Ten tekst daję raz jeszcze, bo opublikowałem go w nocy i prawie nikt go nie przeczytał. Proszę o opinie.
Obejrzałem film dokumentalny TW Bolek, który wyciekł z TVN do sieci. Pierwsza refleksja wiązała się ze stwierdzeniem pewnego elementarnego paradoksu: ze względów prawnych film nie jest dostępnych na polskich serwerach - można go obejrzeć na serwerze rosyjskim. Czy nie jest to w jakimś sensie chichot historii? Refleksja druga związana jest z samym nieszczęściem wycieku. Ośmielam się sądzić, że był on w pełni kontrolowany, a wszelkie reakcje internautów są pilnie czytane, szczególnie te na prawicowym Salonie24. Balon próbny w postaci objawienia się filmu w sieci został pomyślany po to, by osoby decydujące o ew. emisji mogły stwierdzić, czy film nie jest zbyt ostry i czy nie wywoła nadmiernych kontrowersji, jeśli zostanie puszczony w telewizji. Otóż, panowie redaktorzy, nie wywoła, bo jest bardzo wyważony - obawiam się, że może nawet za bardzo (ale to całkowicie subiektywna uwaga).
Lech Wałęsa jawi się w rzeczonym obrazie jako ktoś, kto w latach siedemdziesiątych dał się uwikłać / uwikłał się we współpracę. Sądzę, iż dziś nie ma już osób myślących, dla których byłaby to teza nie do przyjęcia. Wszystko wskazuje na to, iż Wałęsa donosił, brał pieniądze, współpracował z oficerami prowadzącymi. Nie ma też chyba wątpliwości, że współpracę zerwał i czynnie zaangażował się w działalność opozycyjną (WZZ i Solidarność), za co płącił wysoką cenę.
Najistotniejsze wydaje się jednak stwierdzenie elementarnego braku odwagi, jaki charakteryzuje byłego prezydenta. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie generalizuję - było wiele momentów historycznych, o których z racji wieku zapewne nie mam prawa się wypowiadać, kiedy Wałęsa okazał wystarczającą odwagę. Jeśli można mówić o pewnym Wałęsowym tchórzostwie, to konstatacja taka dotyczyć może okresu, kiedy elekryk z Gdańska był już prezydentem RP. Wyprowadzenie i zniszczenie dokumentów dot. TW Bolka to największy błąd w jego życiu. Wałęsa powinien był wszystkie te dokumenty zebrać i opublikować, wyposażywszy je we włąsny komentarz, a być może także w komentarz historyków. Ale on uciekał, wierząc, że wszystko może zniknąć, wyparować, przestać istnieć. Napisałem, że największym błędem było wyprowadzenie dokumentów, ale był chyba błąd jeszcze większy, choc może to nie błąd, ale po prostu cecha charakteru: kompletna nieumiejętność znoszenia krytyki, jakaś - powiem to mimo szacunku dla jego udziału w wielkiej historii - minoderyjna megalomania, niezdolność do pogodzenia się z własną małością, z tym, że się jest po prostu zwyczajnym człowiekiem, który od czasu się boi, bywa zakochany w sobie, pogardza przeciwnikami, wynosi się nad innych, ale wtedy gdy jest to potrzebne, stać go na przekraczanie samego siebie, ignorowanie własnego wewnętrznego Mr. Hyde'a.
Jeśli czegoś brakuje Wałęsie, to zmysłu autoironii, a co za tym idzie - skromności, umiejętności zwyczajnego ludzkiego chowania się we własną skorupę ze słowami: "nie wszystko zależy ode mnie".
Młody zastraszony robotnik, który decyduje się na współpracę to - z dzisiejszej perspektywy - żaden wielki grzesznik. Ale prezydent, który obawia się prawdy i w związku z tą obawą, strachem, paniką gotów jest odwołać rząd i zaprzepaścić fundamentalny dla nowej demokracji projekt zerwania z komunistyczną agenturą, nie jest już biednym wystraszonym robotnikiem, ale politycznym szkodnikiem, którego małostkowość pogrąża kraj w chaosie na wiele lat.
Historia kilkakrotnie wciągnęła Wałęsę w swoje tryby. Pierwszy raz, kiedy go złamała i zmieniła w donosiciela. Drugi raz, gdy szepnęła mu do ucha: to jest ta chwila, możesz odkupić winy. I trzeci raz, kiedy Wałęsie tylko się wydawało, że jakiś głos mówi mu: tyle zrobiłeś, tyle wycierpiałeś, nie byłoby nowej Polski bez ciebie, teraz masz więc prawo żądać zadośćuczynienia, masz prawo oczekiwać, że zniknie to, co cię dręczy, że odtąd będziesz już monolitem, odzyskasz jeden wymiar, wymiar nieskazitelnej legendy.
Szkoda, że Wałęsa uwierzył w słuszność tego ostatniego podszeptu, bo mógł zostać kimś naprawdę wielkim. A jednak przeraził się, że w wyniku ustawy lustracyjnej Macierewicza zostanie z hukiem i wśród szyderstw zrzucony z piedestału, możliwe też, że pobudki były całkiem czyste - wiedział, że ta raczkująca demokracja po prostu się rozsypie i wszystko pogrąży się w chaosie. Może nawet wierzył, że robi to niechętnie, z największym żalem i poczuciem wewnętrznego dyskomfortu i powtarzał sobie: musisz cierpieć za nich wszystkich. Być może także nie mógł przewidzieć, jak fatalne skutki będzie miała "nocna zmiana" dla funkcjonowania państwa. Nie wiedział tego, bo - ilekroć go obserwuję - nie mogę się uwolnić od przekonania, że Wałęsie brak wyobraźni. Zresztą, czy był wtedy ktoś, kto przewidział, jak potoczą się sprawy?
A sprawy potoczyły się tak a tak. Każdy widzi. I dziś wiemy, jak wiele moglibyśmy zmienić, gdybyśmy mieli maszynę do podróżowania w czasie.
Najpiękniej byłoby jednak, gdyby teraz - dziś jutro, wcale nie jest za późno - Lech Wałęsa wyszedł przed kamery, przyznał: tak, to prawda, i wszystko opowiedział, ze szczegółami, jak pamięta, bez konfabulacji , a potem wykrztusił te kilka słów: przepraszam, wybaczcie, jestem tylko człowiekiem. Spróbujmy budować od nowa, bo to i to stało się tak a nie inaczej, myślałem, że będzie proste, ale wyszło krzywe, więc prostujmy.
Gdyby się na to zdobył, może znowu wszyscy byśmy mu uwierzyli i może znowu bylibyśmy razem.
Ale były prezydent w niczym nie przypomina Kamiennego Gościa z dramatu Tirso de Moliny...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)