Szanowni Czytelnicy,
zachęcam Was do zapoznania się z wypowiedzią filozofa prawa, konstytucjonalisty, publicysty oraz blogera Wojciecha Sadurskiego, umieszczoną w serwisie informacyjnym naTemat.pl. Odnosi się on w swoim tekście do wypowiedzi profesora Chrisa Cieszewskiego, o którym w programie „Po prostu” podano informację, że został zarejestrowany w latach osiemdziesiątych jako tajny współpracownik Służby Bezpieczeństwa PRL.
W swoim tekście Wojciech Sadurski poddaje w wątpliwość opowieść profesora Cieszewskiego na temat sposobu, który podobno zastosował, aby zachować swój paszport, jak i w sprawie jego domniemanej ucieczki z PRL.
Z pewnością wypowiedź Wojciecha Sadurskiego o profesorze Cieszewskim zasługuje na uwagę. Mogą się Państwo z nią zapoznać, korzystając z poniższego linku:
http://wojciechsadurski.natemat.pl/84949,jak-uciekal-chris-cieszewski
Nie zamierzam rozstrzygać czy profesor Cieszewski był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL. Nie jestem bowiem do tego uprawniony. Niech będzie mi jednak wolno, drodzy Czytelnicy, podzielić się z Wami pewną refleksją, która towarzyszy mi od dłuższego czasu.
Od kiedy system komunistyczny w Polsce został obalony oraz runął cały blok sowiecki, nieustannie poruszany jest temat domniemanych agentów komunistycznych służb bezpieczeństwa. Tak wiele dyskutuje się o tym w Polsce, tzn. o współpracownikach tych służb, a tak mało o tych, którzy w tych służbach etatowo pracowali. Można więc odnieść wrażenie, iż w ogólnym odbiorze społecznym, tajny współpracownik jest czymś gorszym od tego, który go tajnym współpracownikiem uczynił.
Nie mogę zapomnieć o pewnej wypowiedzi, która pojawia się w filmie Jacka Bromskiego „Uwikłanie”. Wypowiedź ta, wygłoszona przez byłego ubeka, brzmi następująco: „W archiwach są informacje o tych, którzy dla nas pracowali, a nie o nas”... No właśnie, w Polsce przez cały czas rozmawia się o tych, którzy z nimi współpracowali, a nie o nich. I to jest niestety najprawdziwsza prawda!
Całkowita bezkarność dla byłych ubeków za popełnione zbrodnie w PRL i ich wysokie emerytury, to tylko wierzchołek góry lodowej zjawiska ubecji, o którym nadal w Polsce zbyt mało się rozmawia.
Raz po raz pojawia się w polskiej przestrzeni publicznej stwierdzenie: należy sądzić katów, a nie ich ofiary. Warto poświęcić temu stwierdzeniu odrobinę uwagi. Albowiem odnoszę wrażenie, iż nie udaje się owemu stwierdzeniu przebić do polskiej świadomości i do debaty o PRL-u.
Kto był katem? Należy pamiętać, iż najpierw Urząd Bezpieczeństwa, a później Służba Bezpieczeństwa to dwie (a może jedna i ta sama?) organizacja zbrodnicza. Ubecy, esbecy i przedstawiciele innych służb, na przykład takich jak Informacja Wojskowa w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, popełnili wiele zbrodni; i nikt ich nigdy z tego nie rozliczył. Komunistyczne służby złamały wiele ludzkich istnień, wiele ludzkich żyć i wpłynęły na los tak wielu, tak wielu polskich obywateli. To właśnie te służby, to właśnie przedstawiciele tych służb, to właśnie ich mocodawców powinno się sądzić w pierwszej kolejności. Albowiem w mojej ocenie zasługują oni na wieczne potępienie. I warto o tym powiedzieć właśnie teraz, na chwilę przed trzydziestą drugą rocznicą wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.
Czym był stan wojenny? Stan wojenny był aktem bezprawia, być może zbrodnią wobec Polski i jej obywateli. Stan wojenny zniszczył ten wielki powiew nadziei, który towarzyszył Polakom podczas szesnastu miesięcy istnienia pierwszej „Solidarności”, która powstała w wyniku porozumień sierpniowych w 1980 roku. Ci, którzy stan wojenny wprowadzili, uczynili to wyłącznie po to, ażeby utrzymać swoją własną władzę. Wprowadzając stan wojenny doprowadzili oni – i to na wiele lat - do upadku tej wielkiej polskiej nadziei, że wszystko może się jeszcze zmienić. Dopiero po dziewięciu latach „przyszedł dzień po nocy”. Stan wojenny i ci, którzy go wprowadzili, zatrzymali polski wolnościowy zryw na dziewięć lat i nie odbyło się to bez ofiar. Grzegorz Przemyk, błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko i wielu, wielu innych, których nazwiska popadły dzisiaj w niepamięć, zostali zamordowani przez służby bezpieczeństwa PRL. Zostali oni zamordowani przez katów Polski i narodu polskiego!
Sądźmy katów, a nie ich ofiary. Ubecja, esbecja, Informacja Wojskowa czy - inaczej mówiąc - „polski Śmiersz” to kaci! Należy więc zapytać: kto był ich ofiarami? Niewątpliwie ich ofiarami była zniewolona Polska i jej obywatele, którzy musieli żyć pod jarzmem obcego reżimu, wprowadzanego i podtrzymywanego przez swoich współobywateli. Albowiem przez cały okres trwania PRL-u Polak Polaka, dla Sowietów i Moskwy, zniewalał, katował i - nierzadko - mordował!
Warto również postawić kolejne, bardziej kontrowersyjne pytanie: czy tajni współpracownicy komunistycznych służb bezpieczeństwa byli również ofiarami? Odpowiedź może być tylko dwuznaczna. Jedni tak, inni nie, albowiem różne były pobudki, dla których niektórzy decydowali się na współpracę z katami Polski i polskiego narodu. Jedni współpracowali dla pieniędzy, inni - dla kariery. Jeszcze inni - tak po prostu! Ale przecież niemało było takich, którzy współpracowali ze służbami PRL, ponieważ nie mieli po prostu żadnego wyboru. I o tym również należy pamiętać. Czas PRL-u był okresem ekstremalnym dla tych, którzy przechodzili przez ręce katów, a w okresie ekstremalnym (z braku wyboru) podejmuje się czasem kontrowersyjne decyzje. Jednak owe decyzje mogą wydać się kontrowersyjne post factum, bowiem wtedy mogła to być dla tych, którzy je podejmowali, smutna i nieuchronna konieczność.
Wielu (choć oczywiście nie wszyscy) tajnych współpracowników komunistycznych służb było ofiarami komunistycznego totalitaryzmu i trzeba o tym głośno mówić.
Z różnych powodów niektórzy decydowali się na współpracę z ubecją i esbecją, to fakt. Jednak czym innym jest wymuszona czasem współpraca, a czym innym jest tworzenie wiele lat później legendy wokół tej współpracy, która przecież nie jest żadnym powodem do dumy. Można bowiem zrozumieć, iż ktoś w sytuacji ekstremalnej podjął kontrowersyjną decyzję. Można zrozumieć, iż ktoś niechętnie o tych wydarzeniach mówi i je wspomina. Jednak o wiele trudniej jest zrozumieć, kiedy ktoś pisze swoją historię na nowo i z czynu niechlubnego czy kontrowersyjnego próbuje uczynić jakąś legendę, stawiającą go w dobrym świetle i nadającą mu rangę bohatera. Warto być uczciwym wobec samego siebie i tych, którzy nas otaczają. Słabości można zrozumieć i wybaczyć. Jednak nie da się wybaczyć pisania historii na nowo, tak, aby ta historia była korzystna dla tego, który ją pisze. A czasami, kiedy sytuacja jest dwuznaczna, najlepiej jest po prostu nie tracić okazji, żeby milczeć!
Być może najtrudniej jest przyznać się przed samym sobą, że ma się słabości? Być może najtrudniej jest się przyznać przed samym sobą, że nie jest się bohaterem? Być może najtrudniej jest przyznać się przed samym sobą, że jest się po prostu człowiekiem?
* * *
Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:
http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)