WIESZANIE Czy siostry to bracia?
Warszawa. 28 czerwca 1794. Upał taki, że smoła na szubienicach mięknie.
Stałem tuż za nimi, z kałamarzem. Miałem zapisywać wyroki Sądu Kryminalnego Wojskowego. Tłum na Rynku Starego Miasta wył już od rana. Wisieli biskupi, wisieli hetmani. Kossakowski jeszcze drgał, a już pod Ratuszem wyciągano następną listę.
I wtedy to się zaczęło. Nie na szafocie. Obok.
Kołłątaj, w czarnym surducie, mimo trzydziestu stopni, blady jak papier. Jasiński, w mundurze, z twarzą spaloną Litwą i prochem, pijany rewolucją. Kłócili się o kobiety. O trzy nazwiska na mojej liście, dopisane rano przez Wydział Bezpieczeństwa. Dwie damy z pałacu Branickich i jedna szambelanowa, które nosiły listy do Petersburga. Wczoraj były pewne do powieszenia.
Kołłątaj syknął:
• Jakubie, nie możemy. Jeżeli Rewolucja ogłasza człowieka obywatelem bez względu na płeć, to zdrajca jest zdrajcą. Równość nie ma piersi. Jeśli są naszymi braćmi, to muszą zawisnąć jak bracia. Inaczej cała nasza równość to farsa.
Jasiński chwycił go za rękaw. Ludzie patrzyli. Kat czekał.
• A właśnie, Hugo! Właśnie dlatego nie mogą! Bracia! Bracia to bracia! Siostra nie staje pod szubienicą obok brata! Jeżeli powiesimy kobietę, powiemy tłumowi, że kobieta jest zdolna do zdrady stanu, a więc zdolna do rządzenia państwem! Chcesz im dać prawa wyborcze na szubienicy?!
I to było to. Paranoja w najczystszej postaci.
Zrozumiałem wtedy, że oni wcale nie kłócą się o litość. Oni kłócą się o definicję. O to, co zostanie po nas zapisane.
Kołłątaj chciał je powiesić, bo wierzył. Wierzył, że kobieta jest równa mężczyźnie, więc i stryczek jej się należy. To była jego logika. Potworna, czysta logika księdza-jakobina. Równość aż do śmierci.
Jasiński, poeta, jakobin, który za chwilę pojedzie umierać pod Lipniszkami, chciał je ocalić, ale ceną było zaprzeczenie wszystkiemu. Musiał udowodnić, że one są inne. Słabsze. Siostry, nie bracia. Istoty niezdolne do pełnej zdrady, bo niezdolne do pełnego obywatelstwa.
Kat patrzył na nas. Tłum ryczał "Wieszać!". A na górnym piętrze kamienicy Fukierów, za uchyloną firanką, stała jedna z nich. Widziałem jej cień. Wiedziała, że w tej chwili ważą się jej losy nie w sądzie, ale w słowniku.
Kołłątaj się zaśmiał, strasznie:
• Niech więc będzie. Niech będą siostrami. Niech żyją.
I przekreślił trzy nazwiska. Jedną kreską.
Tłum zawył, bo zabrakło mu widowiska. Jasiński odetchnął, bo wygrał ludzkość. Ja zapisałem w protokole: "Odłożono ze względu na płeć".
Dopiero w nocy zrozumiałem, co zrobiliśmy. Uratowaliśmy trzy kobiety, mordując ideę, za którą wieszaliśmy tego dnia mężczyzn. Ogłosiliśmy, że w Rzeczypospolitej jakobińskiej kobieta nie może być zdrajczynią, bo nigdy nie była obywatelką.
One uniknęły stryczka. Ale od tej chwili każda z nich wiedziała - i my wiedzieliśmy - że w wolnej Polsce, którą rzekomo budowaliśmy, będą już tylko siostrami. Nigdy braćmi.
A firanka u Fukierów drgnęła. Ktoś nas obserwował i zapamiętał, jak łatwo sprzedać równość za spokój sumienia.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)