W ostatnich dniach w massmediach szeroko dyskutowano o europośle Jacku Kurskim. A wszystko za sprawa zdjęć, które europoseł opublikował w cyberprzestrzeni. Fotografie, o których mowa, Jacek Kurski zrobił sobie sam na kijowskim Majdanie. Zdaniem wielu komentatorów zarówno zrobienie sobie tego rodzaju zdjęć, jak i sam fakt ich publikacji było zachowaniem w złym guście. Albowiem – wedle większości internautów i uczestników polskiej debaty publicznej - za pomocą tych fotografii Jacek Kurski chciał zrobić z siebie bohatera ukraińskiej rewolucji.
Z pewnością zdjęcia Kurskiego z kijowskiego Majdanu nie były najszczęśliwszym pomysłem i można zgodzić się, że europosłowi zabrakło taktu i - być może - dobrego smaku. Jednak warto zastanowić się czy opublikowanie przez Kurskiego kontrowersyjnych zdjęć można uznać za coś nadzwyczajnego w polskiej przestrzeni publicznej? Czy Jacek Kurski przekroczył jakąś granicę? A może Jacek Kurski przekroczył wszelkie granice?
W mojej opinii nie. Po prostu, ten zdolny i kompetentny specjalista od marketingu politycznego postąpił zgodnie z główną zasadą panującą w rodzimej polityce. A zasada ta brzmi: w polskiej przestrzeni politycznej wygrywa ten, kto szokuje najbardziej, komu uda się zwrócić na siebie uwagę szczególną formą przekazu. I to właśnie zrobił Jacek Kurski. Publikując te zdjęcia, europoseł zaszokował formą swojego przekazu i wywołał wiele kontrowersji oraz gromkie komentarze. Wszyscy dyskutują o tym czy politykowi przystoi takie zachowanie. Jednak nie dyskutuje się nad tym, że w przekazie Kurskiego nie ma żadnej treści. Mamy do czynienia wyłącznie ze zdjęciami, które europoseł sam sobie zrobił i sam je opublikował. Żaden merytoryczny przekaz nie płynie ani z tych zdjęć, ani z ich publikacji, ale wszyscy mówią o Jacku Kurskim i jego zdjęciach. Również massmedia poświęciły wiele czasu temu zdarzeniu; incydentowi, który przecież sam w sobie jest niezwykle banalny. Jednak zastanówcie się, szanowni Czytelnicy czy jakiś merytoryczny tekst opublikowany przez Kurskiego o sytuacji na Ukrainie spotkałby się z takim zainteresowaniem internautów i massmediów? Czy zorganizowanie przez tego polityka jakiejkolwiek konferencji o Ukrainie spotkałoby się z takim odzewem?
Jacek Kurski zaszokował polską opinię publiczną swoimi zdjęciami i ich publikacją w cyberprzestrzeni. Jednak z pewnością jest to dla niego opłacalne. Albowiem od momentu upowszechnienia tych zdjęć Jacek Kurski „jest na fali”, a jego fotografie z Majdanu wciąż są komentowane. Być może nadal będą komentowane za kilka tygodni, miesięcy, a być może nawet lat. Albowiem Jacek Kurski zrobił coś kontrowersyjnego. Ale czy mógłby liczyć na długoterminową debatę o sobie, jeśli opublikowałby przekaz merytoryczny, w którym treść dominowałaby nad formą?
To nie Jacek Kurski, ale polska polityka przekroczyła już wszelkie granice, albowiem na rodzimej scenie politycznej nastąpiła całkowita dominacja formy nad treścią. Warto również zastanowić się czy w polskiej polityce jest jeszcze w ogóle miejsce na treść?
Ulotki, plakaty, bilbordy, spoty telewizyjne (wszystko to okraszone jakimś populistycznym hasłem), no i kasa: dużo, dużo, dużo kasy! Oto przepis na polityczny sukces w wyborach. Oczywiście, nie zaszkodzi jeszcze jakaś kontrowersyjna wypowiedź czy jakiś kontrowersyjny czyn.
Pozwólcie, szanowni Czytelnicy, że podzielę się z Wami osobistym doświadczeniem z mojej kampanii wyborczej do Sejmu RP z przełomu września i października 2011 roku. Byłem wówczas kandydatem na posła z listy Polska Jest Najważniejsza w okręgu wrocławskim i okolicach. Podczas kampanii wyborczej zorganizowałem we Wrocławiu konferencję prasową, która dotyczyła mapy drogowej mojego autorstwa, poświęconej propozycjom przedsięwzięć na rzecz zwiększenia poziomu integracji osób niepełnosprawnych w Polsce. Podczas tej konferencji zaproponowałem szereg konkretnych rozwiązań, które zawarłem właśnie w mapie drogowej. Możecie się z nią Państwo zapoznać, korzystając z poniższego linku:
http://www.wiadomosci24.pl/artykul/tezy_programowe_dla_niepelnosprawnych_w_polsce_192827.html
Jednak ani ta konferencja prasowa, ani zaproponowane przeze mnie rozwiązania nie spotkały się z większym zainteresowaniem. Ze smutkiem stwierdzam, że mapa drogowa mojego autorstwa nie spotkała się z żadnym zainteresowaniem. Tak naprawdę nikt nie był zainteresowany dyskusją o moich propozycjach. W ramach zdawania relacji z kampanii wyborczej w mediach pojawiła się tylko jednozdaniowa informacja, że kandydat do Sejmu RP Zbigniew Stefanik chce upomnieć się o osoby niepełnosprawne. Tylko tyle. Z pewnością moja mapa drogowa spotkałaby się z większym odzewem, jeśli zaprezentowałbym ją przy akompaniamencie jakiegoś szokującego zachowania czy jakiejś kontrowersyjnej wypowiedzi.
W Polsce wyborcy zostali sprowadzeni do rangi konsumentów. Wszystkie partie polityczne szukają swojego targetu; kiedy już go znajdą to usiłują sprzedać konsumentowi swoją ofertę na takiej samej zasadzie, na jakiej producent sprzedaje nowy model smartphona. Albowiem w Polsce polityczne oferty sprawiają wrażenie, jakby ich autorzy (czyli partie) po prostu chciały sprzedać konsumentom jakiś produkt czy też szereg produktów. Tymi produktami są ich kandydaci: do Sejmu, do Senatu, do sejmików wojewódzkich, do rad miasta i do wszystkich publicznych instytucji, których członkowie piastują swoje stanowisko z woli wyborców, czyli - konsumentów. Najlepszym tego przykładem jest ugrupowanie polityczne Janusza Palikota, partia, która tak naprawdę nie mieści się w żadnej rodzinie politycznej ani nie posiada jakiegoś wiarygodnego programu.
Doświadczony biznesman Janusz Palikot zrobił badania rynku politycznego i najprawdopodobniej okazało się, że w polskiej przestrzeni politycznej i publicznej jest miejsce oraz zapotrzebowanie na partię antyklerykalną i skrajnie liberalną obyczajowo. Wszak w Sejmie RP takiego ugrupowania politycznego nie było. Tak więc Palikot przygotował ofertę idącą w takim kierunku. Swoją propozycję potrafił dobrze rozreklamować i sprzedać wyborcom. Ugrupowanie Janusza Palikota, stosując wyłącznie strategię marketingową, odniosło wielki sukces. Przecież w wyniku ostatnich wyborów parlamentarnych Ruch Palikota (dzisiaj Twój Ruch) stał się - pod względem posiadanej przez to ugrupowanie reprezentacji sejmowej - trzecią partią w Polsce. A przypomnę, że partia Palikota startowała od zera. Swój sukces biznesmen z Biłgoraja, jak również jego ugrupowanie, zawdzięczają jedynie dobrej reklamie, czyli dobrej formie, ponieważ podczas kampanii wyborczej tego ugrupowania trudno było doszukać się treści w przekazie. A w dwa lata po wyborach o ową treść jeszcze trudniej!
Sojusz Lewicy Demokratycznej również postanowił podążać tą drogą. Stosunkowo niedawno partia Leszka Millera zaprezentowała swoje listy kandydatów do europarlamentu. Na listach tych można zauważyć wielu celebrytów. Można mieć poważne wątpliwości, co do kompetencji owych osób w sprawach europejskich i co do ich doświadczenia w funkcjonowaniu zarówno Unii Europejskiej, jak również samego europarlamentu. Kolejna partia traktuje wyborców jak konsumentów i prezentuje - z punktu widzenia formy - atrakcyjną ofertę. Jednak trudno doszukać się jakiejś treści w przekazie kandydatów proponowanych przez SLD. Oferta wyborcza SLD do europarlamentu to przekaz zbudowany wyłącznie na formie, bez żadnego merytorycznego aspektu.
Partie polityczne w Polsce postawiły na polityczny marketing i traktują wyborców jak konsumentów. Tymczasem przez cały czas obniża się poziom rodzimej polityki. Albowiem coraz mniej rozmawia się w Rzeczpospolitej o konkretnych rozwiązaniach programowych poszczególnych partii politycznych, a coraz więcej o kontrowersyjnych wypowiedziach, czynach czy zdjęciach polityków, którzy formą epatują coraz częściej, a treścią - coraz mniej. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ to się po prostu politykom opłaca. Skoro poparcie zyskują (i wygrywają wybory) partie polityczne, u których występuje absolutny przerost formy nad treścią to trudno zaprzeczyć, że tego rodzaju kampania daje profity. Skoro popularni są politycy, których przekaz jest pozbawiony aspektów merytorycznych i nie posiada konkretnej treści, a jego jedynym atutem jest forma tego przekazu, to najwidoczniej taki sposób pozyskiwania wyborców im się opłaca. Tak postępuje Janusz Palikot i właśnie w ten sposób stał się on jednym z liderów polskiej sceny politycznej. Tak postępuje Jarosław Kaczyński i od wielu lat jest jednym z najsilniejszych liderów polskiej sceny politycznej. Dlaczego więc w ten sam sposób nie miałby postępować Jacek Kurski, który również walczy o swoje miejsce na rodzimej scenie politycznej?
Polska polityka przekroczyła wszelkie granice, a jej aktorzy coraz częściej traktują wyborców jak konsumentów. Jednak warto zastanowić się dlaczego tak się dzieje. Czy my, wyborcy, czy my - obywatele RP - nie jesteśmy odpowiedzialni za ten stan rzeczy? Proszę Was, szanowni Czytelnicy, o refleksję nad tą sprawą.
* * *
Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:
http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)