może być dziennikarzem, historykiem, kimkolwiek, kto umie czytać między wierszami. Rozumie w jednej chwili to, czego konferencja pokojowa nie chce wypowiedzieć. Europa wygrała wojnę. I właśnie dlatego przegrała świat. Zwycięstwo okazało się najdroższym sposobem na samobójstwo.
I - Puste kołyski - Demografia 1900-1929
Liczby nie kłamią, tylko milczą dłużej niż ludzie. Między 1900 a 1913 rokiem Europa urosła o pięćdziesiąt milionów dusz. Pomiędzy 1913 a 1929 rokiem, mimo że mapy stały się ciaśniejsze, a flagi liczniejsze, przybyło tylko dwadzieścia pięć milionów.
Różnica to nie statystyka. To hekatomba. Na Sommie i pod Verdun nie ginęli anonimowi żołnierze. Ginęły elity. Nauczyciele łaciny, inżynierowie mostów, synowie adwokatów, którzy mieli zostać ministrami w 1935 roku. Europa wycięła sobie przyszłość z kołyski i wysłała ją na drut kolczasty.
Ci, którzy zostali przy stołach w Wersalu, w Trianon, w Saint-Germain, to gerontokracja. Siwi panowie w surdutach, którzy pamiętają jeszcze Bismarcka. Mówią o gwarancjach i reparacjach, ale ich głosy są zmęczone. W kawiarniach Paryża i Wiednia mówi się już otwarcie o zmęczeniu rasy, o fatigue, o końcu woli. Puste kołyski stoją na piętrze, a na dole dyskutuje się o podziale świata.
II - Rozcięte żyły - Finanse i handel 1917-1920
Belle Epoque skończyła się nie w 1914, ale w 1917. Dopiero wtedy bolszewicy weszli do salonu i wysadzili stół, przy którym Europa grała od stu lat. Rynek światowy, który do tej pory był europejskim salonem z europejskimi zasadami, wymknął się europejskim krupierom.
Sieć, która trzymała kontynent, była prosta i genialna. Tory kolejowe, linie parowców, telegraf, cła preferencyjne. W 1914 roku wagon załadowany w Wiedniu dojeżdżał do Triestu bez jednego papieru. W 1920 roku po drodze mija trzy granice, trzy cła, trzy armie celników, które liczą śruby.
Austro-Węgry to nie upadłe imperium. To trup z rozciętymi tętnicami. Krew, czyli handel, nie krąży. W Budapeszcie nie ma węgla z Czech, w Pradze nie ma zboża z Węgier, w Trieście nie ma statków, bo hinterland został pocięty. Każdy kawałek chce żyć sam, a żaden nie może.
Urzędnik z Quai d'Orsay zaznacza ołówkiem trasę: Wiedeń - Triest, 1913: 12 godzin. Wiedeń - Triest, 1920: 48 godzin i trzy stemple MANDAT. Pod spodem dopisuje: "Nie odbudujemy żył nożyczkami".
III - Dzieci, które urosły za szybko - Kanada, Południe 1910-1928
Imperium nie upada z hukiem. Najpierw odchodzą dzieci. I to dzieci najzdolniejsze.
Kanada w 1910 roku była lasem i pszenicą. W 1928 roku to wieżowce w Toronto, aluminium z Quebecu, papier gazetowy, który zalewa Nowy Jork. Argentyna i Brazylia już nie wysyłają tylko wołowiny i kawy. Stawiają huty. Meksyk, mimo rewolucji, zaczyna produkować stal i bawełnę na własne potrzeby.
Ambitni ludzie interesu, o których w Londynie mówiono jeszcze wczoraj z protekcjonalnym uśmiechem, wyrywają się spod kurateli finansowej City. Po co pożyczać w funtach, skoro można w dolarach, i po co importować maszyny z Manchesteru, skoro fabryka stoi już w São Paulo.
Europa importuje mniej nie dlatego, że jest biedna. Importuje mniej, bo tamci już sami produkują. To najcichsza rewolucja tych lat. Bez manifestu. Bez wystrzału. Po prostu rachunek w księdze handlowej zaczyna się nie zgadzać.
IV - Uśmiech Senegalczyka - Plakat Banania 1915
Na ścianie gabinetu wisi plakat. Wszyscy go znają. Banania, 1915. Szeroki, promienny uśmiech senegalskiego tirailleura z podpisem "Y'a bon". Oficjalnie to hołd dla lojalności. Najczystszy lojalizm, jaki można sobie wyobrazić. Czarny żołnierz broni białej cywilizacji.
Ten uśmiech jest potrzebny. Pozwala zachować dobrą świadomość. Bo w tym samym czasie, w tym samym gmachu, bez wyrzutów sumienia dzieli się poniemieckie kolonie i terytoria osmańskie. Nazywa się to formułą mandatu Ligi Narodów. Słowo jest czyste, prawnicze, higieniczne. Mandat. Opieka. Misja cywilizacyjna.
Pod tym słowem kryje się stare, ukryte okrucieństwo podboju. Różnica jest tylko taka, że teraz podbój ma pieczątkę z Genewy. Uśmiech Senegalczyka na plakacie jest więc nie tylko reklamą kakao. Jest alibi. Pozwala nie patrzeć na to, co dzieje się pod pieczątką MANDAT.
V - Mandaty - Irak, Egipt, Persja 1920-1932
Weźmy trzy akta z szafy oznaczonej MANDAT. Wszystkie pachną ropą i kurzem.
Irak. Podbity w czasie wojny, mandat brytyjski nadany 25 kwietnia 1920 roku w San Remo. Na papierze opieka, w rzeczywistości bazy RAF, naloty na wioski i król importowany z Hedżazu. Formalna niepodległość dopiero 1 października 1932 roku, ale z zastrzeżeniem. Bazy zostają. Ropa płynie. Mandat kończy się wtedy, gdy przestaje być potrzebny.
Egipt. Próba kolonizacji wprost, 1914 do 1919, ogłoszenie protektoratu. Odpowiedź to rewolucja 1919 roku, strajki, krew na ulicach Kairu. Londyn ustępuje o krok. W 1922 roku Egipt dostaje niepodległość, ale niepodległość z gwiazdką. Kanał, armia, Sudan. Wszystko zostaje pod kontrolą.
Persja. Ropa od 1908 roku, Anglo-Persian Oil Company. W 1919 roku próba narzucenia umów anglo-perskich, które zamieniłyby kraj w protektorat bez nazwy. Parlament w Teheranie, Madżlis, odrzuca je. Wtedy pojawia się człowiek znikąd. Reza Chan, dowódca brygady kozackiej, wjeżdża do Teheranu, miażdży Gilańską Republikę Sowiecką z lat 1920-1921 i przejmuje władzę. Zostanie Rezą Szachem. Brytyjczycy udają, że to nie ich człowiek. Persowie wiedzą swoje.
VI - Listy, które podpalają mapę - Balfour, Hussein, Arslan 1915-1931
W tym gabinecie najbardziej boją się nie karabinów, ale listów. List potrafi podpalić mapę na sto lat.
List pierwszy to Deklaracja Balfoura z 1917 roku, włączona do traktatu w Sevres w 1920. Jedno zdanie rządu brytyjskiego o "żydowskiej siedzibie narodowej" w Palestynie. Zdanie włożone do traktatu pokojowego jak szpilka w mapę. Od tego momentu każda wioska pod Jaffą wie, że jej ziemia została obiecana komuś innemu.
List drugi to korespondencja z Husseinem ben Alim. W maju 1915 roku w Damaszku ogłoszony rzecznikiem narodu arabskiego. Ojciec panarabizmu. Jego syn Fajsal jedzie przez pustynię z Lawrence'em, wchodzi do Damaszku, marzy o wielkiej Arabii od Aleppo po Aden. Londyn obiecał mu to samo, co obiecał Balfourowi. Dwie obietnice na tę samą ziemię.
Trzeci to człowiek, nie list. Shakib Arslan, Druzyjczyk z Libanu, wygnaniec w Genewie, porte-parole jedności arabskiej. Uczeń idei Dżamala ad-Dina al-Afghaniego. Twierdzi, że tylko Imperium Osmańskie mogło ocalić islam przed podziałem. W 1931 roku stanie na Światowym Kongresie Islamskim w Jerozolimie u boku muftiego. Będzie mówił o jedności, podczas gdy Europa będzie liczyła mandaty.
Trzy listy, trzy obietnice, jedno biurko. Urzędnik zamyka teczkę. Wie, że właśnie stworzył przyszłą wojnę.
VII - Echa z końców świata - Od Rif po Meksyk 1916-1934
Na początku myślał, że to odosobnione incydenty. Teraz rozumie, że to chór. Z różnych końców świata dochodzi ten sam dźwięk.
Wrzesień 1931. Mohandas Gandhi wchodzi do pałacu St James w Londynie na drugą konferencję okrągłego stołu. W dhoti, w sandałach, wśród fraków. Nie prosi o reformy. Mówi o niepodległości. I nikt się już nie śmieje.
Rif, 1921. Abd al-Karim jednoczy Berberów i w 1921 roku proklamuje Republikę Rifu. Bije Hiszpanów pod Annual, potem bije Francuzów. W Paryżu komuniści wychodzą na ulice i żądają uznania Rifu i wycofania wojsk. Po raz pierwszy metropolia solidaryzuje się z rebeliantami przeciwko własnej armii.
Algieria, 1930. Setna rocznica podboju. Oficjalne parady, a obok plakaty komunistyczne. Aby dostać obywatelstwo francuskie, Algiersczyk musi wyrzec się tradycji i przejść upokarzającą procedurę wyrzeczenia się statutu osobistego. Obywatelstwo za cenę duszy. Nikt go nie chce.
Filipiny. Od powstania w 1898 roku, przez amerykańską okupację, Jones Act z 1916 roku obiecujący niepodległość, aż po Commonwealth w 1934. Manila zwana Paryżem Azji uczy się mówić po angielsku i marzy o własnym parlamencie. 4 sierpnia 1916 roku Stany Zjednoczone kupują duńskie Indie Zachodnie za 25 milionów dolarów. Świat kolonialny ma swoją cenę w gotówce.
Liban, 1926. Pierwsza konstytucja, republika, prezydent. Francuzi piszą ją, Libańczycy czytają między wierszami. Angkor Wat - Francuzi z pietyzmem odplątują świątynię z lian, a Kambodżanie patrzą na to i widzą symbol. Odplątanie narodu.
A na końcu Meksyk. Od 1922 roku muralizm. Rivera, Orozco, Siqueiros malują na murach Pałacu Narodowego historię podboju i niewoli w kopalniach srebra. To nie jest sztuka. To odzyskiwanie tożsamości w kontrze do Zachodu. Meksykanie nie chcą być Europejczykami. Chcą być sobą. I właśnie dlatego malują tak wielkie obrazy, że nie mieszczą się w europejskich ramach.
ZAKOŃCZENIE - Europa nie tonie. Europa odpływa.
Wróćmy do gabinetu. Książka Stoddarda nadal leży na biurku. Jej autor miał rację co do lęku. Ten lęk jest prawdziwy, lepki, czuć go w każdym raporcie z mandatu, w każdej tabeli demograficznej, w każdym telegramie z Rif.
Nie miał racji co do przyczyny. To nie żadna fala zalewa Europę. Fala to metafora dla ludzi, którzy boją się przyznać, że sami wypuścili wodę z basenu.
To Europa odpływa sama. Bo nie ma już ani kołysek, ani pary, ani dobrej opowieści, która kazałaby komuś w Sajgonie, w Fezie, w Manili czy w Meksyku uwierzyć, że warto być częścią jej świata.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)