W warszawskiej galerii Zachęta kolejna, pasjonująca wystawa. Tym razem, pod intrygującym tytułem "Siusiu w torcik". Kuratorem tej wystawy jest pewien artysta-homoseksualista. Brzmi obiecuąco? Nie zawiedziecie się!
Mniejsza jednak o same eksponaty. W ramach wystawy emitowany jest film typu "hard-porno", homoseksualny, oczywiście. Czegóż tam nie ma! Otóż, jest chyba wszystko. Ze szczegółami, w zbliżeniach i w zakończeniach.
Czy na ten fakt, właśnie, się oburzam? Owszem. Nie życzę sobie, aby w finansowanej z moich pieniędzy, państwowej placówce promowano zboczenia. Jednakże clue tego wpisu leży gdzie indziej.
Oddajmy głos rzecznikowi Zachęty, pani Oldze Gawerskiej:
"Wystawa "Siusiu w torcik" to w większości subiektywny wybór eksponatów naszej galerii. Filmu nie traktujemy jako dzieła sztuki, ale jako celową prowokację, pytanie o to, jak daleko może posunąć się artysta albo kurator wystawy"
To właśnie ostatnie zdanie zafrapowało mnie, przyznaję. Granice prowokacji... Gdybym poczuł się faktycznie sprowokowany, i gdybym poszedł tam z łomem i rozpirzył tę "istalację" w drobny mak, to czy można by to uznać za "artystyczny performace" w ramach sprowokowanego dialogu?


Komentarze
Pokaż komentarze (36)