- I powiedział niech stanie się w płynie i wiedział, że to jest dobre - Prorok tworzył przed słuchaczami małe pole sprzeciwu - mam złe wieści, jestem w euforii. A jak jestem w euforii, to bym pił i pił.
Alkohol zasłaniał pamięć, uwalniał fantazje i pobudzał zmysły.
- Taaak - Paweł potaknął głową po bułgarsku, gruzińsku albo po hindusku, jak kto woli. Wczoraj były jego dwudzieste piąte urodziny. Obchodził je tak, jak obchodzi się leżącego pijaka na ulicy.
- To się napijmy - powiedział Piotr popadając w atmosferę mistycznej egzaltacji. Jednak wiedział, że nie było dużego wyboru. - Posiadanie jest niczym, jeśli nie potrafi się oddać -wyszedł do wiaderka na szczyny.
Miesięczny przydział kartek na cukier ośmiu osób, który u nieprzywykłych powodował natychmiastowe odruchy wymiotne, zakraszany wywarem ze skórek z cytryny. Zabarwienie alkoholu zmieniało się w zależności od tego, kto go wytwarzał. Kolor to stan umysłu. Produkcja bimbru miała być przykrywką dla wizyt studentów przynoszących ryzy papieru a wynoszących kolejne numery prasy podziemnej. Zacier sprawiał, że w promieniu kilkuset metrów od domku unosił się charakterystyczny zapach, tłumiący woń farby drukarskiej i dezorientujący łowczy instynkt stróża działek pracowniczych, kapitana SB. Tego samego, który jak się nachlał opowiadał, że podczas wojny był dozorcą jednej z warszawskich kamienic. Mówił o gestapowcach, że to byli dobrzy ludzie, bo „gdy musiał tam służbowo z donosami, to przynajmniej poczęstowali ciastkami, a teraz co? Nic, tylko te regularne zlizywanie jałmużny". Gdy to mówił miał twarz pomarszczoną, jak stara małpka, więc i patrzyli się na niego z ciekawością, jak na gadającą kapucynkę. Odkąd w okolicy roztaczała się woń zacieru, kapitan z większym respektem traktował mieszkańców domku letniskowego. Kłaniał się, do czego przecież nie był nawykły i z dwuznacznym uśmiechem mówił „szacuneczek". Kolejne numery prasy zawierały wolne od cenzury informacje o sytuacji w kraju, zaczerpnięte z nasłuchu zagranicznych rozgłośni radiowych. Te z kolei swoją wiedzę czerpały z ich gazetek, z narażeniem przemycanych za granicę.
- Nalej mi z sokiem. Oto teraz czas upragniony, dzień zbawienia. - Prorok budził ogólną zazdrość, gdyż śmiertelność w jego rodzinie była ponadprzeciętna. Chodził w czarnych, tanich garniturach wyprodukowanych specjalnie dla niego przez zakłady ze Szczecina lub Próchnika, producentów masowej tandety. Garnitury można było kupić na talony otrzymywane za zaświadczenie stwierdzające zgon. Prorok sokiem nazywał bułgarski wywar wieloowocowy, który by podwyższyć społeczne poparcie dla wojskowej junty, wraz z octem zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego zapełnił puste sklepowe półki. Samogon plus sok bułgarski przypominał piosenkę. W piosence mogą być proste słowa i muzyka, ale razem tworzą niezapomniany szlagier.
- Dla mnie bez zanieczyszczeń.
- Bimber dla mnie to sprawa honoru. - Otworzył usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale tylko pociągnął łyk z musztardówki.
- Ty się też napij, żebyś nie wyglądała, jak suszona śliwka. Od pół litra to nawet się balonik nie zaróżowi i zapal drugie światło, bo jest ciemno jak w dupie u murzyna po czarnej kawie.
- Uważaj, bo cię spryskam DDT - patrzyła na zawartość musztardówki z mieszaniną pragnienia i wstydu, jak na swojego pierwszego chłopca, któremu bała się wyjawić swoje uczucia a jednocześnie nie była w stanie ich pohamować.
- Ale mam nadzieję, że w zabezpieczeniu.
- Chcesz mnie zapić..., czy wyraźnie mnie pożądasz? Musiałbyś pójść na operację plastyczną - patrzyła przez szkło pustej już musztardówki na zdeformowane postacie.
- Przy tobie pić to tak, jak grać na pianinie przy Zimmermanie.
- No podasz mi, czy mam wyssać na odległość.
- A co ja z tego będę miał - Piotr z zasady nieśmiały, ale potrafił się czasami rozkręcić. Jego wygląd nie wskazywał na regularne picie alkoholu.
- Dziesięć procent. W Indochinach ćwiczą małpy w zrywaniu orzechów kokosowych. Zasada jest prosta: jeden orzech zostawia sobie, dziewięć musi oddać. Ja czysty, może to będzie najlepsze wyjście - Magda patrzyła z półuśmiechem na wracającego Piotra. Myślała ze smutkiem, że związała się z opozycją, żeby poznać ciekawych ludzi, zbuntowanych polityków, zagranicznych dziennikarzy, a także znanych księży i więźniów politycznych. A tu takie nic, jak Piotr. Paweł zaś spojrzał na Magdę i zadał sobie w myślach pytanie: Jaka by była, gdyby miała jakiekolwiek uczucia?". Spędziła kilka dni tam na powierzchni, gdzie tętniło życie, wśród normalnych ludzi. Wróciła jakaś inna. Mówiła, że tęskniła, on na to „niech twoje napięte uda potwierdzą tą tęsknotę". Czuł, że ją denerwuje, gdy mówił miała zamknięte oczy, nie słuchała, potem patrzyła gdzieś poza nim, zaabsorbowana innymi myślami, czasami tylko obdarowując go spojrzeniem, jak tanią jałmużną. Myślała, że wraz z jej powrotem coś się w nim zmieni, nie wierzyła by mógł wzbudzić w niej zazdrość, ale przynajmniej wykrzesać inne, podobne emocje, które znów zbliżają do niego. Przynajmniej żeby nie patrzył na nią, jak tresowany owczarek, bo jedyne, co wtedy chciała powiedzieć to „opuszczam ciebie i całą winę biorę na siebie". Trochę lubiła to uniżone spojrzenie, podświadomie trochę tego potrzebowała, cieszyła ją ta jego bezradność, bo przy tym ta jej bezradność nie była już tak oczywista. On też nie mógł z nią rozmawiać. Nawet gdyby czuł, jakie są jej oczekiwania nie miał siły na wyścigi. Był zazdrosny o ten jej czas spędzony tam, na wolności. Uśmiechał się, pytał jak było z udawanym zaciekawieniem, ale w gruncie rzeczy był to ból, bo te parę dni wolności oddaliło ją od niego. Wszystko ją teraz denerwowało. Mówiła, że dłużej w tej norze nie wytrzyma, że przecież my żyjemy jak psy. „Nie chcę tracić młodości za idee, za które nikt nigdy mi nawet nie podziękuje. Chcę się wykąpać dwa razy dziennie we własnej wannie. Słuchać zachodniej muzyki (gdy słyszała takie piosenki, to wyobrażała sobie szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi), a nie siedzieć tutaj i za jedyną rozrywkę mieć skrzynkę z brazylijskim serialem „Izaura" lub protestacyjnie spacerować w kółko po pokoju, w czasie emisji „Dziennika Telewizyjnego". Paweł nie mógł z nią oglądać serialu, bo aktorstwo brazylijskie wzbudzało w nim skłonności samobójcze. Takie uczucie musiało wzbudzać ciągłe przyglądanie się torturowanemu zwierzęciu. Magda dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jej jedyna pociecha to apteczka z podpaskami i z aspiryną. Kontakt z ziemianami to czarno-biały telewizor, gdzie patrząc na brazylijskich aktorów, chciała być w tamtym, zapewne barwnym świecie, żeby właśnie tacy faceci, bez względu na to, że są inni, pochodzą z zupełnie innego świata, mają inne marzenia, inny język, patrzyli na nią nie w inny sposób, jak Paweł. Rosło to w jej duszy coraz bardziej, jak małolacie biorącej po kryjomu w parku lekcje miłości, nie dawało oddychać, trzepotało się tam w środku, męczyło, nie mogło rozwinąć skrzydeł i polecieć na drugi kontynent. Nawet tych swoich marzeń nie miała komu opowiedzieć, śmialiby się z niej. Mówiła do Pawła odwracając głowę, bo nie tego faceta chciała widzieć, gdy całe nasienie wylało się i zastygło między nogami: „pewnie jesteś wściekły, no to bądź, to dobre i zdrowe a potem pieść i pielęgnuj tę swoją złość, i nie zapomnij jej zmieniać pieluszek.". Na to on, żeby nie zostawiała go samego, takie tam frazesy, że ją rozumie, im mniej ma się z życia tym bardziej na nim zależy, że ciągle marzymy o tym by stać się innymi i że jesteśmy „lost generation", no i minimalizm jest cnotą. Ale czuł, że ten jej czas na wolności zmienił ją niemiłosiernie, że miała zalew myśli, które nie chciały zastygnąć, na które były konieczne tylko odpowiednie podpaski i próby reprodukcji. „Może jestem nie taki jak potrzeba, ale przecież i inni faceci są nie tacy, jak potrzeba a mimo to kobiety ich kochają". „Potrafisz się przystosowywać" patrzyła jak na nie rozumiejącego prawdziwego życia, wielkich emocji, których namiastka jest w serialu. Tacy faceci, co nie odróżnią prawdziwych Levis 501 lub 505 z ich mosiężnymi nitami, zwieńczającymi kieszenie od tureckiej podroby, za dziesięć flakonów „Być Może" i opakowanie biseptolu. Co wystarczy im musztardówka z bimbrem a nie piwo z puszki, podane przez kelnera z przepasanym fartuchem i na takiej firmowej tekturce, którą później można ustawić u siebie na regale. Tacy faceci, co nie wiedzą nic o sprawdzaniu brazylijskich ostryg kropelką cytryny. Jednym słowem -jednostajne życie, jak prowadzenie ciągłej ekshumacji z układaniem kości, jak puzzle. Życie, które nie mogła zmienić na inne kanały, bo były tylko dwa do wyboru, słownie pierwszy i drugi, w tym jeden dla nich zakazany. Jeszcze niedawno marzyła, wpadając w pułapkę własnej wyobraźni, że razem gdzieś pojadą. Odwiedzą miasta i miejsca, które Paweł już dobrze zna. Potem te, które ona a potem wszystkie inne gdzie jeszcze nie byli i też, jeśli będą dawać paszporty, pojadą do Rio podczas karnawału. Będą słyszeć pod stopami uległe chrupanie żwiru na Copacabana. Chciałaby przeżywać wszystko, co sobie wyobraziła i czego nie przeżyła. Żeby przynajmniej znów mogła doznać czegoś takiego, jak w dzieciństwie. Żeby teraz wrócił ten tajemniczy moment z dzieciństwa, gdy dotykając blatu stołu przypadkiem odkryła masturbację. To uczucie odkrycia nowego świata i czystości, bo przecież grzech pierworodny nie polegał na tym, że Ewa odkryła jabłko, tylko, że podzieliła się nim z Adamem. Ale teraz coraz bardziej czuła, że piwnica, w którą nawet nie można rzucić się, jak do wanny i utopić, coraz bardziej ją zasysa. Aby już za chwilę wypuścić ją brzydką i przedwcześnie zestarzałą, z udami poznaczonymi bohaterskim ceilulitis, jak bliznami zdobytymi w boju, które nawet nie będą ozdobą niczym ordery. Bez perspektywy w przyszłości nawet na posiadanie własnego numeru telefonu, z zupełnie innym strachem, niż wtedy, gdy przy kolejnym pocieraniu o blat stołu wchodził ojciec.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)