ZWIĄZANE RĘCE
8 sierpnia 1936. Hôtel Matignon. Piętnasta trzydzieści.
Wentylatory nie dawały rady. Powietrze stało. Na stole przed Radą Ministrów leżał jeden arkusz. Pozwolenie na eksport. Podpisane 26 lipca przez Pierre'a Cota. 50 bombowców Potez dla Madrytu. Dla rządu jedynie uznawanego.
Ja je zawiesiłem.
"Zadecydowaliśmy o zawieszeniu pozwolenia na eksport dla rządu jedynie uznawanego i dla narodu przyjaciół."
Mówię to i słucham własnego głosu. Brzmi obco. Jakby ktoś inny układał mi usta.
Tydzień temu jeszcze wierzyłem, że możemy wysłać samoloty. Że Front Ludowy we Francji musi pomóc Frontowi Ludowemu w Hiszpanii. Potem przyszedł telefon z Londynu. Potem przyszedł szef sztabu generalnego i położył na biurku mapę. Czerwone strzałki przez Pireneje. "Jeśli pan wyśle broń, panie premierze, prawica wyjdzie na ulice w Paryżu. I wtedy nie będzie interwencji w Hiszpanii. Będzie interwencja w Paryżu."
A wczoraj na moim biurku ktoś zostawił kartkę. Bez podpisu. Jedno zdanie napisane na maszynie: Niemcy już wysłali. Włosi już wysłali. Pan tylko udaje, że nikt nie wysyła.
Kto wszedł do mojego gabinetu?
Patrzę po twarzach przy stole. Delbos, szef dyplomacji, patrzy w okno. Chautemps notuje każde moje słowo, zbyt dokładnie. Cot ma zaciśnięte pięści pod stołem. On wie, że go zdradziłem.
Muszę to uzasadnić. Muszę wymyślić powód, który zabrzmi szlachetnie.
"Dokonaliśmy tego, mając nadzieję, że tym przykładem odwołamy się do honoru innych państw i przygotujemy szybko wnioski tej generalnej konwencji, która wydaje nam się jedynym środkiem rozwiązania problemu."
Honoru innych państw. Słyszę, jak absurdalnie to brzmi, kiedy to wypowiadam. Wczoraj w Tuluzie wylądował Junkers 52 z załogą Luftwaffe. W Vigo wyładowują się Czarne Koszule. Jaki honor? Jakiej konwencji? Wiem, że od tej chwili to słowo, nieinterwencja, będzie oznaczało dokładnie odwrotność. Interwencję wszystkich, oprócz nas.
Ktoś kaszle. Za drzwiami ktoś nasłuchuje. Jestem pewien.
Próbuję patrzeć im w oczy, ale nie mogę. Bo wiem, co myślą moi hiszpańscy przyjaciele w Madrycie. Siedzą teraz w piwnicy ambasady i słuchają radia. Słyszą mój głos. Słyszą premiera socjalistę, Żyda, który mówi im, że związał im ręce dla pokoju w Europie.
"Jedynym środkiem? Wybaczcie mi, nie chciałbym żeby słowa, które wypowiadam sprawiały wrażenie okrutnych i gorzkich dla moich hiszpańskich przyjaciół, ja to wiem, to mnie nie dziwi, że sądzą nasze postępowanie twardo; to naturalne."
To zdanie jest jedynym prawdziwym w całym przemówieniu. Reszta to protokół. To jest spowiedź.
Bo ja nie związałem rąk im. Ja związałem ręce sobie.
Wychodzę z sali. Sekretarka podaje mi stenogram do podpisu. Na dole, ołówkiem, ktoś dopisał w nawiasie: (tekst zatwierdzony przez ambasadę brytyjską). Podnoszę wzrok. Ona wzrusza ramionami. "To pomyłka, panie premierze."
Zmiatam dopisek dłonią. Grafit zostaje na palcach.
Wiem już, że od dzisiaj każdy mój ruch będzie tłumaczony jako konieczność. Że historia zapisze, że Blum chciał dobrze. A ja będę wiedział, że 8 sierpnia o 15:30 w dusznym pokoju w Matignon sam sobie założyłem pętlę i nazwałem ją honorem.



Komentarze
Pokaż komentarze