zbigniewstefanik zbigniewstefanik
6892
BLOG

Absurdalna strategia Rosji. Na co liczy Władimir Putin?

zbigniewstefanik zbigniewstefanik Polityka Obserwuj notkę 32

W sprawie Krymu Rosja idzie w zaparte. Władimir Putin najwyraźniej nie przejął się sankcjami wobec Rosji, ogłoszonymi 6 marca bieżącego roku przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i Unię Europejską. Sankcje, które w tym momencie chce nałożyć na Rosję Unia Europejska i USA nie są co prawda dla Putina szczególnie dotkliwe, jednak sam fakt wyrażonej przez Zachód woli ukarania Rosji za jej inwazję na Krym dowodzi, iż świat zachodni przyjmuje coraz bardziej konfrontacyjną postawę wobec państwa Putina.

Od zakończenia okresu zimnowojennej konfrontacji Zachód - ZSRR mamy do czynienia z największym kryzysem na linii Moskwa - Zachód. W świecie zachodnim mówi się coraz głośniej, coraz odważniej i coraz bardziej otwarcie o potrzebie zwiększenia wysiłku obronnego. Albowiem na Zachodzie Rosja coraz częściej zaczyna być postrzegana jako zagrożenie. Wraca więc atmosfera zimnowojenna, a Władimir Putin zdaje się całkowicie lekceważyć narastające napięcie pomiędzy Rosją a Zachodem. Rosyjski prezydent zdaje się nie dostrzegać, że w ostatnich tygodniach (a w szczególności w ostatnich dniach) na arenie międzynarodowej doprowadził do izolacji swojego kraju. A to z kolei bardzo źle wróży na przyszłość Rosji, która w tym momencie za sprawą krymskiego konfliktu ponosi tylko i wyłącznie straty.

Giełda rosyjska, mówiąc kolokwialnie, idzie w dół. Rosyjski rubel w zawrotnym tempie traci na wartości. Na wartości tracą również rosyjskie podmioty gospodarcze (w tym Gazprom), a ich akcje tanieją na wszystkich giełdach świata. Tak więc warto postawić pytanie: skoro inwazja na Krym przynosi Rosji same straty, to na co liczy Władimir Putin?

Rosyjski prezydent postawił sobie za punkt honoru odtworzenie rosyjskiego imperium. Warto przypomnieć, iż tacy ludzie jak Putin wyjątkowo dotkliwie odczuli upadek Związku Sowieckiego. W ZSRR Władimir Władimirowicz należał do sowieckiej nomenklatury, czyli - w systemie sowieckim - do klasy społecznie uprzywilejowanej. Kiedy Związek Sowiecki upadł, Putin i wielu mu podobnych średniej rangi KGB-owców stało się -  mówiąc kolokwialnie - Panami Nikt. Oni musieli się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której przynależność do obozu byłej sowieckiej władzy niczego nie gwarantowała. Jedni poradzili sobie lepiej, inni - o wiele gorzej. Fakt, że niektórzy mieli lepszy start, ponieważ w sowieckiej hierarchii byli wyżej postawieni albo mieli wyższy stopień w służbach. Jednak Władimir Putin był w KGB skromnym podpułkownikiem, czyli nikim ważnym, nikim znaczącym.

A jednak. Okazało się, że Putin należy do tej kategorii KGB-owców, którym udało się „przekwalifikować”. Władimir Władimirowicz rozpoczął w tym celu współpracę z prezydentem Petersburga Anatolijem Sobczakiem. Jednak kiedy Sobczak przegrał wybory to Putin został znowu na lodzie. Dodatkowo w każdej chwili mógł spodziewać się aresztowania przez rosyjską milicję: za swoją działalność w petersburskich dokach i interesy, w których pośredniczył, uczestniczył, a - być może nawet - sam je organizował. Zresztą ten etap życia Władimira Władimirowicza nigdy nie został do końca wyjaśniony.

Putin zawdzięcza wszystko otoczeniu Jelcyna, które po skandalu związanym z defraudacjami środków publicznych (podczas remontu Kremla i przy sprawie prokuratora Jurija Skuratowa) potrzebowało nowej twarzy, osoby, która mogłaby pokonać w wyborach prezydenckich Jewgienija Primakowa. Wszak dla tak zwanej „Rodziny” (czyli samego Jelcyna i ale nade wszystko oligarchów, którzy go wspierali), Primakow, który zapowiadał po swoim wyborczym zwycięstwie skrupulatne rozliczenia był postrzegany jako największe zagrożenie.

Upadek Związku Sowieckiego sprawił, iż Władimir Władimirowicz utracił swoje przywileje. Ówczesny podpułkownik KGB widział na własne oczy (i sam na własnej skórze tego doświadczał), jak Rosja posowiecka pogrążała się w coraz większym kryzysie i chaosie, tracąc jednocześnie swoją pozycję na świecie i status wielkiego mocarstwa. Za ten stan rzeczy Władimir Putin zawsze obwiniał Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna. I nigdy im nie wybaczył tego, iż pozwolili na upadek Związku Sowieckiego.

Michaił Gorbaczow i Borys Jelcyn to z pewnością dwie postacie, które Władimir Putin ma w największej pogardzie. Są oni dla niego symbolami upadku wielkiego imperium, czyli - jak sam powiedział - „największej tragedii geopolitycznej XX wieku“. To najpewniej stąd bierze się dzisiejszy stosunek Putina do zmian zachodzących na Ukrainie. Urzędujący rosyjski prezydent z pewnością nie chce być zapamiętany jako ten, który pozwolił odejść Ukrainie ze sfery wpływów rosyjskich. Albowiem jeśli doszłoby do tego to Putinowski projekt Unii Euroazjatyckiej byłby nie do zrealizowania.

Podkreślę raz jeszcze: bez Ukrainy nie ma odbudowy rosyjskiego imperium. Wyrażając zgodę na zbliżenie Ukrainy z Zachodem, Władimir Putin najprawdopodobniej widziałby siębie jako człowieka, który odebrał Rosji szansę na odtworzenie imperium. Czyniąc to najpewniej byłby on wart w swoich oczach tyle samo, co Gorbaczow czy Jelcyn, którymi Władimir Władimirowicz tak bardzo gardzi!

Można również domniemywać, iż Władimir Putin liczy na to, że konflikt na Krymie przesłoni obywatelom obraz bieżących problemów Rosji. Kłopotów, których kraj ten ma przecież niemało. Rosja przechodzi przez pogłębiający się kryzys gospodarczy i znajduje się w stanie gospodarczej recesji (a niewykluczone, że w stanie gospodarczej zapaści). Poziom życia przeciętnego obywatela tego państwa pogarsza się i to do tego stopnia, że Rosjanie coraz częściej mówią (i to otwarcie!) o demokratyzacji swej ojczyzny. Konflikt z Ukrainą z pewnością ma spełnić rolę konsolidacyjną, skupić Rosjan wokół swojego „cara“. A przynajmniej właśnie tego oczekuje Putin.

W oczach Władimira Władimirowicza inwazja na Krym ma również wymiar - jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało - prestiżowy. W ten sposób rosyjski prezydent chce bowiem pokazać całemu światu (choć najpewniej przede wszystkim swoim obywatelom), że Rosja jest i pozostanie światową potęgą. Putin chce udowodnić, że Rosja należy do światowej grupy głównych graczy rozdających karty. Wszak może naruszyć integralność terytorialną sąsiedniego kraju i jednocześnie - z uśmiechem na „twarzy” - może głosić, że nie ma z tym nic wspólnego. A to wszystko bez żadnych konsekwencji...

Czy coś może bardziej świadczyć o potędze i mocarstwowości jakiegoś państwa? Taki komunikat zdaje się wysyłać Władimir Putin do swoich „obywateli” czy też – jak zapewne mniema – do swoich „poddanych“.

Jednak o ile rosyjska interwencja na Krymie może przynieść Putinowi pewne krótkofalowe korzyści, o tyle jego agresywna postawa wobec Krymu i całej Ukrainy przynosi Rosji same straty. Tych strat być może nie uda się odrobić Rosji przez wiele lat!

Rosyjska agresja na Krym spowodowała jej całkowitą izolację na świecie. Zachód nie będzie już traktował Rosji jako politycznego partnera. Być może Zachód, jeśli naprawdę definitywnie uzna Rosję za zagrożenie, za kilka lat uniezależni się od niej energetycznie i - co za tym idzie - również gospodarczo. A należy mieć na uwadze, że gospodarka rosyjska, której jedynym kołem zamachowym są surowce i ich eksport nie wytrzyma utraty klientów z Zachodu. Jej eksport upadnie. Krótko mówiąc, jeśli Zachód przestanie kupować rosyjskie surowce to Rosja znajdzie się w stanie gospodarczym, który będzie wymagał udzielenia jej pomocy humanitarnej. Wszak Rosja niczego prócz surowców nie eksportuje i - mówiąc kolokwialnie - niczego prócz surowców nie ma. Nawet rosyjska broń przestała być atrakcyjna, ponieważ jest technologicznie przestarzała. Z punktu widzenia gospodarczego Rosja jest krajem trzeciego świata. Bez możliwości eksportu swoich surowców Rosja stanie się gospodarczym bankrutem i krajem przymierającym głodem.

Izolacja Rosji na arenie międzynarodowej może doprowadzić do długoletniego wykluczenia tego kraju z grupy głównych mocarstw decydujących o sytuacji na świecie. Rosja może zostać wykluczona z grupy G8. Jej kontakty ze Światową Organizacją Handlu mogą ulec pogorszeniu. Co więcej, może nawet dojść do ich zerwania, zaś miejsce wielkiego mocarstwa, które w światowej układance politycznej zajmuje w tym momencie Rosja, może niebawem zostać zajęte przez Chiny.

Chińska gospodarka jest o wiele bardziej majętna i pokaźna od rosyjskiej, zaś Chińska Republika Ludowa potrafi prowadzić skuteczną politykę międzynarodową, która napędzana jest poprzez atuty gospodarcze i handel, a nie militarną czy polityczną konfrontację z Zachodem. W świecie XXI wieku, w którym aspekty gospodarcze decydują o tym, które państwo jest mocarstwem, a które nim nie jest, Rosja przegrywa z Chinami na całej linii. Dlatego nikogo nie powinno zdziwić, jeśli raptem okaże się, że to już nie Rosja, ale Chiny dawno uznane przez świat za potęgę stały się supermocarstwem i to kosztem Rosji.

W przypadku długotrwałej konfrontacji z Zachodem Rosja nie będzie mogła liczyć na odtworzenie świata dwubiegunowego, w którym to ona będzie tym „drugim biegunem”. Dzisiejszy świat jest wielobiegunowy. A więc jeśli Rosja chciałaby rozszerzyć swoją strefę wpływów na świecie to musiałaby dokonać tego kosztem innych biegunów: Pakistanu, Indii czy nawet Brazylii, co - w sytuacji Rosji - jest nierealne. Moskwy nie stać na to ani politycznie, ani militarnie. Tym bardziej nie stać jej na to gospodarczo.

Warto również zauważyć, iż od momentu upadku Związku Sowieckiego Rosja utraciła wszystkie wpływy na świecie, które posiadało wówczas ZSRR. Rosja nie ma już wpływów na kontynencie afrykańskim i azjatyckim, jak miało to miejsce za czasów ery Breżniewa. Rosja nie posiada już żadnych wpływów w Ameryce Południowej. Nawet Wenezuela, niegdyś wasal ZSRR, dzisiaj może być co najwyżej uznana przez Rosję Putina jako sojusznik. I to nie w każdej sprawie.

Sam Władimir Władimirowicz również jest w świecie kompletnie wyizolowanym przywódcą. Od początku jego prezydentury świat zachodni go lekceważył, a od czasu ukraińskiego kryzysu i inwazji Rosji na Krym Zachód po prostu gardzi Putinem i przyjmuje wobec Rosji postawę wskazującą na sprzeciw, wolę powstrzymywania i konfrontacji. Z kolei Europa Środkowa Putina zwyczajnie „nie lubi”. A Europa Wschodnia? Ona Putina nienawidzi. Reszcie świata rosyjski prezydent jest po prostu obojętny. Albowiem w świecie, w którym decydują aspekty i argumenty ekonomiczne, Putin nie ma nikomu niczego do zaofiarowania, ponieważ - z punktu widzenia gospodarczego - stoi na czele państwa trzeciego świata. Nawet Iran powoli odwraca się od Putinowskiej Rosji, ponieważ nowy irański prezydent prowadzi politykę zmierzającą do odmrożenia stosunków z USA i zbliżenia z Unią Europejską i z całym światem zachodnim.

Polityczne akcje Władimira Putina na świecie nigdy nie stały zbyt wysoko. Ale od momentu rosyjskiej inwazji na Krym polityczne akcje Putina równają się zeru. A sam Putin znajduje się na świecie w stanie całkowitego osamotnienia.

Nalezy tutaj wspomnieć, iż Rosji Putina po prostu nie stać na prowadzenie polityki imperialnej. Nowy wyścig zbrojeń z Zachodem byłby dla Rosji - z punktu widzenia gospodarczego - zabójczy. Warto również zastanowić się z czego Rosja miałaby wziąć środki finansowe, aby utrzymać swoje imperium, jeśli Putinowi udałoby się je odtworzyć. Rosja pogrążająca się w kryzysie gospodarczym takich środków nie ma i nic nie wskazuje na to, aby miałoby się to zmienić.

Władimir Putin zabrnął w ślepą uliczkę. W tym momencie to Władimir Władimirowicz jest górą. Wszak nikomu nie udało się go zmusić do odstąpienia od Krymu. Ale w perspektywie długoterminowej to właśnie Rosja stanie się największym przegranym nowej konfrontacji z Zachodem. Konfrontacji, do której Putin prze w zawrotnym tempie!

Czy Rosja tego nie rozumie? Czy nie rozumie tego Władimir Putin?

* * *

 

Niepublikowane na portalu Salon24 teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na moim blogu, pod adresem:

 

http://www.zbigniew-stefanik.blog.pl/

 

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie:

 

http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

 

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

Szanowni Państwo, nazywam się Zbigniew Stefanik. Ze względu na pojawiające się od pewnego czasu zarzuty pod moim adresem, w pierwszej kolejności pragnę Państwa poinformować, że jestem osobą niewidomą, co znacząco utrudnia mi korzystanie ze wszystkich możliwości, które oferują media internetowe, na których publikuję moje artykuły. Niestety, z powodów technicznych nie mam możliwości odpisania na komentarze, które, Szanowni Czytelnicy, umieszczacie pod moimi notkami. Mimo to, za niezależny od mojej woli brak odpowiedzi, wszystkich Czytelników najmocniej przepraszam! Pragnę jednak podkreślić, że mam możliwość czytania Państwa komentarzy i bez wyjątku zapoznaję się z nimi wszystkimi. Dlatego bardzo proszę o nie zrażanie się moim brakiem technicznych możliwości niezbędnych do odpowiedzi na komentarze i aktywne włączenie się do dyskusji. Zapraszam wszystkich Czytelników do komentowania moich tekstów. Wszystkie Wasze komentarze są dla mnie cenne, te nieprzychylne również. Jednocześnie, drodzy Czytelnicy, informuję Was, że jeśli będziecie chcieli, bym odpowiedział na Wasz komentarz, dotyczący jakiegoś mojego artykułu, to możecie go Państwo przesłać na następujący adres e-mail: solidarnosc.stefanik@laposte.net. Gwarantuję, iż odpowiem na wszystkie Państwa ewentualne uwagi i komentarze - drogą e-mailową. Jednocześnie przepraszam za niedogodności, które wynikają z kwestii niezależnych ode mnie oraz z góry dziękuję za wyrozumiałość. Urodziłem się w Polsce, lecz od ponad dwudziestu pięciu lat mieszkam we Francji. Z wykształcenia jestem politologiem i europeistą, ukończyłem Instytut Studiów Politycznych w Strassburgu oraz College of Europe w podwarszawskim Natolinie. Obecnie jestem publicystą, polsko-francuskim obserwatorem i komentatorem zarówno polskiego, jak i europejskiego życia politycznego. Posiadam polskie i francuskie obywatelstwo. Na co dzień żyję pomiędzy Strassburgiem i Wrocławiem, między Francją i Polską. Aktualnie nie jestem członkiem żadnej partii politycznej w Polsce. Do czasu wyborów parlamentarnych, które odbyły się w październiku 2011 roku, byłem aktywnym uczestnikiem polskiego życia politycznego. Początkowo działałem w krakowskich strukturach PiS. W szeregi tej partii wstąpiłem w maju 2005 roku. Następnie współpracowałem z posłanką Aleksandrą Natalli-Świat, jako jeden z jej asystentów. Po katastrofie smoleńskiej postanowiłem opuścić partię Prawo i Sprawiedliwość. Swoją rezygnację ogłosiłem w sierpniu 2010 roku. Opuszczenie partii - z którą współpracowałem przez ponad pięć lat - było dla mnie niezwykle trudną decyzją. Wpływ na nią miały przede wszystkim dwie kwestie. Po pierwsze, podjąłem tę decyzję ponieważ nie potrafiłem zaakceptować retoryki Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych współpracowników, która niemal od 10 kwietnia 2010 roku zaczęła przypominać postulaty skrajnej prawicy. Po drugie, nie mogłem się zgodzić na sposób, w jaki liderzy PiS traktowali najwyższych przedstawicieli Najjaśniejszej Rzeczypospolitej; rządzących, którzy zostali przecież wybrani większością głosów w demokratycznych wyborach. Po wystąpieniu z Prawa i Sprawiedliwości zaangażowałem się w budowę partii Polska Jest Najważniejsza. Z ramienia tej partii w 2011 roku zostałem kandydatem do Sejmu RP w okręgu wyborczym nr 3. Jestem zwolennikiem politycznego centrum. Moje poglądy na problemy gospodarcze są bardziej zbliżone do wizji społecznej, niż liberalnej. Jestem zwolennikiem państwa opiekuńczego, jednak na ściśle określonych zasadach. W mojej opinii państwo powinno być opiekuńcze, dopóki nie dławi inicjatywy społecznej i gospodarczej. Uważam bowiem, że to właśnie indywidualna inicjatywa jest główną siłą, która napędza rozwój gospodarczy i społeczny; jest niezbędnym czynnikiem dla utworzenia silnej klasy średniej, jak również dla społeczeństwa obywatelskiego. Jestem zwolennikiem państwa o świeckim charakterze, mimo, iż jestem ochrzczonym i wierzącym katolikiem. Uważam jednakże, że wiara to indywidualna sprawa każdego obywatela. Dlatego państwo nie powinno popierać, ani finansować żadnej wspólnoty religijnej. Jestem zwolennikiem polskiej integracji z Unią Europejską, bowiem uważam, iż dla Polski to bezprecedensowa szansa na udoskonalenie naszego Państwa i na niespotykany dotąd rozwój gospodarczy. Jednakże - w moim przekonaniu – o integracji europejskiej nie można mówić, iż jest dobra lub zła. Rozpatrywanie jej w takich kategoriach jest błędem! Integracja europejska jest po prostu konieczna w zglobalizowanym świecie, gdzie gospodarcza i polityczna konkurencja jest bezwzględna i nie pozostawia żadnego miejsca dla osamotnionych państw, które pozostawałyby poza ponadregionalnymi wspólnotami. Świat się zmienia, należy się więc zmieniać razem z nim! Tylko w zintegrowanej i silnej Unii Europejskiej można budować silną Polskę, gdyż pojedyncze państwa nie mają żadnych szans na sprostanie gospodarczej konkurencji i społeczno-politycznym wymogom świata w dwudziestym pierwszym stuleciu. Stąd konieczność polskiej integracji z Unią Europejską, bez której Polska nie ma żadnych szans na rozwój, żadnych szans na obiecującą przyszłość pod względem znaczenia politycznego w Europie i na świecie. Zapraszam wszystkich do zapoznania się z moimi artykułami, w których pragnę podzielić się z Państwem swoim punktem widzenia na tematy związane z wydarzeniami na polskiej i europejskiej scenie politycznej. Zapraszam także do kulturalnej i merytorycznej dyskusji. Mam świadomość, iż polityka budzi wiele bardzo silnych emocji. Mimo to byłbym wdzięczny za debatę pozbawioną niepotrzebnej agresji i zacietrzewienia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (32)

Inne tematy w dziale Polityka